Muzeum II Wojny Światowej

i

Autor: archiwum serwisu Dramatyczny gest przecięcia terenu muzeum quasi-wąwozem, którego jedna ze ścian i przekrycie wypełnione są ceglanym gruzem, nasuwa myśl o dziś już nieistniejącej ulicy. Budynek powstał bowiem na terenie zniszczonej w czasie wojny dzielnicy Wiadrownia. Fot. Marcin Czechowicz

Spóźniona ikona? – o Muzeum II Wojny Światowej Grzegorz Stiasny

2017-03-31 12:17

Przechylona konstrukcja przywodzi na myśl świat po wstrząsie, ale jej otwierająca się w stronę staromiejskiej części Gdańska szklana ściana może być odczytywana jako pozytywny symbol otwarcia na miasto naznaczone wojenną traumą. Tę ostatnią widać raczej w dramatycznym geście przecięcia całego muzeum wąwozem, nasuwającym myśl o dziś już nieistniejącej, zniszczonej przez wojnę ulicy. Zwłaszcza, że jedna ze ścian wąwozu wypełniona jest prawdziwym ceglanym gruzem. Tym scenograficznym akcentem obiekt zapowiada ukrytą pod ziemią przejmującą ekspozycję – pisze Grzegorz Stiasny.

Krzysztof Ingarden, proponując w poprzednim numerze „A-m” nową klasyfikację architektury polskiej, budynek Muzeum II Wojny Światowej przypisał do nurtu dekonstruktywizmu. Mam co do tego wątpliwości. Należałoby bowiem wówczas traktować nowe muzeum jako dzieło epigońskie. Według mnie dekonstruktywizm to architektura schyłku XX wieku, a jego przedstawicieli ograniczyć można do kilku nazwisk: Zaha Hadid, Daniel Libeskind, Frank Gehry, Peter Eisenman oraz Wolf Prix i projektujący z nim pod szyldem Coop Himmelb(l)au do 2007 roku Helmut Swiczinsky. Twórcy ci wyrośli z czasem na stararchitektów. Poza tym konsekwentnie trzymali się raz obranej, artystowskiej estetyki, co przyczyniło się najpierw do ich międzynarodowych sukcesów, a następnie efektu pewnego otępienia odbiorców przez kolejne ikoniczne dzieła. Warszawski wieżowiec projektu Daniela Libeskinda zaciekle walczy dziś, aby zaskarbić sobie przychylność mieszkańców stolicy. Pamiętam też krytykę dekonstruktywizmu wygłoszoną przez profesora Lecha Kłosiewicza, który twierdził, że trend podważający architektoniczny racjonalizm nie ma szans na większe powodzenie.

Sam proces budowania opiera się bowiem na racjonalnych założeniach. Tymczasem tworzenie budynków dekonstruktywistycznych wymaga zwielokrotnionych środków i nakładów pracy. Faktycznie, konstrukcja budynku Muzeum II Wojny Światowej pod względem inżynierskim była dość skomplikowana. Pomysł ukrycia głównych funkcji muzealnych kilkanaście metrów pod ziemią okazał się znaczący jako metafora zstępowania w głąb piekielnych kręgów historii, generował jednak dodatkowe koszty. Przeznaczony pod budowę teren, położony w widłach kanału Raduni i Motławy, charakteryzował się mało korzystnymi warunkami gruntowo-wodnymi do bezpośredniego posadowienia obiektów o większych obciążeniach. Trudno jednak uznać, by projektanci z pracowni Kwadrat byli konsekwentnymi wyznawcami późnopostmodernistycznej estetyki.

Obok muzeum, po drugiej stronie ulicy Wałowej, wznosi się inny obiekt ich autorstwa: Apartamenty Brabank. Obie inwestycje powstawały właściwie równolegle, a ciężko odnaleźć w nich podobne cechy stylowe. Jedynym wspólnym mianownikiem mogłoby być dopasowanie architektury do oczekiwań zleceniodawcy. Apartamentowiec wygląda tak, żeby sprzedać mieszkania, a muzeum tak, aby już samą pomnikową formą wywołać pożądane u odbiorców emocje. Faktem jest, że konkurs na Muzeum II Wojny Światowej sędziował architekt dekonstruktywista – Daniel Libeskind. Jest on autorem dwóch muzeów poświęconych wojnom: Imperial War Museum North pod Manchesterem z 2002 roku i Militärhistorisches Museum der Bundeswehr w Dreźnie z roku 2011. Oba obiekty zwieńczone są ekspresyjnymi, krzywymi wieżami. W Manchesterze zakrzywione formy to jakby kawałki olbrzymiego, rozbitego globusa, które unaoczniają rozpad świata wywołany wojną. W Dreźnie przeskalowany metalowy odłamek wbija się dosłownie w XIX-wieczny gmach arsenału. W Gdańsku zaś bryły odłamki (wieża z punktem widokowym, podłużny pawilon administracyjny z częścią hotelową i ulokowane przy samym wejściu na teren przekrycie rampy zjazdowej do podziemnego garażu) rozrzucone są swobodnie po pustym placu. Lecz przekaz architektury jest enigmatyczny. Przechylona konstrukcja przywodzi na myśl świat po wstrząsie, ale jej otwierająca się w stronę staromiejskiej części Gdańska szklana ściana może być odczytywana jako pozytywny symbol otwarcia na miasto naznaczone wojenną traumą. Tę ostatnią widać raczej w dramatycznym geście przecięcia całego muzeum wąwozem, nasuwającym myśl o dziś już nieistniejącej, zniszczonej przez wojnę ulicy. Zwłaszcza, że jedna ze ścian wąwozu wypełniona jest prawdziwym ceglanym gruzem. Tym scenograficznym akcentem obiekt zapowiada ukrytą pod ziemią przejmującą ekspozycję. Pod fasadą i dachem z gruzu kryje się centralny podziemny pasaż – kręgosłup przestrzeni wystawowej. Podobne rozwiązanie zastosowano w Muzeum Holokaustu w Yad Vashem w Jerozolimie z 2005 roku autorstwa Moshe Safdie’ego. Tam wystawa meandruje wzdłuż centralnego pasażu doświetlonego przez usytuowane w zwieńczeniu dachu świetliki. Krzywa wieża muzeum oglądana z dużych odległości zamienia się w charakterystyczną, płaską sylwetę. Widziana z terenów postoczniowych czy z pobrzeży Motławy w okolicach bram Głównego Miasta przypomina piramidę – wyróżniający się elementem gdańskich panoram. Jeśli o to chodziło pomysłodawcom obiektu, to rzeczywiście powstał budynek-ikona, budynek- pomnik. Być może o dekadę spóźniony, bo tak jak przeminął dekonstruktywizm, tak przyblakła już sława stararchitektów i ich ikonicznych dzieł.