Rozmowa z Amandą Levete

i

Autor: archiwum serwisu Panorama Bangkoku. Na pierwszym planie pośrodku zwieńczenie wieżowca Central Embassy. 30-piętrowy budynek pełni funkcję centrum handlowego i hotelu, 2010-2015; fot. AL_A

Wygrywają budynki niepowtarzalne

2016-09-30 11:36

Jeżeli chcemy zrobić coś nowego, jesteśmy niemalże zmuszeni do podejmowania ryzyka, na przykład sprawdzając granice wytrzymałości materiałów. Nigdy jednak nie przekraczaliśmy barier technologicznych tylko dlatego, że one istnieją. Zawsze chodziło o to, by znaleźć równowagę między formą i funkcją. Nie chcę przywiązywać nadmiernej wagi do ryzyka, ale dla mnie polega ono przede wszystkim na tym, by robić to, w co się wierzy. Chyba chodzi po prostu o odwagę – z architektką Amandą Levete rozmawia Maja Mozga-Górecka.

Powiedziała Pani kiedyś, że architekci są niemal zobowiązani do podejmowania ryzyka, a paradoks polega na tym, że każdy chce mieć jednocześnie i korzyści, jakie z niego płyną, i gwarancje bezpieczeństwa. Czy ryzyko jest powracającym tematem w Pani pracy?

W architekturze, o ile nie buduje się wyłącznie komercyjnie, wygrywają budynki niepowtarzalne, w mniejszym lub większym stopniu „skrojone na miarę”. Jeżeli chcemy zrobić coś nowego, jesteśmy niemalże zmuszeni do podejmowania ryzyka. To dla mnie nieodzowny element w tym zawodzie, jeśli zależy nam na rozwijaniu architektonicznej dysputy, na pójściu krok naprzód. Trzeba na przykład podejmować ryzyko, sprawdzając granice wytrzymałości materiałów. Nigdy jednak nie przekraczaliśmy barier technologicznych tylko dlatego, że one istnieją. Zawsze chodziło o to, by znaleźć równowagę między formą i funkcją. Ryzyko może być związane z tym, że wychodzi się poza założenia konkursowe, że podważa się status quo. Nie chcę przywiązywać nadmiernej wagi do ryzyka, ale dla mnie polega ono przede wszystkim na tym, by robić to, w co się wierzy. Chyba chodzi po prostu o odwagę.

Odwagi z pewnością nie brakowało w Pani projekcie dla Victoria & Albert Museum. Przeprowadzane zmiany miłośnicy zabytków określili jako dramatyczne.

Celem tego projektu jest stworzenie w muzeum przestrzeni jak najbardziej otwartej i dostępnej. Chodzi o to, by dać zwiedzającym lepszy dostęp do cennego dziedzictwa; by odkryć części budynku, które do tej pory były odseparowane. Zamierzamy stworzyć nowe, mniej oficjalne wejście do galerii od strony Exhibition Road. Wprowadzimy w ten sposób do muzeum ulicę. Muszę zaznaczyć, że wcześniej nie było tam dziedzińca: istniała, owszem, otwarta przestrzeń, nigdy jednak nie wykorzystywano jej inaczej niż jako zaplecze techniczne. Miejsce było zamknięte za murem w stylu edwardiańskim projektu Astona Webba. Nowe wejście będzie prowadzić pod łukiem muru, którego części zostaną usunięte. Dzięki otwarciom publiczność zobaczy wreszcie wspaniałą, a do tej pory ukrytą, zachodnią fasadę budynku. Na przykład wszystkie detale sgraffito nieoglądane od czasu, gdy powstały w 1873 roku. Tworzymy w ten sposób nową przestrzeń publiczną w Londynie, otwieramy dialog między ulicą i muzeum, a także między dziedzińcem i galerią, która znajdzie się pod ziemią. Już z poziomu placu będzie można zobaczyć, co jest w dole. Widoczne elementy konstrukcji stropu będą nawiązywać do długiej tradycji dekorowania sufitów w architekturze klasycystycznej. W przetworzonej, abstrakcyjnej formie pojawią się także na chodniku dziedzińca. Dwa lata zajęło nam zbadanie nieprawdopodobnie bogatej kolekcji ceramiki należącej do V&A, w wyniku czego przygotowaliśmy nasz projekt płyt ceramicznych. Wierzymy, że przy Exhibition Road powstanie pierwszy na świecie dziedziniec zewnętrzny z porcelanową posadzką.

