Architektura MuratorWydarzenia A kiedy Polska? Nagroda Miesa van der Rohe 2013

A kiedy Polska? Nagroda Miesa van der Rohe 2013

Mija 25 lat od ustanowienia Mies van der Rohe Award – oficjalnej nagrody Unii Europejskiej w dziedzinie architektury.  Do tej pory zaledwie cztery polskie obiekty znalazły się na tak zwanej krótkiej liście najlepszej europejskiej architektury. Czy w przyszłości również polskie obiekty mają szanse zwyciężać?

O kulisach pracy jury, ideowym przesłaniu, jakie niesie nagroda oraz przyjętych kryteriach oceny architektury – z Ewą P. Porębską, pierwszą polską jurorką konkursu, rozmawia krytyk architektury Grzegorz Stiasny

Ewa P. Porębska i Grzegorz Stiasny. Fot. Kalbar. Więcej o Mies van der Rohe Award w miesięczniku "Architektura-murator" nr 8/ 2013
Ewa P. Porębska i Grzegorz Stiasny. Fot. Kalbar. Więcej o Mies van der Rohe Award w miesięczniku "Architektura-murator" nr 8/ 2013

Grzegorz Stiasny: Tegoroczną nagrodę otrzymał obiekt piękny, zjednoczenie artystycznej wizji inżynierskiej i architektonicznej, lecz wśród pięciu nominacji większość trudno uznać za klasyczne budynki, czym one w takim razie są?
Ewa P. Porębska: Ogromną ilość czasu spędziliśmy w ramach jury na dyskusjach, jaką wiadomość przekażemy poprzez nagrodzenie takiego czy innego budynku. Średnia europejska jest już w tej chwili na bardzo wysokim poziomie, więc wyboru dokonuje się spośród budynków bardzo dobrych. W tym roku sytuacja była wyjątkowa. Po raz pierwszy w finale znalazły się aż trzy przestrzenie publiczne, ale to nie była dla jury decyzja prosta i oczywista, czy od początku jednomyślna – nagroda do tej pory przyznawana była wyłącznie budynkom.

Od początku XXI wieku Mies van der Rohe Award jest oficjalną nagrodą Unii Europejskiej w dziedzinie architektury. W mojej opinii stanowi to pewien przekaz, promocję wizji świata według modelu Unii Europejskiej.
To jest też pewien rodzaj wizji świata prezentowanej przez członków jury. Tegoroczna edycja była jubileuszowa. Miała w podtekście fakt, że mija właśnie 25 lat od ustanowienia tej nagrody, że Europa bardzo się zmienia i ta nagroda coraz mocniej musi wyrażać przesłanie, czym architektura powinna być w przyszłości. Że odbiorcy – architekci, społeczności – będą szukać takich wskazówek, starać się zrozumieć, czym charakteryzuje się grupa budynków, które znalazły się na tak zwanej krótkiej liście. Ten zbiór to około 10% z nominowanych obiektów, który doskonale daje pojęcie o tym, co się w tej chwili w europejskiej architekturze dzieje. Wydawać by się mogło, że nowe formy architektoniczne w tej chwili się nie pojawiają, zmienia się natomiast stosunek do architektury, poszerza znaczenie tego słowa. W szczególności świadczy o tym wyróżnienie dla młodych architektów, bo rzeczywiście to jest nagroda chyba inna niż poprzednie…

Z wyróżnień dla młodych architektów pamiętam klasyczne budynki, świadczące o tym, że chcieli powtórzyć to, co robią już ci dojrzali.
W tekście opublikowanym w tegorocznym katalogu konkursu Pedro Gadanho wyjaśnia, dlaczego ci nowi młodzi tak się różnią od poprzedników i czym różni się dzisiaj młoda architektura w Europie od tej wcześniejszej. Zwraca tam uwagę na biura, które są mocno zakorzenione we współczesności, zajmując się bardzo szeroko rozumianą architekturą. Obserwujemy taki trend również w Polsce. Podczas tegorocznej edycji organizowanego przez nasz miesięcznik spotkania Młodzi do Łodzi było wyraźnie widać, że poszerza się pole pracy architekta. Zajmujemy się budowlami czasowymi, projektami wirtualnymi, grafiką, działalnością społeczną nie tylko dlatego, że jest kryzys, a trzeba coś robić, żeby się spełniać zawodowo. To jest również nowe spojrzenie na przestrzeń, na jej zmienność, na to, że realizacja może być czasowa i że efemeryczny projekt to też jest usankcjonowana działalność architektoniczna.

