Przystanki: PRL zamiast PPP
Kiedy w polskich miastach nikomu nie śniło się jeszcze o niefunkcjonalnych przystankach dostarczanych przez producentów billboardów, a model ich finansowania poprzez partnerstwo publiczno-prywatne nawet nie przechodził przez myśl władzom, wiaty projektowali architekci i projektanci. Nie miały być "jedynie wystarczające", a praktyczne i estetyczne. I ekonomicznie uzasadnione - był w końcu PRL.
Zobacz także: Pora na drzewa przy przystankach! Kraków przegrywa z upałami, a wiaty nie pomagają
To właśnie wtedy (konkretnie w 1974 r.) powstała warszawska wiata dla Trasy Łazienkowskiej czyli Ełka, którą jeszcze jakiś czas temu można było spotkać w naturalnym środowisku w dwóch egzemplarzach na terenie Warszawy, z ul. Grzybowskiej i al. gen. Stanisława Maczka. Teraz z ich odrestaurowanych części złożono ostatnią taką wiatę i ustawiono w miejscu symbolicznym, bo pod dawnym Pawilonem Cepelii (proj. Z. Stępiński), którego renowacja wymagała odbudowy i odtworzenia większości bryły. Autorem projektu wiaty jest Ryszard Bojar, legenda wzornictwa przemysłowego, współautor kultowego logo CPN widniejącego kiedyś na każdej stacji benzynowej Centrali Produktów Naftowych. Identyfikacja graficzna CPN-u doczekała się już osobnej publikacji nakładem wydawnictwa Karakter.
Artyści i architekci projektowali w PRL-u więcej obiektów przyziemnych. Kiedy np. władza zdecydowała, że pora na nowe zunifikowane kioski Ruchu w polskich miastach, rozpisano ogólnopolski konkurs architektoniczny, do którego zgłosiło się mnóstwo znanych nazwisk z całego kraju. W przestrzeni publicznej ustawiano rzeźby, instalowało mozaiki. Urbaniści zajmowali się planowaniem miast, powstawały szczegółowe plany ich rozwoju. O PRL-u można oczywiście powiedzieć wiele złego, ale dbanie o jakość przestrzeni znacznie częściej powierzane było osobom kompetentnym, a często i wybitnym w swojej dziedzinie.
Galeria: Wiata typu Kalisz w Lesznie
Wiaty typu Kalisz, wiaty z kiosków Kami
Cóż jest bardziej wydajnego niż moduły? Ograniczona liczba form w fabryce, materiał zoptymalizowany do granic możliwości, możliwość łączenia i dzielenia w zależności od potrzeb. Tak działały jugokioski k67, tak działała wielka płyta, i tak działały przystankowe wiaty Kalisz. Ich autor nie jest znany, ale z pewnością był to jeden z projektantów Metalplastu Kalisz. Stąd oczywiście pochodzi nazwa wiaty, która wkrótce zalała całą Polskę. Grzybek, parasolka, jak zwał, tak zwał. Średnio pomocna, gdy zacinał deszcz i śnieg, ale przynajmniej miało się poczucie, że się pod czymś stoi.
Zobacz także: Betonowy grzybek i parasol, morze wielkiej płyty. Powojenna architektura Opola na spacer
Metalowa noga, zadaszenie z żywicy i włókna szklanego. Po PRL-u znienawidzona jako relikt, często zresztą w bardzo już słabym stanie technicznym. Wymieniano je więc na potęgę na produkty znacznie mniej ciekawe, zwyczajnie brzydkie. I robi się to do dziś z ostatnimi okazami, ostatnio np. w Wąbrzeźnie (Kuj-Pom), w którym wbrew woli zżytych z wiatą mieszkańców burmistrz wymienił Kalisz na przezroczyste pudełko w stalowej ramie.
Ale są też miasta, w których szanuje się historię lokalną i sentyment mieszkańców. W Lesznie wiata typu Kalisz została wyremontowana, a obok stanęła tablica informacyjna o historii komunikacji miejskiej w mieście (zdjęcia poniżej). W Dąbrowie Górniczej wyremontowano wiatę potrójną, a lokalne media szybko podchwyciły temat - nostalgia, wspomnienia, PRL.
W kilku miastach (jakiś czas temu np. w Gliwicach czy Sieradzu) można było spotkać wiaty przystankowe wykonane z modułów kiosków Kami, czyli rodzimej alternatywie dla jugosławiańskich k67 - nieco bardziej kanciastych i produkowanych w Aleksandrowie Łódzkim z tworzywa sztucznego. Wiaty Kami składały się ze szkieletu w dolnej części i standardowego zadaszenia w górnej. Często łączono je z kioskiem - to w końcu przystanek, a na przystanku kiosk musiał być.
Lata 90. przyniosły wiele alternatyw dla wiat z PRL-u. Wizualnie wszystkie były znacznie mniej ciekawe. Choć często bywały bardziej praktyczne, ustawione w przestrzeni wspólnej raczej jej ujmowały niż dodawały.
Ełka wypada w tym zestawieniu bardzo chłodno. I niemodułowo. Ale takie już prawo stolicy. Jako pełnoprawna wiata przystankowa z pewnością była bardziej praktyczna niż kuzyni z tworzyw sztucznych, ale też znacznie droższa w produkcji. Mimo to w ciągu dekady wyprodukowano ich aż 1200. Czy jest lepsza od przystanków zainstalowanych w Warszawie w ramach PPP (partnerstwa publiczno-prywatnego)? Na egzamin z dawania cienia już się nie załapie, ale wkrótce będzie można przetestować ją podczas ulew i śnieżyc. Przez dekady Ełki wyrobiły sobie jednak bardzo dobrą markę wśród Warszawiaków.
Po raz kolejny (jak wcześniej z ochroną architekturą socrealizmu, socmodernizmu i mozaik) Warszawa daje przykład innym miastom, jak dbać o dziedzictwo powojennego projektowania. Trudnego, bo nieoczywistego estetycznie. Miejmy nadzieję, że inni wezmą przykład.