Spis treści
- Projekt na styku mody, architektury i fotografii
- Projekt jest manifestem w obronie tego, co nieubłaganie tracimy
- Nie dźwięczą już w kawiarni szklanki, gaśnie muzyka, nikt nie gra w ping-ponga
- Kiedy obiekty znikają z mapy, trzeba działać natychmiast
- Moda na zawsze
Projekt na styku mody, architektury i fotografii
Anna Żmijewska: Natalia Siebuła to…?
Natalia Siebuła: Człowiek poszukujący piękna oraz zachwytów i w nich się lubujący.
AŻ: Jak to się stało, że zaczęłaś projektować ubrania? To nie jest takie oczywiste, skoro Twoim pierwszym wyborem była szkoła muzyczna, następnie dyplom z wiolonczeli i teorii muzyki, a w planach miałaś studiowanie na Akademii Muzycznej?
NS: To był pomysł spontaniczny i na tamte czasy trochę szalony, ale bardzo szybko moda zastąpiła, a może i zupełnie wyparła, moje wcześniejsze zainteresowania i plany. Ostatecznie tak bardzo zafascynował mnie proces „od pomysłu do realizacji” i ta na wielu poziomach wolność twórcza, że przyswajanie nowych umiejętności okazało się świetną przygodą, trwającą do dziś.
AŻ: Od 2016 roku kontynuujesz projekt na styku mody, architektury i fotografii, w którym stworzone przez siebie ubrania uwieczniasz w otoczeniu modernistycznej architektury. Dom Zofii i Oskara Hansenów w Szuminie, hala Urania w Olsztynie, dom Igloo Witolda Lipińskiego we Wrocławiu, Dom Chemika w Puławach, Audytorium Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego czy dworzec PKS w Kielcach. Opowiedz co sprawiło, że poszłaś w tym kierunku?
NS: W tamtym okresie śledziłam z wielkim zdziwieniem rozważania na temat wyburzenia warszawskiego pawilonu Emilia, w którym prężnie funkcjonowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Budynek szalenie mi się podobał. Przeczytałam wówczas artykuł w ogólnopolskim portalu o tym, że obrona takich obiektów to zwykłe oderwanie od rzeczywistości, że miasto powinno się piąć w górę, wyglądać jak inne europejskie stolice.
Czytaj także: Za wypuszczenie na rynek nowego nożyka do awokado ktoś powinien pójść siedzieć. Wywiad z Joanną Jurgą
Pod tekstem pojawił się szereg komentarzy, również tych nieprzychylnych, w których nazywano Emilię reliktem minionej epoki. Wtedy bardzo przygnębiło mnie to, że wciąż chcemy gonić za Zachodem, a nie potrafimy spojrzeć na dziedzictwo, które mamy obok. I że wobec modernistycznej architektury odnosimy się z tak ogromnym brakiem szacunku. A chwilę później przejeżdżając przez Puławy, odkryłam przepiękną, przeszkloną bryłę z idealnie wkomponowanymi terenami zielonymi, tarasami, patio. To był Dom Chemika, który wkrótce miał zostać przebudowany.
Projekt uwzględniał modernizację, która była niezbędna ze względu na stan budynku, niestety zaproponowana forma daleko odbiegała od pierwowzoru. Oprócz bryły niezwykle cenne było też wnętrze: eleganckie posadzki, szkło, drewno, aluminium, kręcone schody z boazerii czy kolorowe olbrzymie mozaiki. Nie tylko mnie to poruszyło, ale też ogromnie zasmuciło. Do tego stopnia, że postanowiłam zrobić z tym coś, co było w zasięgu moich możliwości. Tak powstał pomysł na sesję kolekcji, będącej pretekstem, do udokumentowania zabytkowych wnętrz, których za chwilę już nie będzie.

i
Projekt jest manifestem w obronie tego, co nieubłaganie tracimy
AŻ: Wydaje się, że ten projekt to ważny głos w próbie ocalenia od zapomnienia tych niecodziennych budynków, które za chwilę znikną z architektonicznego krajobrazu naszych miast.Sesja w Domu Chemika spotkała się z dużym entuzjazmem ze strony odbiorców i mediów. Dało mi to jeszcze większe poczucie, że warto poruszać tematy niełatwe, skłaniające do refleksji.
