Spis treści
Mieszkania na wynajem pod samym Wawelem
Początek historii Dębna pod Wawelem prowadzi do Jakuba z Dębna, kanclerza wielkiego koronnego. W 1463 roku Kazimierz Jagiellończyk podarował mu parcelę przy Bramie Grodzkiej, stojącej - jak łatwo się domyślić - u wylotu ulicy Grodzkiej. Powstały tam dom został później przekazany kapitule krakowskiej. Nazwa Dębno przetrwała kolejne zmiany właścicieli i przebudowy.
Czy miejsce było niefortunne? Z dzisiejszej perspektywy - z pewnością. Ale na obronę Kazimierza Jagiellończyka trzeba nadmienić, że nie miał pojęcia o urbanistyce i osiach widokowych, sam zaś Wawel nie był wówczas zabytkiem, a relatywnie nowym i stale rozbudowywanym budynkiem. Zresztą, o czymś takim jak zabytek, a co dopiero jego ochrona, nikt jeszcze wtedy nie słyszał. O urbanistyce również.
Pod koniec lat 70. XIX wieku Mojżesz Isenberg przeprowadził rozbudowę domu. Jednopiętrowa siedziba z ogrodem i łamanym dachem polskim ustąpiła miejsca wielkiej neoklasycystycznej kamienicy czynszowej. Dziś powiedzielibyśmy, że były to apartamenty na wynajem. Media społecznościowe okrzyknęłyby ją patodeweloperką. Z dawnego domu została tylko nazwa.
Otoczenie Wawelu wyglądało kiedyś nieco inaczej
Rozbudowa kamienicy przypadła na czas zmian przy Grodzkiej. W tamtym czasie nie była to ulica, jaką znamy teraz - pieszy trakt królewski prowadzący od Rynku, a zakończony otwartym widokiem na zamek z uwolnionego placu. Od 1867 roku kursował tędy konny omnibus łączący dworzec z mostem Podgórskim. Później przy ulicy pojawił się również tramwaj konny.
W podobnym czasie narastał sprzeciw wobec zabudowy przesłaniającej zabytki. W wydanej w 1905 roku pracy „Kościół świętego Idziego w Krakowie” Zygmunt Hendel i Feliks Kopera krytykowali czynszowe kamienice u podnóża Wawelu. Określali je jako "potworne sąsiedztwo". Postulowali zachowanie niewielkich domów związanych z kościołem, ale usunięcia nowszych budynków, które zasłaniały widok od Stradomia. Argumentowali, że konieczna jest silniejsza selekcja.
Może jednak 3 pięterka?
W Krakowie jednak niewiele się zmienia, czy to wiek XX, czy XXI. Historycy sztuki swoje, a inwestorzy swoje. W 1912 roku Stanisława Gałecka, właścicielka Dębna, oraz Rafał i Jan Landauowie, właściciele sąsiedniego domu, wystąpili o pozwolenie na dobudowę trzecich pięter. Zgody nie uzyskali. Gałecka odwoływała się od decyzji urzędników, a sprawa wymagała ostatecznie rozstrzygnięcia rady miasta.
Według Hendla i Kopery zachowanie niewielkich, historycznych zabudowań podkreślało ogrom zamku, tymczasem kamienice czynszowe - zwłaszcza tak duże jak Dębno - zaburzały tę relację.
Temat zamknęli okupanci
Kres Dębna przyniosła nie decyzja urzędników, nie interwencja historyków sztuki, a niemiecka okupacja. Nie zniknęło wskutek bombardowania, lecz planowego wyburzenia, wiązanego w opracowaniach historycznych z przekształcaniem otoczenia Wawelu przez władze okupacyjne. Zamek był wtedy siedzibą Hansa Franka i władz Generalnego Gubernatorstwa. Usuwano również inne budynki przy Podzamczu.
Po rozbiórce kamienic widok na wzgórze został otwarty, a w miejscu dwóch sąsiadujących ze sobą zwartych kamienic pozostał plac związany obecnie z ustawionym tam Krzyżem Katyńskim. Dziś nikt nie zastanawia się, czy widok z Grodzkiej na Wawel powinna przesłaniać nowa zabudowa, choć komunikacja w tym miejscu pozostaje nieco chaotyczna i nieuporządkowana. Tylko lokalne media kokietują czasem nagłówkiem, że przecież Dębno byłoby dziś warte miliony.
I właśnie z tego powodu nie powinno istnieć w mieście takim jak Kraków, gdzie przez ostatnie dekady zamiast urbanistów o kształcie miasta decydowali inwestorzy i jeszcze parę innych osób, o których może lepiej już nie wspominać.
Zamiast za Dębnem lepiej tęsknić za oryginalnym kształtem Feniksa na Rynku Głównym - którego "kominy" ściął okupant i których dotąd nie odtworzono.