Dlaczego plac budowy w V&A jest filmowany przez Cambridge University?

To dla nich studium przypadku. Chcą zarejestrować i zrozumieć ruchy konstrukcji. Ostatni raz, jak sądzę, studium przypadku budynku z głębokimi fundamentami prowadzono 50 lat temu i stało się ono podstawą wyliczeń dla inżynierów. Nasz projekt jest ekstremalnym wyzwaniem dla konstruktorów i może dać nowe podwaliny pod teorię sprężystości – obalić ją lub potwierdzić.

Wspomniała Pani o tworzeniu nowej przestrzeni publicznej w Londynie. W 2012 roku „New Statesman” opublikował artykuł, w którym stwierdza Pani, że prawdziwe miasto tworzą ciała, nie beton. Londyn wygląda ostatnio jak wielki plac budowy. Czy zatem rozwija się dbając o tworzące go „ciała”, czy raczej jest to rozwój nastawiony na beton i zysk?

Wzięłam niedawno udział w dyskusji prowadzonej przez kilka osób związanych z różnymi dyscyplinami: sztuką, architekturą, dziedzictwem kulturowym. Rozmawialiśmy na temat przestrzeni publicznej oraz sztuki w tej przestrzeni i zaproponowałam w Londynie to samo, co Giambattista Nolli zrobił w Rzymie – audyt przestrzeni publicznych na wzór jego słynnej osiemnastowiecznej mapy. Zostało to dobrze przyjęte, chociaż do tej pory nic się nie wydarzyło. Idea połączeń między poszczególnymi przestrzeniami publicznymi jest dla mnie bardzo ważna. Korzyści z obszarów wolnych od ruchu pojazdów, gdzie ludzie swobodnie się przemieszczają, są ogromne. Z drugiej strony takie przekształcenia mogą prowadzić do nudy i zablokowania rozwoju, bo przecież lokalne przedsiębiorstwa, by przetrwać, potrzebują samochodów. Bardzo wiele zmienia tu także technologia. Proszę tylko pomyśleć o samochodach elektrycznych, które nie będą źródłem hałasu i zanieczyszczenia. Myślę, że za 10 lat będziemy słyszeć nasze miasta w zupełnie inny sposób. Natomiast, jeśli rozmawiamy o liczbie stawianych w Londynie wieżowców, jestem krytyczna, ale też podekscytowana. Myślę, że budowanie wysokościowców powinno być traktowane raczej jak przywilej, a nie prawo. Powinniśmy być też bardzo wymagający w stosunku do architektów, którzy je projektują. Wstydem napawa fakt, że nie ma w Londynie ani cienia wizji czy strategii, gdzie wieżowce powinny stawać. Dlatego wyskakują to tu to tam, w zupełnie niezaplanowany, niespójny sposób. I wiele z nich to architektura bardzo słabej jakości.

Rozmowa z Amandą Levete

i

Autor: archiwum serwisu Dom handlowy Selfridges w Birmingham, 1997-2003; fot. Norbert Schoerner/dzięki uprzejmości AL_A

Które ma Pani na myśli?

Wystarczy spojrzeć na panoramę miasta – z łatwością można je dostrzec. Chociaż są oczywiście także pozytywne przykłady, jak Gherkin (proj. Foster & Partners, 2004), Shard (proj. Renzo Piano, 2012) czy Cheesegrater (proj. Rogers Stirk Harbour + Partners, 2014). Pochyła forma tego ostatniego budynku to świetny pomysł i wynik dbałości o korytarze widokowe z katedry św. Pawła, które są uważane za świętość. Jego bryła jest efektem tych ograniczeń. To kolejny przykład sytuacji, w której przeszkodę potraktowano jak szansę, coś bardzo pozytywnego.

