Antoni Domicz

i

Autor: archiwum serwisu Fot. Maciej Lulko

Rozmowa z Antonim Domiczem, autorem domu z bali na Opolszczyźnie

2016-11-30 11:54

Świat się zmienia, zmieniają się style i mody. Podziwiam je, ale im nie ulegam – o znaczeniu kontekstu w architekturze, walce ze zmianami wprowadzanymi przez użytkowników i udziale w maratonach z Antonim Domiczem rozmawia Maja Mozga-Górecka.

Jest Pan maratończykiem. Czy długodystansowy bieg wpływa na postrzeganie miasta?

Raczej nie. Jestem biegaczem amatorem i biegam głównie poza miastem. W maratonach startuję bardzo rzadko. Bieganie to hobby, które z uprawianiem zawodu architekta ma niewiele wspólnego, choć przyznaję, że wiele rozwiązań projektowych powstawało w trakcie długiego, nudnego truchtania.

Syn namówił Pana do wspólnego biegania w kółko w drzwiach obrotowych w galerii handlowej i to udokumentował. Ma na Pana dobry wpływ?

Olbrzymi. Niezwykle cenię i podziwiam prace mojego syna, Jana. Sztuka, którą uprawia, jest dziedziną znacznie trudniejszą od architektury. Artysta zaczyna od pustej kartki, podczas gdy architekt zawsze, nawet w szczerym polu czy na pustyni, pracuje w kontekście: miejsca, programu, klimatu. W architekturze trudniej jest o oryginalność, niepowtarzalność.

Zespół kościelny Przemienienia Pańskiego w Opolu powstawał w latach dla społeczeństwa opresyjnych a dla architektury chudych. A to wtedy, w 1981 roku określił Pan swoje zasady. Czy podejście do architektury może być niezmienne, skoro świat się zmienił?

To były czasy państwowych biur, w których projektowało się osiedla z wielkiej płyty, architektura sakralna była więc szansą, by „poszaleć”. Dość szybko zdałem sobie jednak sprawę z tego, że po prostu nie potrafię projektować oryginalnych, ekspresyjnych i modnych form. Postanowiłem nie walczyć z tym ograniczeniem, nie walczyć z sobą, lecz robić architekturę najlepiej, jak potrafię. Kościół w Opolu to zespół ceglanych prostopadłościanów bliższy stylistyce romańskich klasztorów, niż modnemu wówczas postmodernizmowi. Świat się zmienia, zmieniają się style i mody. Podziwiam je, ale im nie ulegam.

O budynku Artpunktu napisano, że ma cechy postmodernistyczne: udawane okna, trójpodział bryły.

Artpunkt jest minimalistycznym pudłem, to budynek dedykowany sztuce, szukaliśmy więc takiego rozwiązania, które wyrazi zmienność i nieokreśloność sztuki współczesnej. Pokryliśmy elewacje cienkimi płytami poliwęglanu, które zmieniają przezierność w zależności od kąta spojrzenia. Otwory wydają się rozmieszczone chaotycznie, ale w istocie są ściśle podporządkowane funkcjom – jedne pomieszczenia potrzebują dziennego światła, inne, jak ciemnia fotograficzna, przeciwnie. Dopiero w nocy przy iluminacji wnęk okiennych ukazuje się uporządkowana struktura elewacji. Zielone zadaszenie tarasu jest reminiscencją samosiejek, które przed przebudową rosły na dachu tego budynku. Biała powłoka nie jest odporna na wandalizm, dlatego nie schodzi do parteru. I gdzie tu jest postmodernizm? Wszystko to są racjonalne decyzje. Postmodernizm to kreacja, twórcza wena i szaleństwo, a tego we mnie nie ma. Kiedyś może chciałem być Gehrym, ale mi to nie wychodziło. Kreację zastępuję analizą i obserwacją. Można powiedzieć, że nasze budynki projektują się same, wynikają z zadania projektowego i kontekstu.

Biblioteka Caritasu z elewacją z betonu i stalowej siatki powstała w otoczeniu zabytków. Jak Pan przekonał konserwatora?

Uzgodnienia konserwatorskie trwały ponad rok. Konsultant poproszony przez wojewódzkiego konserwatora o opinię na początku rozmowy stwierdził tak nie może być. Odpowiedziałem: tak może być i realizacja to potwierdzi. Zdenerwował się i tak się zaczęło. Były negatywne decyzje, odwołania, pozytywne opinie Jerzego Gurawskiego, Stefana Müllera i WKU-A, kolejne odmowy, uzgodnienia. Pomogła zmiana na stanowisku wojewódzkiego konserwatora. Został nim architekt Jacek Kucharzewski i zaakceptował projekt. Uważam się za konserwatystę. Projektowanie budynków w stylu danej epoki jest działaniem stricte konserwatorskim. Nigdy w historii architektury po zmianie stylu nie podporządkowywano nowych budynków starym, zawsze budowano w duchu epoki. Nie akceptuję powszechnego w śródmieściach projektowania zabytkopodobnego.

Czy Pana nieustępliwość przekłada się na liczbę zleceń?

Doczepiono mi łatkę nieustępliwości i to się niestety przekłada na liczbę zleceń. Nie jestem ani nieustępliwy, ani uparty, a po prostu wykonuję swoje obowiązki. Analizuję potrzeby użytkowników i projektuję jak najlepiej dla klientów, nawet jeżeli oni tego nie chcą.

Jak Pan reaguje na zmiany wprowadzane przez użytkowników?

Świetlik w kościele Przemienienia Pańskiego przykryto blachą, a czarne okna zamieniono na brązowe, bo, jak mi powiedział wikary, czarny kolor go deprymuje. Beton we wnętrzach biblioteki Caritas został pomalowany na biało i żółto. W Urzędzie Marszałkowskim na ścianie z listew wieszane są kiczowate obrazki. Zdejmowałem haczyki, ale wieszali nowe, w końcu przestałem z tym walczyć. Jest mi po prostu przykro. Traktuję to jako osobistą porażkę – nie umiałem przekonać kolejnych użytkowników do naszej architektury. Minimalistyczne elewacje i wnętrza nie bronią się, lecz prowokują do „upiększeń”.

Rozmawiała Maja Mozga-Górecka

Antoni Domicz, od 1990 prowadzi wspólnie z żoną Małgorzatą pracownię architektury w Opolu, krytyk „Architektury-murator”, najważniejsze realizacje: dom z bali (k. Opola, 2016), w Opolu: rozbudowa Muzeum Śląska Opolskiego (2006, z Martą Pizio), adaptacja stołówki w Urzędzie Marszałkowskim na centrum konferencyjne (2006, z Mariuszem Tenczyńskim), ośrodek rehabilitacji (2004), biblioteka Caritas (2001), zespół kościelny Przemienienia Pańskiego (1982).