NS: Minęło kilka lat i mam wrażenie, że wiele się zmieniło. Powstają fantastyczne programy, publikacje opisujące wiele ciekawych budynków wartych zachowania. Artyści często podejmują ten temat. Z zapałem dokumentują ogromną liczbę obiektów, które bezpowrotnie znikają z krajobrazu. Młodsze pokolenie patrzy na tę architekturę pod kątem estetycznym, a nie panującego wówczas, źle kojarzącego się ustroju.
Odnoszę wrażenie, że ten projekt niesie za sobą głębsze przesłanie, jest niejako manifestem w obronie tego, co nieubłaganie tracimy.
Czytaj także: Niszczejący dom frankoński na Pogórzu Kaczawskim odzyskał piękno. Zobacz przemianę domu na Dolnym Śląsku
Tak, te sesje to pretekst do rozmowy o tym, co nas otacza, o wyjątkowych przykładach sztuki w przestrzeni miejskiej, zarówno w dużych, jak i mniejszych miastach. O ważnych obiektach zasługujących na uwagę i rozgłos, na które warto patrzeć z czułością. A także o tym, by szukać rozwiązań i nie pozostawiać tych budynków na pastwę losu. Pod warstwami kurzu czy farb nie widzimy idei, które pomimo różnych ograniczeń czasów PRL-u miały swój udział w postępie architektonicznym i przyczyniały się do jego rozkwitu. Niezadbane należycie, niszczeją, aż popadają w niebyt, a przez zobojętnienie i bagatelizowanie ich znaczenia bezpowrotnie tracą swoje unikalne walory.
AŻ: Patrząc na Twoje sesje, trudno uwierzyć, że nie masz nic wspólnego z architekturą. Skąd u Ciebie taka fascynacja tym tematem?
NS: Oglądanie pięknych realizacji, poznawanie idei utalentowanych twórców, ale przede wszystkim odkrywanie historii ludzi stojących za tymi bryłami jest po prostu wciągające. Chciałoby się dostrzec te wszystkie zapomniane, owiane nutą tajemnicy obiekty, mozaiki, ceramiczne kompozycje, dekoracje, które czasem nie wiadomo już kiedy i przez kogo zostały stworzone.

i
Nie dźwięczą już w kawiarni szklanki, gaśnie muzyka, nikt nie gra w ping-ponga
AŻ: Którzy architekci czy twórcy stali się dla Ciebie inspiracją?
NS: Opowiem o wrocławskich architektach Krystynie i Marianie Barskich, którzy stworzyli projekt Audytorium Chemii we Wrocławiu. To jeden z ciekawszych zabytków polskiego modernizmu, który odwiedziliśmy. Lekka, dynamiczna, dwukondygnacyjna bryła poprzedzona tarasem skierowanym ku Odrze. Patrzenie na nią było fantastycznym przeżyciem, ponieważ Barscy mieli niespotykaną umiejętność projektowania całościowego, całkowicie autorskiego, poczynając od bryły budynku, a na detalu kończąc.
Czytaj także: Wrocław w barwach lat 90.: historia kolorowego bloku Wojciecha Jarząbka
Zaprojektowali zarówno składane drewniane krzesełka, ławki, kwietniki, drzwi, jak i klamki, wieszaki, osłony na grzejniki, podwieszane sufity z systemem oświetlenia, a nawet podświetlaną tablicę Mendelejewa. A wszystko to z wykorzystaniem tak różnych materiałów, jak drewno, terakota, szkło, lastryko, marmur, granit, beton czy aluminium, zestawiając je na zasadzie przeciwieństw – ciemne z jasnym, matowe z błyszczącym, śliskie z chropowatym i tworząc charakterystyczny dla siebie styl pełen spójności oraz harmonii. To architektura totalna, piękna i inspirująca w tych swoich detalach.
AŻ: Jak wygląda proces powstawania takiej sesji? Najpierw projektujesz ubrania, a potem wyszukujesz wnętrze lub przestrzeń, w których będą idealnie się komponować, a może jest zupełnie odwrotnie?
