Spis treści
Odtworzyć historię na skróty
Niepodrabialny klimat Stoczni Gdańskiej to wynik dziesiątek lat konsekwencji. Architektonicznej – wielkie żurawie, pochylnie, hale produkcyjne i sieci torów kolejowych, które dziś składają się na jej surowy krajobraz, nie pełniły przecież funkcji estetycznej ani dekoracyjnej. Konsekwentnie pracowały. Podobnie jak setki stoczniowców, którzy dzień po dniu, przez lata, konsekwentnie wykonywali swoją pracę. Ich codzienność złożyła się na coś, co dziś chętnie nazywamy „postindustrialnym charakterem” Stoczni. Krzywizny i przebarwienia, zakamarki i nieregularności są efektem systematycznego, wiernego i rzetelnego powtarzania tych samych czynności. I dalej: to tutaj robotnicy konsekwentnie upominali się o swoje prawa, a w sierpniu 1980 roku rozpoczęli strajk, na którego czele stanął Lech Wałęsa.
Próby przejęcia tego charakteru, odtworzenia go na skróty, a następnie skapitalizowania są więc nie tylko przykre, ale też niemal zawsze w jakiś sposób niezgrabne.
Sztuczne przyspieszanie czasu
Tak – każda deweloperska inwestycja, która powstała, powstaje albo dopiero powstanie na terenie Stoczni, już na starcie dostaje trudne zadanie. Z jednej strony musi jakoś dogadać się z kontekstem. To „dogadywanie się” często kończy się próbą przyspieszenia czasu: sztucznie postarzaną blachą, nowymi „industrialnymi” rzeźbami i detalami, które mają wyglądać tak, jakby były tu od zawsze. Z drugiej strony nowa zabudowa nie jest w stanie ukryć, że wchodzi z butami w miejsce, którego historia i duch są odległe od logiki deweloperskiej inwestycji, gdzie każdy metr kwadratowy musi ostatecznie znaleźć swoją komórkę w Excelu.
Czytaj także: Gdańska postoczniowa hala 31B przeszła remont. Cegły są z odzysku, a stary parkiet przyjechał z Władysławowa
W idealnym scenariuszu do historii Stoczni podchodzilibyśmy powoli i dali jej szansę się wypowiedzieć. Tymczasem w tempie, w jakim obrastają ją kolejne budynki, Stocznia nie ma czasu nawet nabrać powietrza.
Być może jest w tym myśleniu zbyt dużo romantyzowania, nostalgii albo odwlekania tego, co w kapitalistycznych realiach jest nieuniknione. Mimo to trudno bez żalu patrzeć na skutki wyburzeń hal po 2000 roku, które otworzyły teren pod nowe inwestycje.
Charakter Stoczni w schludnym wydaniu
W takim kontekście powstał zespół dwóch ośmiokondygnacyjnych budynków usługowych, dopełniających kwartał sąsiadujący z Europejskim Centrum Solidarności. Został zaprojektowany przez pracownię Grupa 5 Architekci. Jego budowa zakończyła się w ubiegłym roku.
“Architektura wpisuje się w przemysłowy charakter miejsca: ceglane elewacje z ceramicznych płytek i duże fabryczne okna tworzą współczesną interpretację stoczniowych hal, a najwyższe kondygnacje wykończone cortenem prowadzą swoisty dialog z ikoną miejsca jakim jest budynek ECS” – czytamy w opisie projektu. Dostajemy więc jasną informację, że architektura zespołu poszła ścieżką przetartą już przez swoich sąsiadów: współczesność mówi językiem przemysłowej przeszłości.
Nie da się ukryć, że realizacja jest miła dla oka. Ceglane elewacje porządkuje rytm dużych okien, najwyższą kondygnację akcentuje rdzawa blacha, a przyziemie wykończono intensywnie niebieską, profilowaną blachą, która dodaje całości świeżości. Niebieski pojawia się przede wszystkim w przejściach prowadzących na dziedziniec; ujawnia się dopiero z bliska. W głębi założenia znajduje się zielone patio, pomyślane jako przestrzeń dla mieszkańców, ale nie całkiem prywatna – można przez nie przejść także z zewnątrz, alternatywną trasą biegnącą w sąsiedztwie Drogi do Wolności.
Projektanci starali się zresztą nie zamykać zespołu w jego własnym obrysie. Parter poprzecinano przejściami odpowiadającymi kierunkom ruchu na terenie Stoczni, a na dachach urządzono tarasy widokowe, z których można oglądać jej krajobraz. Mniej oczywisty detal pojawia się od strony Europejskiego Centrum Solidarności: stalowa, ażurowa konstrukcja balkonów została pomyślana jako lekka przeciwwaga dla ciężkiej, cortenowej bryły ECS. Różnie potraktowano też poszczególne elewacje.