Postać Miesa van der Rohe to symbol architektury jako sztuki, czegoś, co wydała Europa, a co zawładnęło światem. Nigdy nie był symbolem architekta jakkolwiek zaangażowanego społecznie. Był symbolem architekta zupełnie abstrakcyjnego, poszukującego piękna architektury i wartości rozumianych bardzo klasycznie. Jak się patrzy na nagradzane przez 25 lat obiekty, to one są dosyć klasyczne. Po cichu liczyłem, że z tych pięciu nominacji zostanie wybrany obiekt mniej oczywisty, który poszerza pojęcie architektury publicznej, że to też może być przestrzeń, że to też może być park czy realizacja taka jak Metropol Parasol.
Podczas dyskusji jury nastąpiło pewne przewartościowanie i nagroda zmierza chyba w tym kierunku.
Natomiast, wracając do Miesa van der Rohe, zdecydowanie się z tobą zgadzam – jeśli nagroda nosi jego imię, to spodziewalibyśmy się przede wszystkim uznania dla pięknej formy. Taki jest właśnie pawilon w Barcelonie… Każdy architekt powinien tam pojechać chociaż raz, żeby to przeżyć i odczuć, czym jest piękno architektury. Jednak nagroda z założenia – i takie jest oficjalne stanowisko fundacji Miesa van der Rohe – nie ma być wyrazem prostej kontynuacji twórczości mistrza. I tutaj jest najważniejsza kwestia: architektura ma oddawać ducha naszych czasów. Praca jury polegała na poszukiwaniu projektów, które naprawdę mogły powstać TERAZ, właśnie teraz. Nawet jeżeli historia niektórych z nich była długa, jak w przypadku belgijskiej hali targowej, której realizacja trwała latami, to efekt końcowy jest świadectwem konkretnego momentu historii, aktualnego sposobu myślenia. Jednocześnie trzy przestrzenie publiczne w finale wskazują, jak ważną dziś tego typu projekty odgrywają rolę. A że zwyciężył jednak budynek? Widocznie po prostu był najlepszy.

Nie widziałem na żywo tego obiektu, ale jego wybór spośród piątki finalistów wydaje mi się bardzo bezpieczny, i bezdyskusyjny. To obiekt kultury, czyli coś, czym Europa chce się pochwalić, że jest takim kulturalnym pępkiem świata, a jednocześnie taki, który jeszcze 10 lat temu nie byłby w ogóle możliwy do wymyślenia. Nawet jeżeli nauka jakoś przenika przez architekturę to to, co zrobił Eliasson z pomocą inżynierów, jest efektem rozważań, o których jeszcze do niedawna nie było mowy. Może pojawiały się jedynie gdzieś na uniwersytetach, jako teoretyczne dociekania.
Teoria została sprawdzona w praktyce, więc idąc tym tropem, masz rację. Przyznanie nagrody przestrzeni publicznej byłoby co prawda czymś absolutnie przełomowym, ale widocznie żadna z nich nie była tak innowacyjna, znacząca. Lecz takie decyzje, jak nominowanie przestrzeni publicznych w nagrodzie do tej pory zdominowanej przez budynki, sankcjonują trend, zostawiają na zawsze ślady. To punkt zwrotny, który kiedyś, w przyszłości, będzie określać charakterystyczny moment historii europejskiej architektury.

Być może nie nadszedł jeszcze czas, żeby takie okołoarchitektoniczne rzeczy nagradzać.
Raczej chodzi o to, czy jesteśmy pewni, jak te konkretne realizacje się zestarzeją. Czy będą się sprawdzać za parę lat.

