Warszawska „Ameryka”: jest burger, nie ma chodnika. Kolejne szeregi domów wypierają zieleń

Kto chce się poczuć jak w USA, nie musi jechać daleko. Przy ul. Pałacowej w Warszawie, zaraz za południową obwodnicą miasta, jest miejsce jakby żywcem przeniesione z przedmieść Denver czy Houston. Tak doskonale dopasowane do potrzeb kierowców, że doskonale wrogie pieszym.

Rozmowa z Kubą Snopkiem I Marketing w Architekturze

Amerykański sen niedokładnie przełożony na polski

To już przedmieścia, ale wciąż Warszawa. Błonia Wilanowskie. Za 20–30 lat będzie tu gęste miasto. Już to widać – parę kilometrów na wschód stąd szybko rozbudowują się Zawady, od północy napiera Miasteczko Wilanów, od zachodu, oddzielone skarpą, są blokowiska Ursynowa. Południowa Obwodnica Warszawy z jednej strony hałasuje i oddziela, z drugiej – pozwala szybko dojechać w wiele miejsc. Tak atrakcyjny teren nie pozostanie pusty.

Już nie jest. W rejonie ul. Pałacowej od kilkunastu lat wyrastają kolejne osiedla. Osiedla, rzecz jasna, domów szeregowych, bo tak dziś zabudowuje się przedmieścia i podmiejskie wsie. Przykłady można mnożyć: Głosków, Józefosław, Ożarów Mazowiecki, Wawer, Podolszyn. Deweloperzy kupują wąskie pasy ziemi ornej, grodzą je i zabudowują szeregami identycznych domków. Nabywców nie brakuje – ceny są przystępne, metraż spory, a za oknem zielono. Przynajmniej do czasu, aż widoku na łąki i lasy nie zasłoni kolejny rząd zabudowy. 

Okolice ul. Pałacowej w Warszawie
Autor: Szymon Starnawski/Grupa Murator

To osiedla jak z amerykańskiego filmu. Powtarzalna zabudowa, podłużne ogródki, podjazdy od frontu, na których lśnią zaparkowane auta. Tyle że amerykańskie przedmieścia składają się głównie z domów wolnostojących. Polskie – z szeregowców. Coś się zgubiło w przekładzie. Nasz kraj nie jest aż tak przepastny jak Stany Zjednoczone, u nas buduje się ciaśniej. Ceną za „domowy” metraż i wąski ogródek są sąsiedzi za ścianą, jak w bloku.

Bez samochodu jesteś tu intruzem

Obok osiedli – park handlowy. To akurat duży plus, bo bez niego w okolicy byłoby kiepsko ze sklepami i usługami. Ale i tę przestrzeń, jak osiedla obok, zaplanowano w amerykańskim duchu – pod samochody, nie pod ludzi. Pieszy czy rowerzysta nie ma tu czego szukać.

Traf chciał, że autor niniejszego tekstu musiał tu coś kiedyś załatwić bez auta. Z autobusu miejskiego wysiada się „nigdzie”: w zasięgu wzroku tylko drzewa i wielopasmowa Przyczółkowa. Stąd idzie się chodnikiem, który – przecięty ulicą, wjazdem na parking i ciągiem pieszo-rowerowym – zaraz się urywa. Chcąc dotrzeć do sklepu czy burgerowni, lawiruje się na parkingu pomiędzy autami, przemyka chyłkiem wzdłuż ściany budynku. Inaczej się nie da, tak to miejsce zaprojektowano. Z przeciwnej strony kompleksu nie pomyślano o jakimkolwiek połączeniu z najbliższym ciągiem pieszym: ludzie musieli sami wydeptać sobie ścieżkę. Bo właściwie po co tu piesi? Po tej przestrzeni się jeździ, nie chodzi. Kto robi inaczej, korzysta z tego miejsca źle.

Okolice ul. Pałacowej w Warszawie
Autor: Szymon Starnawski/Grupa Murator
Okolice ul. Pałacowej w Warszawie
Autor: Szymon Starnawski/Grupa Murator

Obwodnica jak granica

Nie ma, rzecz jasna, nic złego w takim projektowaniu przestrzeni, tak jak nie ma nic złego w preferowaniu podróżowania wszędzie samochodem i budowania życia w oparciu o tę preferencję. Trudno wszak wyobrazić sobie współcześnie np. życie na wsi bez auta. „Amerykańskość” okolic ul. Pałacowej i Wiedeńskiej zaskakuje jednak o tyle, że to nie są jakieś rubieże cywilizacji. To tereny zaraz za Południową Obwodnicą Warszawy, ok. 1,5 km w linii prostej od przystanku końcowego tramwaju do Wilanowa i mniej więcej tyle samo od blokowisk Ursynowa.

Można odnieść wrażenie, że obwodnica, otwarta wszak zaledwie kilka lat temu, wyznacza granicę nie tylko między miastem a przedmieściami, ale też między diametralnie różnymi podejściami do przestrzeni. Tam – przemyślana siatka ulic, transport publiczny, usługi w parterach, przestrzenie publiczne. Tutaj – Dziki Zachód. Dopóki to wciąż w dużej mierze pustkowia, amerykański model mniej lub bardziej działa. Ale za 20–30 lat, gdy deweloperzy skończą dogęszczać i nie będzie tu już gdzie szpilki wcisnąć? Gdy niewydolny już dziś układ drogowy kompletnie się zatka? Gdy tysiące nowych mieszkańców zaczną głośno domagać się metra, którego nikt w te rejony nie planuje? Cóż, nie trzeba zgadywać: wystarczy wybrać się na Zieloną Białołękę. Historia, jak widać, lubi się powtarzać.

Podcast Architektoniczny
Paweł Paradowski, Marcin Meller: Dubajski rozmach czy lokalna tradycja? Polacy budują szkołę w Etiopii