Spis treści
Rafał Mazur, architekt, badacz architektury. W latach 2015-2023 adiunkt na Politechnice Rzeszowskiej i Politechnice Warszawskiej, od 2025 roku współtworzy kadrę nowego kierunku architektura w SGGW. Najważniejsze realizacje: Dom Kultury w Katowicach (2013), Przystań Żeglarska w Piszu (2014), „dom na wodzie” w stołecznym Porcie Czerniakowskim (2016), osiedla w Łowiczu i Zamościu (2020)
Początki mieszkaniówki, jaką znamy dzisiaj
Aleksandra Czupkiewicz: Odniesienia do istniejącej architektury wydają mi się niezbędnym elementem procesu projektowego. Sama w pracy korzystam z Housing Design: A Manual od NAi Publishers, który segreguje mieszkaniówki pod kątem typologii, kontekstu oraz urbanistyki. Brakowało takiej pozycji na polskim rynku. Wspólnie z Piotrem Trębaczem wypełniliście tę lukę tytułem Sekcja. Architektura domów wielorodzinnych w Polsce 1918-2023. Zaczynacie od roku zakończenia I wojny światowej. Jakie zmiany zaszły wówczas w zamieszkiwaniu?
Rafał Mazur: To wtedy właściwie zaczęła się mieszkaniówka, jaką znamy dzisiaj. W 1919 roku odbyły się pierwsze powszechne wybory, bez względu na płeć czy wyznanie, co było na świecie rzadkością. Demokratyzacja kraju wiązała się też z demokratyzacją przestrzeni. Hierarchiczny układ kamienicy związany z dostępem pomieszczeń dla najlepiej sytuowanych mieszkańców od strony fasady uległ zmianie, teraz wszystkie ściany budynków zaczęły być równomiernie wykorzystywane. I choć demokracja skończyła się po kilku latach, to mieszkaniówka nadal się rozwijała. Do głosu doszło nowe pokolenie architektów, dla których funkcjonalizm stał się dominującym nurtem.
Najpopularniejszą typologią były proste, jednoklatkowe kamienice rozsiane po całej Polsce, budowane oddolnie przez drobnych inwestorów i małe spółdzielnie mieszkaniowe. Klatki schodowe z lastriko, doświetlone często pionowymi „termometrami” oraz bramy do podwórza o powtarzających się wymiarach wynikały bezpośrednio z przepisów z 1928 roku. Pragmatyzm budowania wprowadził funkcjonalistyczną estetykę z gładkimi fasadami i powtarzającymi się typami okien. Jest w tym jakaś zbiorowa mądrość, której nie można przypisać konkretnemu architektowi. I to wydaje mi się najciekawsze.
Do dziś odpowiednio liczony jest każdy metr
AC: Jeśli w okresie międzywojnia mówimy o zbiorowej mądrości, to w latach 90. panowało zbiorowe szaleństwo...
RM: Na pewno lata transformacji zadziwiają oryginalnością. Wówczas największą ambicją architekta był budynek, który wyglądałby jak ten na Zachodzie. Budowano wtedy najmniej od lat 50., a z mieszkań, które powstały, korzystali najbogatsi. Nadzieją były TBS-y i chyba ich realizacje można uznać za najbardziej wartościowe, np. Kwartał Turzyński w Szczecinie. Pod koniec lat 90., kiedy na rynku zaczęły pojawiać się kredyty mieszkaniowe, własne lokum stało się produktem. I do dziś odpowiednio liczony jest każdy metr.
Dominujący mit z czasów transformacji ustrojowej
AC: Okres po 1989 roku jest również szczególny dla struktur pracy w architekturze. Państwowe Biura Projektowe przestają działać, powstają pierwsze prywatne firmy architektoniczne. Dziś rzadko już funkcjonują tak duże pracownie jak te z końca lat 2000. Jest też coraz mniej biur młodych architektów. Czy to trudny moment dla absolwentów? Co doradziłbyś im jako start w zawodzie?
RM: W naszym środowisku dominuje mit z czasów transformacji ustrojowej, że im większa pracownia, tym lepsza. Wybitni architekci zakładają duże biura, w których nie mają już czasu na rysowanie. Odchodzą od istoty naszego zawodu, ich głównym zajęciem staje się poszukiwanie zleceń. Tymczasem jakość architektury rodzi się w skupieniu, trudno ją osiągnąć w korporacyjnych warunkach. Projektując w mniejszych zespołach lub w pojedynkę, architekt bardziej odpowiada specyfice swojej profesji, którą definiuje się przecież jako wolny zawód.
Czytaj także: Osiedle w Łowiczu udowadnia, jak ważne jest angażowanie architektów w tanie budownictwo mieszkaniowe
Najlepiej zacząć więc od praktyki w pracowni, która może nas realnie czegoś nauczyć. To okres maksymalnego czerpania wiedzy i zdobywania doświadczenia. Zachęcałbym każdego, aby po uzyskaniu uprawnień spróbował pracy na własną rękę. Jest to droga pełna niepewności oraz braku stabilności finansowej, ale warto zapłacić taką cenę za wolność, która stanowi dużą wartość w tym zawodzie. Kiedy nie wygrywa się konkursów, co bywa raczej normą, zawsze można ratować budżet przetargami publicznymi. Ten jeden na dziesięć może okazać się ciekawy i opłacalny. W drodze przetargu miałem możliwość zaprojektowania Domu Kultury w Katowicach i do dzisiaj uważam to za wspaniałą przygodę.
Wydaje mi się, że trzeba ryzykować, a łatwiej to robić, mając 30 lat. Od siedmiu lat nikogo nie zatrudniam. Po latach zarządzania niewielkim zespołem zaczęło mi brakować skupienia charakterystycznego dla prac z czasów studenckich i pierwszych lat po ukończeniu uczelni. Zakładam, że lepiej zaprojektować mniej, a lepiej. Ten model pracy wydaje mi się również bardziej atrakcyjny pod względem finansowym. Sam rysując swoje projekty, odczuwam większą frajdę i mogę za nie wziąć pełną odpowiedzialność. W przypadku większych realizacji, jak osiedla mieszkaniowe, zawsze można połączyć siły z kolegami po fachu. Wymiana doświadczeń oraz krytyczne spojrzenie współautora na równych zasadach są bardziej twórcze niż praca w hierarchicznym środowisku korporacji. W Polsce istnieją małe biura, w których powstają uznane projekty. Gdyby wśród ambitnych architektów dominował taki model uprawiania zawodu, mielibyśmy lepszą przestrzeń. Wielkie pracownie nie drenowałyby rynku zleceń, a doświadczeni architekci mogliby w skupieniu zająć się projektowaniem.