To prawda. Nie mogą być jeszcze tak doskonałe jak sala koncertowa – obiekt powtórzony w historii już wielokrotnie, w którym wiele elementów można porównać i doceniać. Każda z tych trzech nominowanych przestrzeni miała też dosyć krytyczne recenzje. Niektórzy uważają, że pewne rzeczy są dyskusyjne. Wyrzucone pieniądze na ekstrawaganckie zadaszenie w Sewilli, które zadaszeniem nie jest, czy naruszanie spójności historycznego rynku Gandawy przez monumentalny obiekt. Albo próba godzenia sprzeczności w Kopenhadze. To nie jest przestrzeń spójna, raczej akceptująca chaos i go celebrująca.
Przestrzeń publiczna często bywa przedmiotem sporu, to całkowicie naturalne i twórcze. Świadczy o coraz większym zaangażowaniu lokalnych społeczności i coraz silniejszej potrzebie wpływu użytkowników na nasze otoczenie – o tle społecznym i historycznym trzech nominowanych realizacji oraz o wynikających z nich trzech sposobach myślenia o przestrzeni publicznej pisałam obszernie w tekście Three Ways to Public Space w katalogu wystawy Mies van der Rohe, więc nie chciałabym w tym miejscu się nad tym wątkiem szerzej rozwodzić. W skrócie mówiąc, to właśnie w projektach atrakcyjnych, nierzadko innowacyjnych, miejskich obszarów najsilniej ujawnia się „duch czasów” początku XXI wieku – odkrywanie potencjału kulturowej i społecznej RÓŻNORODNOŚCI.
Dla mnie osobiście najciekawsze jest Superkilen w Kopenhadze. Ten projekt trudno nazwać pięknym. Nie do końca jest on również zrozumiały, jeśli się nie zna jego genezy, a odbiera wyłącznie powierzchownie, poprzez formę. Wydaje się populistyczny. I taki jest, w jakiejś mierze. Lecz jeśli wniknie się głębiej, jego idea i sposób organizacji są fascynujące i wyznaczają absolutnie nową drogę. Projekt jest częścią programu partnerskiego władz Kopenhagi i stowarzyszenia Realdania wspierającego działania charytatywne w sferze architektury i urbanistyki. W jego opracowaniu, poza architektami, bardzo dużą rolę odegrała grupa artystów i projektantów krajobrazu. W wielkim uproszczeniu mówiąc, chodziło o to, aby dojść do porozumienia z przedstawicielami 60 mniejszości etnicznych zamieszkujących jedną z najbardziej zaniedbanych dzielnic Kopenhagi dla stworzenia wspólnej przestrzeni, która odpowiadałaby ich potrzebom. Aby wybrać odpowiednie symbole, które, w ich mniemaniu, ich reprezentują.

Śmietniki, ławki, to wszystko zebrane z różnych stron świata...
Patrząc powierzchownie, odnosi się wrażenie, że to rodzaj parku rozrywki. Sama go tak początkowo odbierałam – te silne kolory, nachalna symbolika… Ale w głębszej, ideowej i symbolicznej warstwie, projekt wnosi wiele do dyskusji o europejskiej tożsamości, dziedzictwie. Przyznam, że pod tym kątem mnie zafascynował, bo otwiera pole dla wyobraźni, rozmaitych interpretacji, twórczych sporów. Moim zdaniem pokazuje przede wszystkim, że nasze dziedzictwo i symbole w Europie mogą być zbiorem otwartym. Superkilen to próba stworzenia wielowątkowego znaku, ukazania złożoności dziedzictwa, to budowanie unikalnej nowej przestrzeni absolutnie od początku, a jednak w oparciu o zachowaną przez mieszkańców pamięć innych, odległych przestrzeni. Cały proces realizacji – wyboru artefaktów, podróży wybranych mieszkańców do dalekich krajów dla przywiezienia „skarbów”– przypomina moim zdaniem jakąś baśń, wyprawę po złote runo, coś, co mogło się zdarzyć w zaprzeszłych czasach. To zaczątek nowej miejskiej legendy, mitu.
Wracając do realiów – jak ta przestrzeń w praktyce będzie działać, nie wiem. Trudno uwierzyć, że problemy społeczne można naprawić wyłącznie poprzez architektoniczną, nawet pogłębioną kulturowo działalność.

To jest architektoniczny idealizm.
Też architektoniczne zastępstwo, bo pieniądze na społeczne działania na pewno musiałyby być znacznie większe niż na to, żeby taki symbol, przestrzeń publiczną wybudować. Natomiast tamtejsze władze wcale nie twierdzą, że Superkilen ma w tej postaci pozostać na zawsze. Projekt był odpowiedzią na konkretne potrzeby i czas. Znów więc pojawia się w naszej rozmowie wątek tymczasowości i przekazu, który jest aktualny dziś, ale nie wiadomo, jak długo.
Tak czy inaczej – Superkilen znalazł się w finale i ważne, żebyśmy nie oceniali tego projektu wyłącznie pod względem formy.

