Spis treści
Siedlce są ciekawe. W centrum miasta można znaleźć interesujące budynki, sporo drzew i skalę, która teoretycznie powinna sprzyjać codziennemu życiu. A jednak po kilkunastu minutach spaceru pojawia się trudne do odparcia wrażenie, że przestrzeń została całkowicie podporządkowana jednemu użytkownikowi – samochodowi.
Centrum Siedlec jest stosunkowo niewielkie
Do Siedlec trafiłem przypadkiem. Szukałem kawiarni, w której mógłbym na chwilę usiąść i popracować. Wysiadłem w centrum z przekonaniem, że jak w większości polskich miast tej wielkości bez problemu znajdę przyjazne miejsce. Pamiętałem też Siedlce sprzed kilkunastu lat. Nie były wówczas urbanistycznym wzorem do naśladowania, ale pozostawały typowym miastem regionalnym – z własnym rytmem, ambicjami i centrum, które pełniło funkcję miejskiego salonu. Tym razem doświadczenie okazało się zupełnie inne. Najbardziej uderzające nie jest nawet to, jak wygląda przestrzeń, lecz jak się ją odczuwa. Centrum Siedlec jest stosunkowo niewielkie. Można przejść je w kilkanaście minut. Teoretycznie powinno więc zachęcać do spacerów. W praktyce poruszanie się pieszo okazuje się męczące i nieintuicyjne. Człowiek nie tyle spaceruje, ile przeciska się między samochodami, wjazdami, parkingami i kolejnymi przeszkodami.
Wartościowa architektura i zieleń zakryta dywanem aut
Nieprzypadkowo podczas mojej wizyty niemal nie widziałem osób, które po prostu korzystałyby z centrum jako miejsca spędzania czasu. Ludzie przemieszczali się z punktu do punktu. Nikt nie wydawał się tu być dla samej przyjemności przebywania w mieście. To paradoks, bo Siedlce dysponują wieloma cechami, które mogłyby budować wysoką jakość przestrzeni. Zieleń jest obecna. Skala zabudowy pozostaje ludzka. Można znaleźć wartościowe przykłady architektury z różnych epok. Problem polega na tym, że wszystkie te atuty zostały przykryte przez dominację infrastruktury samochodowej.
Samochody są tutaj dosłownie wszędzie
Nie chodzi wyłącznie o ruch uliczny, lecz o sposób zajmowania przestrzeni. Zastawione chodniki, pojazdy stojące na każdym wolnym fragmencie terenu, parkingi rozlewające się na kolejne place i skwery. W wielu miejscach można odnieść wrażenie, że przestrzeń publiczna została sprowadzona do funkcji magazynu dla samochodów. Pieszy jest tolerowany, ale nie jest traktowany jako równoprawny użytkownik miasta. Dopełnieniem tego obrazu jest chaos wizualny. Reklamy, szyldy, przypadkowa mała architektura i brak spójności przestrzennej tworzą środowisko, które trudno odczytać jako wspólną, świadomie kształtowaną przestrzeń publiczną. Nie chodzi nawet o pojedyncze błędy czy zaniedbania. Problemem wydaje się raczej brak przekonania, że jakość otoczenia ma znaczenie. Jakby miasto utraciło wiarę w możliwość kształtowania własnego centrum jako miejsca atrakcyjnego dla ludzi.
Nie wiem, co się tu wydarzyło przez ostatnią dekadę
Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tutaj wszystkie negatywne zjawiska polskiej przestrzeni skumulowały się tak mocno. Nie rozumiem, dlaczego właśnie tutaj odpuszczono wiarę w to, że projektowanie przestrzeni ma znaczenie. A jej odpowiednie utrzymanie – w tym pilnowanie obowiązujących przepisów przynosi korzyści.
Nie piszę tego felietonu z intencją piętnowania mieszkańców Siedlec. Przeciwnie. To raczej chęć wsparcia ich w trudnej sytuacji i zwrócenia uwagi na przestrzenne zło, które tu się wydarzyło. Rozumiem doskonale, że z perspektywy codziennej rutyny i przyzwyczajenia, trudniej dostrzec rozlewający się wokół nas chaos. Być może powinniśmy wspólnie coś z tym zrobić. Bo nikt nie powinien musieć żyć w tak wrogiej ludziom przestrzeni.