Stwierdziła Pani kiedyś, że większość budynków w Londynie jest zwyczajna, nie prowokują one ani estetycznie, ani intelektualnie, i nawet nie zawraca Pani sobie głowy patrzeniem na nie.

Och, wiele z nich jest przeraźliwie nudnych.

Co zatem czyni z Londynu miejsce tak pełne życia? Czy architektura nie ma z tym nic wspólnego?

Architektura bez wątpienia ma wiele wspólnego z energią miasta. Przez całe stulecia Londyn rozwijał się bez żadnego planu i w tym była jego siła. To rozległe miasto. Na nabrzeżu, zwłaszcza jego południowej stronie, stawia się teraz dużo naprawdę bardzo brzydkich budynków. Planiści miejscy powinni być bardziej wymagający w stosunku do inwestorów, upewnić się, że zamawiają projekty u najlepszych architektów i wybierają deweloperów, którzy nie są zbyt chciwi. Łatwo przecież poznać, kto jest chciwy. Czasami bardziej elegancko jest budować wysoko i smukło, zamiast nisko i masywnie. To w pewnym sensie wielkie szczęście, że Londyn ma tyle obiektów historycznych. Tworzą one ważną część energii miasta. Zdarzają się błędy, ale nie są ostateczne – można ich nie zauważyć przy tak bogatym tle. Uważam, że niesłychanie ważny jest szacunek dla historii. Ale trzeba także radzić sobie z pewnym oporem, który ona stawia. Nasze najlepsze prace często powstają wtedy, gdy przeciwstawiamy się oporowi historii. Sprawia on, że intensywniej myślimy.

W porównaniu z Londynem, w Warszawie pozostało tak niewiele. To dziedzictwo wymaga pełnej ochrony – nieważne, czy pochodzi z lat 50. ubiegłego stulecia czy z XIX wieku. Wszystko tu jest wartościowe i powinno być zachowane.

Dom handlowy Selfridges, który projektowała Pani razem z Janem Kaplickym w pracowni Future Systems, miał przynieść miastu Birmingham zmianę, nową energię. To się udało?

Myślę, że Selfridges ze swoimi aluminiowymi dyskami na elewacji stał się ważnym wyrazicielem ducha miasta, jest utożsamiany z jego wizerunkiem. A przecież to w końcu tylko dom handlowy, sklep. Budowaliśmy go jednak z ambicją, która wykraczała poza taką funkcję. Dziś mieszkańcy Birmingham identyfikują się z tym budynkiem.

Na początku XXI wieku, gdy Selfridges był budowany, tzw. architekturę blobów uważano za jeden z najgorętszych globalnych trendów. Dla jednych była reinterpretacją barokowej krzywej. Dla innych, płynna geometria odwoływała się do molekularnych podstaw życia jako takiego, pierwotnej protoplazmy. Czy zgodzi się Pani ze stwierdzeniem, że po 15 latach bloby straciły swoją perswazyjną moc?

Myślę, że to uproszczenie. Selfridges rzeczywiście był zainspirowany fasadą barokowego kościoła w Neapolu, grą światła, powtórzeniami i złożonością tamtego budynku. Założenie było także takie, że wykorzystamy do maksimum działkę. Technologia dała nam wolność tworzenia budynków o nietuzinkowych formach, to jednak wielka odpowiedzialność. Trzeba panować nad tym, co się robi, nad sensem swoich działań. Architektura, o której Pani mówi, stała się pusta. To forma bez treści, co intuicyjnie wychwycili ludzie i zareagowali na nią negatywnie. My natomiast próbujemy ujawniać narrację, nasz tok myślenia w tym, jak budynek jest zaprojektowany.

Myślę, że obecnie przyroda i technologia są w mocnej symbiozie. Jeśli spojrzy się na najnowsze konstrukcje i badania nad materiałami, widać, że natura jest traktowana jako inspiracja dla nowych kierunków rozwoju. Jest w niej tyle mądrości. Im lepiej rozumiemy, jak jest zbudowana łupina orzeszka ziemnego albo skąd się bierze wytrzymałość pajęczej sieci, tym lepiej możemy tę wiedzę zastosować w architekturze. Nie jestem specjalistką w dziedzinie nowych technologii, ale naprawdę śledzę postępy, które się w nich dokonują.