My też w ostatnich latach nominowaliśmy kilka przestrzeni publicznych. To, co znalazło się na shortliście, czyli węzeł przesiadkowy we Wrocławiu, nie jest oczywistą architekturą, tylko rodzajem przestrzeni, ale znacząco różnej od tych, które w poprzednich latach były nominowane z Polski, na przykład skweru Hoovera czy parku chopinowskiego w Żelazowej Woli. Te przestrzenie niosą przekaz oficjalny, są jak plakat.
Węzeł przesiadkowy znajduje się w newralgicznym punkcie urbanistycznym, spina wiele funkcji, w takim sensie jest bardziej unikatowym obiektem niż klasyczny miejski plac. W nagrodzie Miesa van der Rohe szczególnie docenia się pewien eksperyment – albo w grze z miastem, albo w formie. To widać w każdym z finałowych pięciu projektów – możemy się w nich doszukać nowości i dyskusji z tym, co istniało.

Jednocześnie każdy odzwierciedla czas, w jakim powstał i sytuację, w jakiej dane miejsce czy kraj się znajduje. Tegorocznymi polskimi nominacjami pokazujemy, że cały czas jesteśmy regionem w przebudowie. Nie stać nas na aż tak wyszukane obiekty jak te finałowe. Oczywiście budujemy też filharmonie, muzea i w tej edycji mamy nominowanych pięć muzeów. Zwróćmy jednak uwagę, że część to są przebudowy, to jest recykling, coś, co może być wartością w tym konkursie. Jest też to, co uwielbiamy promować, takie nasze najpiękniejsze budynki, na które możemy wydać dużo pieniędzy. W tym roku był nominowany dom handlowy Vitkac. To jest piękny, bardzo drogi, luksusowy budynek. A zwycięzca, Harpa, to też piękny, bardzo drogi, luksusowy budynek.
Jaki drogi? Czterysta milionów złotych.

Sto milionów euro, to nawet nie taki drogi. Nasze stadiony bywały droższe.
Więc jak widzisz, jeśli chodzi o koszty realizacji, nie pozostajemy w tyle… Ale mówiąc serio, Harpa to fantastyczny symbol tego, co Europa ostatnio przeżyła. Kryzys zaczął się w Islandii, a realizacja Harpy to znak jego przezwyciężenia. Jest w tym projekcie zapisana cała historia trudów partnerstwa publiczno-prywatnego, bo ostatecznie to, że budynek w ogóle powstał, jest zasługą zaangażowania środków od państwa. To jedyny tak ważny, duży budynek w Islandii. Oczywiście w czasie kryzysu wiele osób było przeciwnych jego ukończeniu. Państwo wzięło jednak na siebie odpowiedzialność za jego sfinansowanie. Jeśli w ogóle mówić Harpie jako o ikonie, to już nie jest znak miasta, tylko aspiracji kraju.

Idąc tym tropem, powinniśmy nominować Stadion Narodowy. Właściwie bardzo się dziwię, że nigdy nie nominowaliśmy żadnego z obiektów sportowych. Inne kraje, podobnie jak my, nominują też biurowce, domy jednorodzinne, wielorodzinne, architekturę komercyjną.
Każdy z obiektów, niezależnie od funkcji, ma moim zdaniem szanse wygrać. To jest fantastyczne w tej nagrodzie, że ona jest absolutnie pozakomercyjna – co jednak wcale nie oznacza, że musi się nagradzać budynki kultury. Wszyscy bardzo się starają, żeby wybrać po prostu projekty najlepsze. Mówiąc „pozakomercyjna”, mam na myśli jej idealistyczne przesłanie – wskazanie najlepszych architektonicznych realizacji, by stanowiły wzorzec, materiał do dalszych dyskusji.
Ważne jest też to, że nominują nie tylko instytucje, reprezentujące oficjalne stanowisko stowarzyszeń, muzeów czy izb architektonicznych, ale też indywidualni eksperci z poszczególnych krajów. Trzeba sobie zdawać sprawę, że te pierwsze często starają się nominować to, co dla ich środowiska zawodowego jest ważne, promują architektów, którzy są znaczący w danym kraju czy regionie. Nic w tym złego, ale dobrze, że pojawiają się także głosy z boku, bo to poszerza spektrum. Ciekawe, że niektóre z obiektów są zgłoszone przez cztery, pięć osób, a inne tylko przez jedną instytucję.

