Spis treści
- Upadek stalowego kolosa. 35. rocznica katastrofy najwyższej budowli świata
- Jak powstał rekordzista z Konstantynowa?
- Dlaczego maszt musiał sięgać chmur?
- Techniczne wyzwania na placu budowy
- Czarny czwartek, godzina 19.10. Anatomia katastrofy
- W cieniu giganta, strach, protesty i radiowa propaganda
- Co zostało z najwyższej anteny globu?
Upadek stalowego kolosa. 35. rocznica katastrofy najwyższej budowli świata
8 sierpnia to data, która w kalendarzu polskiego budownictwa i radiokomunikacji zapisała się czarnymi zgłoskami. Tego dnia w 1991 roku, dokładnie o godzinie 19.10, przestał istnieć rekord, który przez 17 lat czynił Polskę światowym liderem wysokości. Maszt radiowy w Konstantynowie koło Gąbina, mierzący niebagatelne 646,38 metra, runął na ziemię podczas prac konserwatorskich.
Dziś, w rocznicę tego wydarzenia, warto przypomnieć sobie historię obiektu, który wyprzedził swoje czasy, a którego upadek do dziś budzi silne emocje.
Jak powstał rekordzista z Konstantynowa?
Potrzeba budowy giganta nie wynikała z megalomanii władz PRL, choć wątek propagandowy był obecny. Głównym powodem była fizyka. Po zmianie granic Polski po II wojnie światowej, dotychczasowa radiostacja w Raszynie znalazła się zbyt daleko na wschód, co uniemożliwiało stabilny odbiór Programu I w całym kraju.
Konstantynów wybrano nieprzypadkowo - leżał blisko geograficznego środka Polski, a warunki glebowe sprzyjały budowie ogromnego pola uziemiającego. Prace na terenie o powierzchni ponad 60 hektarów rozpoczęły się 5 lipca 1969 roku. Właściwy montaż konstrukcji wysokościowej ruszył w 1972 roku pod okiem inż. Jana Polaka z zabrzańskiego biura Mostostalu, który projektując maszt, inspirował się amerykańskimi doświadczeniami. Wykonawcą został Mostostal Zabrze, a nadzór nad montażem sprawował inż. Andrzej Szepczyński.
Bogatym źródłem informacji o maszcie w Konstantynowie jest strona Radiowego Centrum Nadawczego Konstantynów.
Dlaczego maszt musiał sięgać chmur?
Wielu pyta, czy naprawdę musiał być tak wysoki? Odpowiedź brzmi: tak. W odróżnieniu od wież telewizyjnych, maszt w Konstantynowie sam w sobie był anteną. Cały stalowy trzon przewodził prąd o wysokiej częstotliwości. Aby uzyskać wysoką sprawność przy częstotliwości 225 kHz (fala o długości około 1333 metrów), antena musiała mieć długość zbliżoną do połowy fali. Dzięki temu „Jedynkę” odbierano nie tylko w całej Europie i Azji, ale nawet w Afryce Północnej, a przy dobrych warunkach - w Ameryce.
Moc nadajników szwajcarskiej firmy Brown Boveri wynosiła imponujące 2 MW, a pobór energii całego obiektu porównywano do zapotrzebowania niewielkiego miasta.
Techniczne wyzwania na placu budowy
Konstrukcja masztu była smukłą, stalową kratownicą o przekroju trójkąta równobocznego o boku 4,8 metra. Składała się z 86 członów, z których każdy ważył tony - łączna masa konstrukcji wynosiła 577 ton.
Trzon utrzymywało 15 głównych odciągów rozmieszczonych w pięciu poziomach.
Ponieważ maszt był anteną pod napięciem, dochodzącym do 120 kV, nie mógł dotykać ziemi. Cała konstrukcja wspierała się na trzech gigantycznych izolatorach z porcelany technicznej o wysokości 2,45 metra każdy. Izolować trzeba było także liny odciągowe, dzieląc je na odcinki, by same nie zaczęły rezonować jako przewodniki. Wewnątrz masztu poruszała się szwedzka winda zębata Alimak, którą wjazd na szczyt zajmował około pół godziny.
Czarny czwartek, godzina 19.10. Anatomia katastrofy
Do tragedii doszło podczas rutynowej wymiany lin odciągowych najwyższego poziomu. Mechanizm zawalenia był kaskadowy. Aby wymienić główną linę, obciążenie przejęły dwie liny pomocnicze. Niestety, podczas operacji, jedna z lin pomocniczych wysunęła się z zacisku lub została źle zamocowana. Gdy całe obciążenie przejęła druga lina, ta nie wytrzymała i zerwała się.
Powstała ogromna asymetria sił. Wierzchołek masztu wygiął się i załamał, uderzając w niższe partie konstrukcji. Kolos złożył się jak domek z kart.
Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że ekipa remontowa zdążyła już zejść na dół – nikt nie zginął.
Jak podaje RCN Konstantynów, kierownik Radiofonicznego Centrum Nadawczego w Konstantynowie, inż. Zygmunt Grzelak, w nocy z 8 na 9 sierpnia 1991 roku zapisał w dzienniku radiostacji: "W dniu 8 sierpnia 1991 r. o godzinie 19:10 najcudowniejszy twór polskiej myśli technicznej, wzniesiony rękoma polskich specjalistów, przestał istnieć. Powaliła go głupota ludzka, brak odpowiedzialności i szacunku do rzeczy wielkich, nie tylko wymiarami, brak wyobraźni i przewidywania następstw jakie pociąga za sobą bezmyślność".
Śledztwo wykazało brak dziennika budowy, brak odpowiednich uprawnień kierownika robót i błędy w przygotowaniu operacji.
W cieniu giganta, strach, protesty i radiowa propaganda
Maszt od początku budził lęk okolicznych mieszkańców. Przypisywano mu wszystko - od nowotworów i bezpłodności, po spadek mleczności krów i zmianę koloru roślin. Powstało nawet Stowarzyszenie Ochrony Życia Ludzi przy Najwyższym Maszcie Europy. Choć badania nie potwierdziły bezpośredniego wpływu promieniowania na zdrowie, strach i brak zaufania do państwa sprawiły, że po katastrofie część sąsiadów podobno modliła się z wdzięczności, że maszt zniknął. To właśnie te protesty, w połączeniu ze zmianą przepisów środowiskowych, ostatecznie zablokowały plany odbudowy obiektu w tej lokalizacji.
- Polecamy też: Instytut Niepamięci. IPN rzeźbę nazywa "sowieckim obiektem propagandowym", zaprasza na igrzyska niszczenia sztuki
Co zostało z najwyższej anteny globu?
Po zawaleniu masztu, rolę głównego nadajnika przejął ponownie Raszyn (z mniejszą mocą), a ostatecznie w 1999 roku zbudowano nowe centrum w Solcu Kujawskim.
Sam Konstantynów niszczał. Większość stalowej konstrukcji sprzedano na złom. Radiowe Centrum Nadawcze oficjalnie zakończyło działalność w 2003 roku, a większość zabudowań wyburzono w 2022 roku.
Maszt w Konstantynowie pozostaje do dziś najwyższym masztem radiowym, jaki kiedykolwiek zbudowano. Jego rekord wysokości (646,38 m) pobił dopiero w 2008 roku będący w budowie wieżowiec Burdż Chalifa w Dubaju. Historia tego obiektu to opowieść o wielkim triumfie polskiej inżynierii, który został zaprzepaszczony przez organizacyjne zaniedbania i brak szacunku dla potęgi stalowej konstrukcji.