Spis treści
Droga od żółci do bieli trwała ponad dekadę
W przeszłości na nocnych ulicach królowało pomarańczowo-żółte światło. Dobrze radziło sobie z mgłą, znacznie gorzej z oddawaniem rzeczywistych barw. Zielony samochód, fioletowa kurtka i krzaki wzdłuż chodnika potrafiły zlać się w jednolitą masę. Światło było głębokie, monochromatyczne i do dziś tworzy scenografię naszych wspomnień.
Współcześnie nocne ulice wyglądają zupełnie inaczej. Są białe, sterylne, a światło latarni bez trudu wydobywa szczegóły elewacji i twarze przechodniów. Zniknęła aura tajemniczości, za to białe światło zaczęło kojarzyć się z lepszą widocznością i większym bezpieczeństwem.
Czytaj także: Wyspy szczęścia na morzu złej urbanistyki. O ulicach, placach i urbanistyce nie warto myśleć romantycznie
Zmiana z żółtego na białe zachodziła stopniowo i rozciągnęła się na ponad dekadę. Być może dlatego nigdy nie znalazła się w centrum większej dyskusji. Nie było jednego momentu, w którym miasta nagle zmieniły kolor. Kolejne ulice stawały się białe, a my - stopniowo - się do tego przyzwyczajaliśmy. Zresztą proces ten trwa do dziś. Za zmianą stoi przede wszystkim technologia i rachunek ekonomiczny. Stare lampy sodowe, emitujące charakterystyczne pomarańczowe światło, zaczęto zastępować nowoczesnymi LED-ami. Te okazały się znacznie bardziej energooszczędne, a ich montaż szybko stał się dla samorządów synonimem dużych oszczędności. Kompleksowa modernizacja oświetlenia ulicznego pozwoliła w wielu miastach ograniczyć zużycie energii nawet o 50–70 proc.
Czy „białe” automatycznie oznacza lepsze?
Wraz z rachunkami za prąd zmienił się więc także kolor miasta po zmroku. Przyjmuje się, że białe światło poprawiło widoczność, a wraz z nią bezpieczeństwo na ulicach. Ale czy „białe” rzeczywiście wyszło nam na dobre? I czy automatycznie oznacza „lepsze”?
W miejskiej aglomeracji niemal bez przerwy jesteśmy narażeni na nadmiar sztucznego światła. "Światło uliczne jest po prostu kolejną rzeczą, która wpływa na nasz rytm dobowy" - mówi projektantka oświetlenia, Olga Gotkiewicz. Jak podkreśla:
Przyjmuje się, że wieczorem najlepiej jest korzystać z oświetlenia z ciepłą temperaturą barwową tak, aby wspierać naturalny proces odpoczynku.
Zdaniem Gotkiewicz jeszcze mocniejsze są dowody dotyczące wpływu sztucznego światła na przyrodę. Nocne oświetlenie uznaje się za jeden z czynników przyczyniających się do spadku liczebności m.in. owadów oraz zaburzających funkcjonowanie niektórych gatunków zwierząt. Projektantka przyznaje, że niższa temperatura barwowa byłaby pod tym względem korzystniejsza.
Parametry dla wnętrz zaczęły kształtować ulice?
Dlaczego więc nie wracamy do ciepłych barw? Współczesne LED-y można ocieplać i przyciemniać, więc technicznie nic nie stoi na przeszkodzie, by ulice znów świeciły bardziej żółtym światłem. Technologia pozwala dziś uzyskać ciepłą, nawet niemal bursztynową barwę bez powrotu do monochromatycznego światła dawnych lamp sodowych. Im niższa temperatura barwowa wyrażona w kelwinach, tym światło jest cieplejsze: bardziej żółte lub bursztynowe; wraz ze wzrostem wartości przesuwa się w stronę chłodnej bieli. LED-y o temperaturze 2200–2700 K nadal pozwalają znacznie lepiej rozpoznawać kolory.
Mimo to nie obserwujemy powszechnego zwrotu w tę stronę – cieplejsze oświetlenie pojawia się raczej punktowo. Co właściwie decyduje więc o temperaturze barwowej ulicznych latarni?
"To jest bardzo ciekawe pytanie, które sama sobie zadaje widząc czasami efekty modernizacji oświetlenia ulicznego" - przyznaje Olga Gotkiewicz. Jak wyjaśnia, norma oświetleniowa nie narzuca konkretnej temperatury barwowej – jej wybór pozostaje w gestii zarządcy drogi.
W Polsce w oświetleniu wnętrz powszechnie stosuje się zakres 3000–4000 K, dobierany w zależności od funkcji pomieszczenia. Według Gotkiewicz podobne wartości przeniesiono później na oświetlenie chodników i ulic, choć jej zdaniem stało się to ze zbyt dużym uproszczeniem. W efekcie parametry właściwe dla wnętrz zaczęły kształtować również kolor miasta po zmroku.
Moim zdaniem na chodnikach i ulicach osiedlowych lepszym wyborem byłoby ciepłe światło, np. 2200–2700 K.
- dodaje.
Bursztynowe LED-y na niemieckich wyspach
Jednym z ciekawszych przykładów zwrotu w stronę "ciepłego światła" są niemieckie wyspy Pellworm i Spiekeroog na Morzu Wattowym, które postawiły sobie za cel ochronę naturalnej ciemności i nocnego krajobrazu. Lokalne władze przyjęły wytyczne zakładające stosowanie możliwie ciepłego światła, ograniczanie jego natężenia oraz oświetlanie tylko tych miejsc, w których jest ono rzeczywiście potrzebne. Na Pellworm wymieniono 140 latarni na w pełni osłonięte oprawy LED o temperaturze zaledwie 2200 K, dające bardzo ciepłe, niemal bursztynowe światło. Na Spiekeroog zastosowano LED-y 3000 K, a następnie dodatkowo zmniejszono ich moc o 30 proc., ograniczając zarówno olśnienie, jak i zużycie energii.
Zmiana miała służyć nie tylko mieszkańcom. Równie ważna była ochrona nocnego ekosystemu, w tym milionów ptaków morskich zatrzymujących się na Pellworm podczas migracji. Obie wyspy zostały później uznane przez International Dark-Sky Association za społeczności chroniące ciemne niebo. Cieplejsze i słabsze światło stało się tutaj elementem świadomie projektowanej nocy.
Sen w świecie, który nigdy nie zasypia
Być może podobne zmiany czekają także polskie ulice.
Żeby jednak nie popaść w przesadny optymizm, warto na koniec zadać sobie pytanie: a może żyjemy w czasach, w których senność i naturalny rytm dobowy zwyczajnie nie są systemowi na rękę? Może bycie wiecznie obudzonym, dostępnym i czujnym jest nieodłącznym elementem współczesności? Miasto, które nigdy naprawdę nie gaśnie, dobrze przecież pasuje do świata, który nigdy naprawdę nie zasypia. Krytyk kultury Jonathan Crary opisuje współczesność jako rzeczywistość, w której stopniowo zacierają się granice między dniem i nocą, pracą i odpoczynkiem, aktywnością i snem. W książce „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu” (Karakter, 2015) pisze:
Sen to radykalna przerwa w kradzieży naszego czasu dokonywanej przez kapitalizm.
Pytanie o to, czy system na taką kradzież zdecyduje się pozwolić - zostawiam otwarte.