Ponieważ jestem architektem, ciekawi mnie co trzeba zrobić, żeby dostać nagrodę Miesa van der Rohe.
Najpierw trzeba być nominowanym.

Czyli mieć poparcie swojej izby czy stowarzyszenia architektonicznego albo zyskać poparcie tego niezależnego krytyka, który nominuje.
Myślę, że najważniejsze jest, żeby to dzieło zostało przez kogoś zauważone. Tylko raz mi się zdarzyło, że ktoś usiłował naciskać, abym nominowała jego obiekt. Wysyłając kandydatury, zawsze starałam się znaleźć trop, analizować dotychczasowych laureatów, szukać projektów, które mogłyby w tym konkursie zajść jak najwyżej. W czasie ceremonii wręczenia nagród spotkałam parę osób z innych krajów, które też są w gronie nominujących, i one mówiły to samo, że starają się wyszukać takie realizacje, które byłyby w stanie zwyciężyć. Ale jeśli chodzi o nagrodę dla młodych architektów, to przede wszystkim szukaliśmy ludzi, którzy w przyszłości mają szanse zaistnieć jako…

…agenci zmian, którzy wprowadzą jakiś ferment, nowe otwarcie.
Myślę, że jest duże prawdopodobieństwo, że tak się stanie.

Wśród autorów nominowanych z Polski obiektów nie brakuje młodych architektów. Jest PALK, WXCA, Łukasz Wojciechowski. Ale wydaje mi się, że oni starają się raczej konkurować ze starszą generacją, a nie szukać nowych pól eksploracji.
Młode pokolenie architektów ma dużo więcej kontaktów z zagranicznymi uczelniami i biurami niż kiedykolwiek wcześniej, potrafi śledzić to, co się dzieje w Europie i stara się w to wejść. Myślę, że nie jesteśmy tak daleko od tej nagrody.

Pewnie coraz bliżej. Początkowo udział Polski w tym konkursie był raczej symboliczny, nominowały pojedyncze osoby. Nominowane obiekty były co prawda w danym momencie dla polskiej architektury ważne, ale dziś już niekoniecznie. Na początku to były kościoły, potem nominacje oddawały zachłyśnięcie się architekturą komercyjną.
Bo też mało mieliśmy innych.

Ale w ostatnich latach szala się przechyla i przeważają ważne obiekty publiczne, a nie biurowce, banki czy wille.
Jedna rzecz rzuca się w oczy. Nie ma żadnego „ukłonu” w naszą stronę, stosowania taryfy ulgowej wobec Europy Wschodniej czy Środkowej, dawnych krajów komunistycznych, zrozumienia, że musimy nadrabiać tyle zaległości w dziedzinie architektury. Próbowałam lobbować za pewnym projektem, ale w odpowiedzi usłyszałam, że jest to oczywiście świetny projekt, tylko że mógł powstać 20 lat temu. Nawet gdybym użyła argumentu, że 20 lat temu to on u nas nie mógłby powstać, to musiałbym się zgodzić, że w skali europejskiej by jednak mógł. Mówię to po to, żeby uzmysłowić, po pierwsze, jak ważne w tym konkursie jest oddanie ducha czasów, a po drugie, że nikt już nie ocenia nas przez pryzmat młodszego rodzeństwa, któremu można coś jeszcze wybaczyć. Wręcz przeciwnie, wszyscy traktują Polskę jako duży kraj, w którym się dużo buduje, w związku z tym musi tu powstawać coś naprawdę ciekawego.

