Muszę zacząć od pochwały wydawnictwa za zamiar dostarczenia współczesnym czytelnikom kilku wspomnień o Zygmuncie. Prawdopodobnie nie było drugiego sekretarza czy nawet prezesa SARP-u, który przebywałby więcej pod dachem pałacu Zamojskich. Jak spędzał ten czas? Trzeba wymienić przynajmniej dwa główne działania. Utrzymywanie kontaktów z prezesem SARP-u, członkami prezydium ZG i prezesami oddziałów. W epoce bez komórek i internetu nie było to proste, wymagało cierpliwości, a tej mu nie brakowało. Zygmunt zajmował się także przygotowywaniem programów zebrań prezydium ZG i oddziałów od strony regulaminowej. Tu był niezastąpiony, ponieważ miał w małym palcu całą legislację stowarzyszenia, a zebrania nie mogły się obyć bez jego opinii. Zrozumiałe, że wymagało to doskonałej pamięci i konsekwencji. Dlatego wszystkie organy SARP-u korzystały z jego wiedzy. Nie można pominąć też jego talentu oratorskiego i zamiłowania do wspomnień czy opowiadania dykteryjek z życia stowarzyszenia. Do takich należały niewątpliwie relacje o legendarnych postaciach prezesów z lat powojennych, Mokrzyńskim, Wierzbickim, Henryku Buszce, i o stosowanych fortelach w negocjacjach z partyjnymi aparatczykami w interesie architektury. Przytoczenia wymaga jedna zabawna sytuacja, kiedy delegacja polskich architektów negocjowała w Moskwie kwestie związane z budową polskiej ambasady, a przygotowanie do udziału w zebraniu wymagało wcześniejszej konsumpcji zabranych z Warszawy sardynek, aby żołądki Polaków mogły uzyskać niezbędną odporność na trudy rozmów… Pośród wspomnień Zygmunta były epizody z Powstania Warszawskiego i bardziej współczesne historie, jak odwiedziny u uwięzionego w stanie wojennym Czesia Bieleckiego. Krzysztof Chwalibóg

i

i

i

i

i

i