Rozmowa z Amandą Levete

i

Autor: archiwum serwisu Przebudowa Victoria & Albert museum w Londynie, 2011-2017. W ramach modernizacji powstanie galeria wystaw czasowych, publiczny dziedziniec z ceramiczną posadzką i nowe wejście do muzeum od strony Exhibition road; il. AL_A

Pozostając przy domach handlowych, właśnie wygrała Pani konkurs na modernizację Galeries Lafayette w Paryżu, niedawno otwarta została część handlowa w Central Embassy, zaprojektowanym przez panią olbrzymim, wielofunkcyjnym obiekcie w Bangkoku. Czym różnią się zakupy w Paryżu i Bangkoku, i jak to przekłada się na architekturę?

Różnią się ogromnie. W Bangkoku to prawie narodowe hobby – ludzie biorą nawet dzień wolnego, żeby pojechać do centrum handlowego, często spędzając w mallu cały dzień wspólnie z rodziną. Miejsca te oferują im bardzo wiele różnych form aktywności. W nieprzyjaznym, bardzo wilgotnym klimacie klimatyzowane, dobrze zaizolowane centra handlowe wydają się przynosić prawdziwą ulgę. W naszym obiekcie część handlowa łączy się z wieżowcem hotelu, staraliśmy się dobrze scalić oba te budynki i obie funkcje. Projektując tarasy wychodzące albo na ulicę albo na przynależne do Central Embassy ogrody – Embassy Gardens – chcieliśmy, by całość była mniej odseparowana, bardziej otwarta na otoczenie. By człowiek odczuwał łączność z tym, co na zewnątrz, nie tkwił jedynie w obszarze wyłączonym ze świata.

Z kolei w Paryżu budynek jest bardzo „szacowny”. Czujemy wielki respekt, szczególnie dla lokalizacji na jednym z haussmannowskich bulwarów i dla kopuły, która należy do kluczowych elementów francuskiego dziedzictwa. W tym przypadku więc, podobnie jak w V&A, chcemy odkryć coś z tej historii. Ale nic więcej na razie nie mogę powiedzieć, jest zbyt wcześnie.

Zgodziłaby się Pani z Remem Koolhaasem, że zakupy to ostatni rodzaj aktywności publicznej we współczesnych społeczeństwach?

Nie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Nasze miasta są pełne miejsc, które służą zgromadzeniom i działalności publicznej. Na przykład staje się jasne, że muzea i wystawy tworzą dziś miejsca spotkań i wypraw towarzyskich. Jak to ujął belgijski kurator Chris Dercon: Gdy ludzie wkraczają do muzeum, nie chcą porzucić własnego życia, chcą się do niego zbliżyć. Muzea służą badaniu ludzkiej kondycji, dlatego kluczowe stały się w nich przestrzenie sprzyjające nie tylko zaangażowaniu artystycznemu, ale też społecznemu. Ludzie spotykają się, by poznawać rzeczy, których jeszcze nie znają w miejscach, które są jednocześnie budujące i przyjazne.

Jest Pani zewnętrznym egzaminatorem w Architectural Association School of Architecture w Londynie. Daje to sposobność przeglądania wielu prac studentów. Czy na ich ekranach widać już przyszłość?

Nie jestem pewna, czy widzę przyszłość architektury, gdy patrzę na prace studentów. Widzę niebywałe umiejętności graficzne, widzę głębokie przekonanie, jak ważna jest analiza idei leżących u podłoża każdego projektu. Nie widzę natomiast prawdziwego zrozumienia specyfiki myślenia architektonicznego. Narzędzia projektowe są zupełnie inne niż kiedyś – studenci od początku tworzą w 3D i choć może to być niewiarygodnie podniecające, jednocześnie coś się gubi. Proszę kogoś: Weź mnie na spacer po tym budynku. Jak to będzie, gdy wejdę do środka, co zobaczę? I oni nie potrafią tego wyjaśnić.