Ponieważ byłaś jurorką, to chciałbym się dowiedzieć, jak to wygląda od kuchni. Każdy z nominowanych robi swoją prezentację, ale jest to prezentacja bardzo określona i bardzo jednolita, nie ma dowolności przedstawiania obiektu?
Nie. Są wyznaczone ramy prezentacji, a osoby, które nominują powinny napisać również uzasadnienie. Wszystkie projekty są w taki sam sposób dostępne dla jury już przed pierwszym posiedzeniem, więc można je bardzo szczegółowo obejrzeć. Każdy sędzia dostaje również wydruki, z wszystkimi budynkami i zapisami. Ponadto stoją plansze. Jest też presja czasu, bo kiedyś trzeba te obrady skończyć… Najtrudniejszy moment to pierwszy kontakt z nominowanymi pracami. Pierwsze głosowanie polegało na tym, że wszyscy wybierali swoje typy, na początku dowolną liczbę. Ale niewiele było takich obiektów, które by jeden, pojedynczy juror wybrał. Widać więc, że wśród architektów istnieją kryteria, które nawet na poziomie pierwszego oglądu projektu są dosyć oczywiste.



Trzysta obiektów z Europy oglądane w masie tworzy bazę, na tle której widać pewne rodzynki.
Owszem, rodzynki widać! Każdy, kto uczestniczył w jakimkolwiek jury, gdzie jest większa liczba projektów architektonicznych, ma tego świadomość. Na pewno ma znacznie, w jaki sposób budynki są fotografowane. Ale jeśli tych zdjęć jest kilka, to choć pewna manipulacja fotkami teoretycznie jest możliwa, to zawsze na którymś zdjęciu prawda jest gdzieś ujęta.

W drodze kolejnych eliminacji wybieracie pięć obiektów. Czy każdy jest przez was szczegółowo oglądany na żywo?
Ta objazdowa część jury, wizyty w terenie, to najciekawsza część obrad. Wtedy już widać każdy szczegół i jedni zyskują, a inni tracą.

Czy wśród pięciu nominowanych obiektów miałaś jakieś inne typy? Głosowałaś za Reykjavikiem, czy jednak za Kopenhagą?
Zdecydowanie głosowałam za Harpą. To był jednogłośny werdykt. Ale przestrzenie publiczne zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie, sądzę, że w przyszłości to będzie ważny element architektury europejskiej. Nie mamy już tak strasznie dużo wolnych przestrzeni do zabudowania, nie musimy tworzyć tak dużo nowych budynków, a część istniejących będzie przystosowywana do nowych potrzeb.

Można je wymieniać.
Ale pomiędzy budynkami też coś się dzieje. Myślę, że teraz uwaga będzie skupiać się na przestrzeni, krajobrazie. Przestrzeń publiczna jest coraz bardziej widoczna i potrzebna. Myślę też, że planowanie w coraz większym stopniu będzie się otwierało na różnego typu wpływy mniej lub bardziej formalnych organizacji. To się dzieje w przestrzeni publicznej w tej chwili na całym świecie. I to będzie coraz bardziej sankcjonowane. Architekt jest potrzebny do tego, żeby różne niezależne działania rozmaitych grup, społeczności pozbierać i stworzyć z tego pewną całość – po prostu z bardzo różnych wątków stworzyć jedną wspólną koncepcję. Publikowaliśmy w „Architekturze-murator” tekst SelfMade City pokazujący działalność grup mieszkańców, którzy samodzielnie zajmują się budowaniem domów w Berlinie. Liderami takich działań często były osoby ze środowiska architektonicznego.

W Warszawie mieliśmy propozycję realizacji skwerów sportów miejskich, co pokazuje otwarte społeczne myślenie, że architektura to nie tylko obiekt do podziwiania, lecz coś, w czym się żyje, czego na co dzień się używa.
Myślę, że jest bardzo dużo projektów skierowanych do lokalnych społeczności, które nie mają „swoich” miejsc w przestrzeni publicznej, a które dopiero uczą się, że mogą takich przestrzeni wymagać i że mogą przy tego typu projektach współpracować. Te wszystkie młode grupy zajmujące się architekturą i przestrzenią publiczną, jak Odblokuj, Napraw sobie miasto czy krakowski Instytut Architektury, działają na rzecz tego typu społeczności. Czy zrealizują kiedyś coś tak dużego, spektakularnego jak Superkilen – nie wiem, czy będą mieć takie możliwości. Ale może to nie ma znaczenia, bo architektura składa się też z drobnych elementów. I takie elementy i tego typu działania my już w Polsce mamy.

