Architektura MuratorKrytykaGabriela Świtek, Gry sztuki z architekturą. Nowoczesne powinowactwa i współczesne integracje

Gabriela Świtek, Gry sztuki z architekturą. Nowoczesne powinowactwa i współczesne integracje

Książka ma strukturę powieści szufladkowej, gdzie z każdym rozdziałem otwierają się nowe perspektywy. Lektura, prócz przyjemności z konstatacji, że oto rozumiemy wywody o rzeczach skomplikowanych, przenikających się jak wielobarwne ciecze w laboratoryjnej menzurce, przypomina o złożoności nauk humanistycznych, ich trwałym zazębieniu, ale i nieskończenie pojemnych marginesach – recenzja Hanny Faryny-Paszkiewicz.

Gry sztuki z architekturą
GABRIELA ŚWITEK, GRY SZTUKI Z ARCHITEKTURĄ. NOWOCZESNE POWINOWACTWA I WSPÓŁCZESNE INTEGRACJE, WYDAWNICTWO NAUKOWE UNIWERSYTETU MIKOŁAJA KOPERNIKA 2013

Tytuł książki sugeruje rozdział sztuki od architektury, a jednocześnie tajemne podchody, przyciąganie i odpychanie. Autorka, która poprzez niedawno wydane Aporie architektury („A-m” 2/2014) dała się poznać jako erudytka pisząca przystępnym językiem o zjawiskach trudnych, potwierdza, że dysponuje talentem klarownego przekazu. Jej przemyślenia na temat zmagań sztuki par excellence z architekturą, więc z konstrukcją odzianą w tony materiału budowlanego, wywodzą się od wysiłków mających na celu pogodzenie współczesnego punktu widzenia z sygnałami odbieranymi z zaprzeszłych galaktyk teorii sztuki.

Wspólnym mianownikiem okazują się dzisiejsze „praktyki artystyczne”, a więc próby integracji sztuk wszelkich. Autorka nazywa je powinowactwami, odniesieniami, od których nie uciekniemy. Niemniej, już we wstępie niejako daje za wygraną pisząc, że do budynków po prostu wchodzimy, często omijając łukiem rzeźbę w holu czy patio, a dopiero obraz jest czymś, co potrafi nas zatrzymać, przykuć wzrok, uwagę. Paradoksem współczesnej architektury jest użyteczność, wręcz służebność wobec człowieka, podczas gdy sztuka czysta inspiruje, prowadzi do dyskusji, zaciekawia. To brutalna, naznaczona tradycją gradacja odbioru dzieł sztuki „z marszu”, którą warto sobie uświadomić. Otóż z architekturą (z budownictwem?) obcujemy od początku do końca: od wnętrz szpitala położniczego po kaplicę pogrzebową, gdy tymczasem rzeźba w przestrzeni bywa niepostrzegana, ale już kontakt z obrazem ma charakter odświętności. Powołanie się na zdanie profesor Marii Poprzęckiej, że zawodem historyka sztuki jest patrzenie na obrazy, komplikuje się dopiero wtedy gdy obraz, jak choćby u Fra Angelico, przedstawia detaliczny portret dzieła architektonicznego.

Książka Gabrieli Świtek ma strukturę powieści szufladkowej, gdzie z każdym rozdziałem otwierają się nowe perspektywy, zaciekawia i nęci, by pójść dalej, porzucić rozpoczętą historię na korzyść innej. Tylko w ten sposób można w ramach jednego tomu dotknąć tylu nawarstwień. Niektóre ze składników są do przewidzenia. Na przykład, rozpoczynając lekturę, czułam, że autorka musi dotrzeć do twórczości Aliny Ślesińskiej, której sztuka, pierwotna i raczej intuicyjna „interwencja w przestrzeń”, jest jakże ważnym polskim ogniwem w łańcuchu powinowactwa sztuk z architekturą. Szczęśliwy, w pełni uzasadniony powrót artystki na salony wystawowe ma być dla jej dokonań odrodzeniem, wynagrodzeniem za lata ciszy. Jej rzeźbiarskie kompozycje, syntetyzujące elementy miejskiej przestrzeni, zaistniały i za wcześnie i w niewłaściwym kontekście estetyczno-politycznym.

Wielowątkowość tej książki pozwala na rozmaite „zwischenrufy” – a więc i na mierzenie się ze słowem i formami języka. Na przykład z przedrostkiem um- w niemieckim, który wskazuje na przestrzenność. A od niej już krok ku fenomenologii ciemności: analizy twórczości Moniki Sosnowskiej, gier sztuki ze skalą architektury, lecz i wprost ze zmysłami odbiorcy chcącego pokonać przestrzeń w ciemności. Mnogości pobocznych, ale ważkich wątków nie sposób tu przywołać. Chwilami autorka sprawia wrażenie, jakby zmagała się z lotnością własnego umysłu, spieszyła się, by nie uronić jakiejś informacji i zdążyć powiedzieć wszystko, co uważa za istotne. Lektura, prócz przyjemności z konstatacji, że oto rozumiemy wywody o rzeczach skomplikowanych, przenikających się jak wielobarwne ciecze w laboratoryjnej menzurce, przypomina o złożoności nauk humanistycznych, ich trwałym zazębieniu, ale i nieskończenie pojemnych marginesach.