Dlatego uważam, że powinno nastąpić jakieś przekalibrowanie, zmiana sposobu kształcenia w dziedzinie architektury. Gdy przyjmujemy do biura studentów ze świeżymi dyplomami z Bartlett School of Architecture w University College London czy AA, brakuje im zupełnie podstawowych umiejętności, chocby takich, jak rozplanowanie budynku. Muszą się tego dopiero uczyć w naszym biurze. Może zawsze tak było. Ale gdy się pracuje w 3D, łatwiej oszukiwać samego siebie, stwierdzić, że umie się zaprojektować budynek. Ekran pomaga uciec przed problemami, wystarczy po prostu przeskoczyć do innego widoku. Za bardzo ważne narzędzie uważam więc fizyczne modele i będę naciskała, by ludzie odchodzili od komputera i wykonywali makietę, nieważne jak zgrubną, ponieważ ona zawsze ujawni błędy. Tak to wygląda w moim biurze i jestem pewna, że w innych jest podobnie. Żeby zrobić fizyczny model, musisz rozumieć, jak poszczególne elementy będą się składać w całość. W ten sposób odsłania się tok myślenia, człowiek zostaje zmuszony, by dostosować się do rzeczywistości.

Rozmowa z Amandą Levete

i

Autor: archiwum serwisu Tymczasowa restauracja Tincan w Londynie, 2014; fot. Paul Winchfurness/dzięki uprzejmości AL_A

Studiowała Pani w AA w latach 70. Jakie doświadczenia wyniosła Pani z tej sławnej szkoły?

W czasie moich studiów, AA była gloryfikowaną szkołą artystyczną, którą do pewnego stopnia pozostała do dziś. Szczególnie pociągała mnie sztuka konceptualna, z powodu jej związków z myśleniem jako takim i ideami, które wykraczają poza samą formę. Prawdę mówiąc, wykorzystywałam każdy pretekst, byle tylko nie budować! Ogromny wpływ wywarł na mnie David Greene, jeden z współzałożycieli Archigramu, który pobudzał i sycił moje obsesyjne zainteresowanie konceptualnymi, niezbudowanymi formami.

Często się zdarza, że w pracowniach architektonicznych prowadzonych przez małżeństwa, kobieta funkcjonuje w cieniu mężczyzny. Spotkało to Ray Eames, Denise Scott-Brown czy Polkę Zofię Hansen. A jak te relacje wyglądały w Future Systems, gdzie pracowała Pani z mężem – Janem Kaplickym?

Dołączyłam do niego w Future Systems jako partner w 1989 roku, gdy już był wielką figurą, osobą znaną na całym świecie. Ogromnie dużo się od niego nauczyłam. Mam pełną świadomość, że nie robiłabym dziś tego, co robię, gdyby nie czas, który z nim spędziłam. Pracowaliśmy jako partnerzy przez 20 lat i jestem niesłychanie dumna z naszych realizacji. Media Centre w Lord’s Cricket Ground oraz Selfridges w Birmingham to dwa budynki, które definiują naszą pracę w Future Systems.

A czy jako kobieta kiedykolwiek w karierze doświadczyła Pani dyskryminacji albo szowinizmu w jakiejkolwiek postaci?

Często jestem o to pytana. Czuję się wtedy dziwnie i trudno mi odpowiadać. Trochę tego doświadczyłam w swoim życiu zawodowym. Lecz miejscem, w którym najsilniej odczuwałam dyskryminację, były media, prasa. Tam zawsze o kobietach-architektach mówi się w kategoriach płci. Dlaczego? Przecież mówiąc o lekarzu, nikt nie podkreśla, że jest on kobietą. Na szczęście, zaczyna się coś zmieniać. Podam przykład Zahy, mojej drogiej przyjaciółki. Ona po prostu była najsłynniejszym architektem świata, a przy okazji była też kobietą. Mówimy tu o bardzo ważnym elemencie jej tożsamości. Mam jednak nadzieję, że osiągniemy punkt, w którym nie będzie już trzeba dyskutować o płci i będziemy Zahę opisywać po prostu jako naprawdę znakomitego architekta.