Problem zaczyna się nie tyle w samej architekturze, ile w tym, czym została ona wypełniona.
Co znajduje się po wejściu do środka? Formalnie mamy do czynienia z zespołem dwóch budynków usługowych. W praktyce mieści się w nich 569 lokali oferowanych przez Resi4Rent w formule „mieszkań w abonamencie”, czyli instytucjonalnego najmu PRS. Architektura robi co prawda sporo, by zespół nie stał się jedynie zbiorem lokali na wynajem: są tu strefa coworkingowa, patio i przestrzenie wspólne, które mają sprzyjać spotkaniom i budowaniu sąsiedzkich relacji. Pytanie tylko, na ile jest w stanie nadrobić ograniczenia wynikające z samego modelu zamieszkiwania.
Tymczasowość w wersji postindustrialnej?
Mieszkania w abonamencie już z założenia zgrzytają ze „stoczniową konsekwencją”. Jednym z ich atutów ma być przecież elastyczność – łatwość wprowadzki, ale też wyprowadzki, która może sprzyjać większej rotacji mieszkańców. A ta niekoniecznie pomaga w budowaniu lokalnej społeczności, codziennych mikrorytuałów czy sąsiedzkich więzi. Nawet poza tak kruchym kontekstem jak Stocznia Gdańska podobne formy najmu budzą zresztą sporo kontrowersji.
Czytaj także: Zapowiadali akademik. Gigantyczny kompleks na krakowskim Zabłociu oferuje blisko 900 mieszkań
Jednym z powodów jest różnica między wymaganiami stawianymi budynkom mieszkalnym i obiektom formalnie pełniącym funkcje usługowe. Ma ona znaczenie m.in. dla parametrów inwestycji, wymaganej infrastruktury czy późniejszego statusu lokali. W przypadku opisywanego zespołu najemca nie kupuje mieszkania, ale korzysta z jednostki funkcjonującej w obiekcie usługowym. To różnica, która - nawet jeśli na wizualizacji może być niemal niewidoczna - to w skali miasta przestaje być kosmetyczna.
Kontrowersje wokół lokali mieszkalnych realizowanych formalnie w zabudowie usługowej pojawiają się także w innych miastach. W sierpniu ubiegłego roku krakowski radny Michał Drewnicki (PiS) ostrzegał, że Kraków może wkrótce zmierzyć się z nowym zjawiskiem: obiektami powstającymi jako akademiki, hostele czy aparthotele, które w praktyce oferują lokale do zamieszkania, choć formalnie pozostają zabudową usługową. Sam określał PRS-y mianem „budynków stawianych na granicy prawa”.
Być dla każdego, być dla nikogo?
Tak jak – o czym już wspomniałam – stworzenie dobrej inwestycji deweloperskiej w takim kontekście jest zadaniem szalenie trudnym, tak stworzenie „dobrej zabudowy PRS” wydaje się jeszcze cięższe. O tym, jak trudno pogodzić te dwa porządki, świadczą zresztą słowa samych architektów, którzy przyznają, że
Projektowanie mieszkań w abonamencie wymaga znacznie większej uniwersalności. Taki budynek nie jest produktem adresowanym do jednej, dość precyzyjnie zdefiniowanej grupy nabywców, ale przestrzenią dla bardzo różnych użytkowników – o innych stylach życia, potrzebach i horyzontach czasowych. Architektura musi być bardziej elastyczna, odporna na zmiany i długofalowo użyteczna.
I tu napotykamy paradoks, bo siła Stoczni leży przecież w czymś dokładnie odwrotnym niż uniwersalność. W jej bezkompromisowej konkretności: skali żurawi, ogromie pustych przestrzeni, potężnych halach. Próba dopasowania się do miejsca – i przy okazji podczepienia pod jego „markę” – przy jednoczesnym projektowaniu architektury, która z założenia ma dopasować się do każdego, już na starcie rodzi pewną sprzeczność.
Historycznej tkanki Stoczni zostało niewiele. Teraz gra toczy się o to, jaki jej procent przetrwa kolejne zmiany. Koniec końców, los historycznych zabudowań leży także w interesie samych deweloperów – bo co jeśli ich źródło inspiracji uschnie całkowicie? Czy przytaczane przez nich „serce miasta” wciąż będzie biło w tym samym miejscu?