Mamy młodych i ambitnych architektów, łączących różne dziedziny projektowania – grafikę, sztukę, nieoczywistą architekturę – tylko może oni nie mają takiej realizacji jak aranżacja Red Bull Music Academy, która otrzymała w tym roku wyróżnienie dla młodych architektów. Realizacji łączącej na dodatek komercję ze sztuką.
Langarita-Navarro Arquitectos zrealizowali ten projekt w ciągu dwóch miesięcy. To wyróżnienie Mies van der Rohe Award wynika z zauważenia faktu, że rola architekta polega także na tym, by w szybkim tempie reagować na potrzeby, nawet te chwilowe, a jednocześnie tworzyć dla nich takie ramy, które byłyby jak najbardziej doskonałe. Nie oznacza to oczywiście, że to jest radykalne odejście od tak zwanej prawdziwej, kubaturowej architektury, o czym świadczy przecież budynek wyróżniony główną nagrodą, raczej staram się zwrócić uwagę, że pojawiają się takie istotne wątki jak tymczasowość w architekturze.

Nagrodę dla wyróżniającego się młodego architekta 10 lat temu otrzymał Jürgen Mayer, który teraz był w finale, a dostał ją za establishmentowy budynek ratusza w jednym z niemieckich miast. Owszem, trochę połączył architekturę ze sztuką, ale to był wczesny Jürgen Mayer, który nie miał nic z dzisiejszego architektonicznego celebryty.
Tak samo Wiel Arets, przewodniczący ostatniego jury. On też kiedyś dostał nagrodę dla młodych, a potem zrealizował wiele znaczących budowli, był dziekanem legendarnego Berlage, a teraz jest dziekanem IIT w Chicago, szkoły, której szefował przecież kiedyś Mies van der Rohe. Innymi słowy, nagradzane zostają osoby, które faktycznie robią potem coś istotnego dla architektury, a poszukiwanie takich talentów jest zadaniem jury. Tu nie chodzi tylko o nagrodzenie jednej, wyróżniającej się realizacji. 

Wróćmy jeszcze do polskich nominacji. Dlaczego budynki pewnych architektów wielokrotnie się w nich powtarzają? Czy to są naprawdę najlepsi polscy architekci? Romuald Loegler był nominowany sześć razy za bardzo zróżnicowane budynki publiczne i prywatne, potem nastąpiła era Roberta Koniecznego, który też miał nominacje dla sześciu swoich kolejnych willi. APA Kuryłowicz – pięć razy, w zasadzie tylko architektura komercyjna, JEMS – też pięć razy, przy czym skwer Hoovera to wśród nich jedyny publiczny obiekt. Czy można powiedzieć, że to są bezdyskusyjni liderzy polskiej architektury przełomu XX i XXI wieku?
Oczywiście, są liderami polskiej architektury. Ten sposób nominacji – w dowód uznania zasług dla lokalnej architektury – nie dotyczy tylko Polski. Tak czy inaczej każda osoba powołana do grona nominujących powinna czuć się zobowiązana do szukania obiektów, które mają w tym konkursie szanse, które są ważne dla europejskiej architektury i jej historii. Zwróćmy uwagę, że w poprzedniej edycji konkursu polska realizacja, która znalazła się na tzw. krótkiej liście, nie była nominacją w dowód uznania szerszej działalności architektonicznych liderów. To był mały kościółek...

W Tarnowie nad Wisłą koło Puław.
Zgłoszony przez Romka Rutkowskiego. Kościółek, który ma w sobie pewną nostalgię, jest wyjątkowo usytuowany w krajobrazie, a jednocześnie jest rzeczą bardzo drobną.
Tym niemniej trudno nie nominować najważniejszych budynków, które powstały w danych latach. Jednak pamiętajmy, że większości sędziów nazwiska liderów z Polski, nawet te, które tutaj wymieniamy, nie są powszechnie znane. Tak więc nie można liczyć, że jakiś obiekt wygra ze względu na nazwisko autora…