Na koniec, ponieważ nasza rozmowa toczy się przy śniadaniu, chciałabym spytać o Tincan, czyli restaurację pop- -up, którą Pani biuro zaprojektowało i prowadziło w Londynie. Co jedzenie ma wspólnego z architekturą?

Tincan pojawił się ponieważ mieliśmy bardzo zły rok, przegraliśmy wiele konkursów i mieliśmy wszystkiego dość. Pomyśleliśmy: zamiast wydawać mnóstwo pieniędzy na następny konkurs, zróbmy własny projekt, w którym sami będziemy klientem. W związku z budową Museum of Art, Architecture & Technology odbywaliśmy regularne wizyty w Lizbonie. Była tam fantastyczna restauracja założona w dawnym sklepie wędkarskim. Maleńka, miała rozmiar czterech zestawionych stolików. Sprzedawano w niej ryby z puszki. Pomysł restauracji, w której nie ma kuchni, zaczął nas prześladować. Chcieliśmy zrobić projekt opowiadający o rzeczach, które lubimy, pięknie zaprojektowane miejsce dowartościowujące skromne puszki rybne i czyniące z nich obiekty pożądania. Zaprojektowaliśmy wszystko: korytarze, meble, oświetlenie i półki. Patrząc na okna wystawowe, odnosiło się niemal wrażenie, że w środku działa muzeum puszki rybnej. Mieliśmy z tym dużo zabawy, bo trzeba było wyszukać najlepsze na świecie puszki: pochodzące z Portugalii, Hiszpanii, małych wysp rozsianych po oceanach. Urządzaliśmy w pracowni wspólne posiłki, podczas których cały zespół degustował ryby. W ogóle jesteśmy „jedzącym” biurem, przez pewien czas w każdy piątek przychodził do nas kucharz, żeby ugotować coś dla wszystkich. Od pewnego czasu tego nie robiliśmy, chyba trzeba zacząć znowu. Jedzenie i architektura to rzeczy, które kocham.

Była Pani dla siebie wymagającą klientką?

Bardzo. Z tym projektem wiązało się dużo więcej pracy niż przypuszczaliśmy. A czasu było niewiele. Ze względu na krótki termin wynajmu pomieszczeń, mieliśmy miesiąc na przygotowanie oraz realizację, a dwa na samą działalność. W sumie zajęło nam to trzy miesiące i należało do gatunku doświadczeń, które pochłaniają człowieka całkowicie. Chodziło o stworzenie miejsca, w którym można się spotkać i porozmawiać. O to, jakie uczucia budzi budynek – czy odpręża, bo przed wejściem posadzono lawendę, czy ludzie czują się w nim swobodnie, czy pomaga im nawiązywać interakcję, czy sposób, w jaki posłużono się w nim światłem, poprawia im nastrój – cały ten element doznaniowy jest dla mnie bardzo ważny w architekturze.

Rozmowa z Amandą Levete

i

Autor: archiwum serwisu Amanda Levete; fot. Matt Holyoaks/serwis prasowy

Amanda Levete, założycielka londyńskiej Pracowni architektonicznej AL_A. Rozpoczęła Karierę w 1989 roku, dołączając do prowadzonej przez jana kaplicky’ego awangardowej pracowni Future Systems, z którą dziesięć lat później zdobyła najbardziej prestiżową nagrodę architektoniczną w Wielkiej Brytanii – przyznawaną przez RIBA Stirling Prize. Do najważniejszych projektów założonego W 2009 roku biura AL_A należą: 10 Hills Place w Londynie (2009), Spencer dock bridge w Dublinie (2009), Central Embassy w Bangkoku (2015), Mpavilion w Melbourne (2015-2016) oraz Museum of Art, Architecture and Technology W Lizbonie, które ma być oddane do użytku w tym roku. W 2017 roku zostanie również ukończony konkursowy projekt nowego wejścia, dziedzińca i galerii Muzeum Qiktorii i Alberta w Londynie. Rozmowa odbyła się w związku z pobytem Amandy Levete w Warszawie – 1 kwietnia architektka wygłosiła wykład towarzyszący premierowej prezentacji prac finałowych laureatów konkursu Teoria oraz Stypendium Praktyka organizowanych przez fundację im. Stefana Kuryłowicza.