To w pewien sposób oczywiste, że izby architektów czy stowarzyszenia muszą nominować to, co najlepszego dany kraj wydał albo coś, co jest najbardziej na świeczniku. Nie zdziwiło mnie, jak zobaczyłem nominacje dla kilku obiektów z olimpiady w Londynie, bo to jest coś, czym cała Wielka Brytania może się pochwalić, co należy do machiny promocyjnej państwa.
I tak powinno być, dlatego że już sama nominacja do nagrody Miesa van der Rohe jest znacząca. Nominowane obiekty zaczynają być jeszcze bardziej znane w swoim kraju, wzbudzają kolejne dyskusje. Usankcjonowanie tego, że stadion czy budynek komercyjny był ważny w danym okresie w danym kraju jest też ważnym zapisem dla historii architektury współczesnej. Ten zapis zostaje na internetowej stronie fundacji Miesa van der Rohe. Do tej pory nominowanych było 2467 obiektów, z tego 71 z Polski. W przeciągu 25 lat tylko cztery z nich znalazły się na tak zwanej krótkiej liście. Jednak jestem przekonana, że to, iż obiekt nie znajdzie się na shortliście, nie oznacza, że nie jest dobry, tylko że po prostu nie jest w danym momencie tak znaczący dla architektury w szerszej, ponadlokalnej skali, że nie jest aż tak zapamiętywalny. Nagroda Miesa van der Rohe jest szukaniem najważniejszych symboli i innowacji. Tych innowacji, jak widać, nawet na skalę europejską nie jest wcale tak strasznie dużo.

Poland’s Turn? The Mies van der Rohe Award (english version of the article)

W sierpniowym wydaniu Architektura-murator 8/2013 ukazał się obszerny materiał podsumowujący wszystkie dotychczasowe edycje Konkursu European Union Mies van der Rohe Award.  W publikacji pojawiła się przygotowana specjalnie do tego wydania autorska mapa najciekawszych realizacji Starego Kontynentu. W numerze m.in. także wypowiedź Ewy P. Porębskiej, jurorki ostatniej edycji Konkursu oraz Giovanny Carnevali, dyrektor fundacji Miesa van der Rohe. Ponadto recenzje, opinie o towarzyszących nagrodzie wydarzeniach i prezentacje finalistów Konkursu. A  dziale „Technika” obszerna ( 18 stron) publikacja zwycięskiego budynku HARPY – unikalne detale techniczne i zdjęcia z budowy. ENGLISH SUMMARIES.

Iwan Baan: mistrz fotografii architektury [GALERIA] Iwan Baan to holenderski fotograf architektury, który rzucił wyzwanie długoletniej tradycji przedstawiania budynków jako wyizolowanych z kontekstu, ukazując również ich otoczenie i użytkowników. Z okazji spotkania z Holendrem, które w ramach konferencji Architektura i Media poprowadzi Ewa P. Porębska, prezentujemy wybór ikonicznych zdjęć autorstwa Iwana Baana publikowanych na łamach naszego miesięcznika.
Architektura i Media – druga ogólnoeuropejska konferencja poświęcona przyszłości mediów architektonicznych Już 11 maja kolejne ogólnoeuropejskie spotkanie poświęcone roli architektury w mediach i przyszłości branżowych magazynów i portali. W ramach konferencji redaktor naczelna „A-m” Ewa P. Porębska rozmawiać będzie z Iwanem Baanem, jednym z najbardziej znanych i najczęściej publikowanych fotografów architektury na świecie.
EU Mies Award Polska Po raz pierwszy w histori Fundacja Miesa van der Rohe współorganizuje wystawę, która jest poświęcona tylko jednemu krajowi. Na ekspozycji zobaczymy wszystkie polskie realizacje biorące udział w konkursie od 1996 roku.
Willa Wolfa w Gubinie W Niemczech toczy się debata na temat rekonstrukcji pierwszego, nowoczesnego budynku Miesa van der Rohe, jedynej realizacji architekta na terenie obecnej Polski – przytaczamy głosy zwolenników i przeciwników odbudowy obiektu.
Kto się boi kolumn? Wyniki międzynarodowego konkursu architektonicznego Rozstrzygnięto konkurs na projekt tymczasowej rekonstrukcji kolumn, które górowały nad słynnym pawilonem Miesa van der Rohe w Barcelonie w 1929 roku. Pierwszą nagrodę przyznano hiszpańskiemu architektowi, który wyraził jeden z najbardziej palących problemów współczesności, jednocześnie podkreślając tymczasowy charakter instalacji.
Fear of columns Z okazji 30. rocznicy rekonstrukcji pawilonu Miesa van der Rohe w Barcelonie, fundacja jego imienia ogłasza konkurs architektoniczny na projekt tymczasowej rekonstrukcji najbliższego otoczenia oryginalnego pawilonu z 1929 roku.