NS: To obiekty nadają mi kierunek do stworzenia nowej kolekcji. Ich wnętrza, snujące się tam światło, kolory. To bodziec do architektonicznej podróży, opowiedzenia jakiejś historii.
AŻ: I co się dzieje dalej?
NS: Staram wyobrazić sobie formy, kolory, faktury, które w tej konkretnej przestrzeni mogłabym osadzić. Takie, które będą korespondować z zastaną tam sztuką, dopełniać ją. Zależy mi na oddaniu unikalnego klimatu i estetyki miejsca, a nie kopiowaniu elementów wystroju przenosząc je na ubrania. Daję sobie tutaj sporo wolności i swobody.
Dlatego nieraz pomaga mi snucie, wymyślonych historii, jak choćby podczas sesji w ośrodku wczasowym Stawiska na Kaszubach, do którego wybraliśmy się w magicznym czasie, wczesną jesienią, po sezonie. To taki nostalgiczny moment dla tego typu ośrodków, kiedy wciąż jeszcze powoli opada kurz po pełnych zgiełku wakacjach i kolejnych turnusach. Nie ma już wczasowiczów ani kuracjuszy. Ucichł gwar rozmów, śmiech dzieci. Nie dźwięczą już w kawiarni szklanki, gaśnie muzyka, ploteczki nie są powtarzane z ust do ust, nikt nie spaceruje, nie gra w ping-ponga a kule bilardowe nie toczą się po stole. Jest cicho, spokojnie, czas płynie wolno. Promienie słońca kładą się leniwie na wodzie, w której odbijają się już tylko drzewa.
Moja bohaterka więc snuje się po ośrodku, jakby trochę zagubiona w czasie, a może wróciła tam po lecie w garsonce, bo czegoś zapomniała, a może pomyliła datę potańcówki i przyszła wystrojona w sukni do kawiarni…

i
Kiedy obiekty znikają z mapy, trzeba działać natychmiast
AŻ: Tak jak zarysowana przez Ciebie chwila, przemijają też budynki. Co decyduje, że akurat to, a nie inne wnętrze zestawiasz z wybraną kolekcją? Czym się kierujesz przy wyborze miejsca do sesji?
NS: Często kluczowy jest czas, w przypadku takich miejsc jak Dom Chemika w Puławach, kielecki dworzec PKS czy olsztyńska Hala Urania. Kiedy obiekty znikają z mapy, trzeba działać natychmiast i mieć tę niezwykłą przyjemność gościć w zakamarkach tuż przed nieodwracalnymi zmianami. Chłonąć ślady przemijającego czasu i uchwycić na zdjęciach atmosferę dawnych lat.
AŻ: Można odnieść wrażenie, że w Twoim obiekcie obie te strefy (moda i architektura) tworzą ze sobą spójną, nierozerwalną całość, jakby powstawały w tym samym czasie.
NS: Dziękuję, estetyka vintage jest mi bliska, więc może wychodzi to po prostu naturalnie.
AŻ: Twoja ulubiona sesja to…
NS: Wszystkie sesje wspominam bardzo ciepło i każda z nich, mimo podobnego charakteru, wiąże się z innymi historiami, ale te w domach własnych architektów zrobiły na mnie największe wrażenie. Dom Zofii i Oskara Hansenów w Szuminie, który jest materialnym manifestem Formy Otwartej – idei, według której architektura stanowi jedynie „chłonne tło” eksponujące wydarzenia życia codziennego. Ten dom ciągle się tworzy – tłumaczył Oskar Hansen.
Czytaj także: Rekonstrukcja Czarnego Pokoju Oskara Hansena: powraca Studio Eksperymentalne Polskiego Radia
Jest polem do architektonicznych eksperymentów, których nigdy by nie było, gdyby nie otaczająca go przyroda. Otwiera się na świat i ludzi. […] Nie ma tu progów, nie ma granic, w okna zaglądają sosny i ptaki. Tworzenie tej przestrzeni nigdy się nie skończyło, dlatego jedyną cezurą, którą można uznać za moment zakończenia tej budowy, są daty śmierci jej głównych projektantów.
Niezwykłym przeżyciem było także odwiedzenie domu własnego profesora Witolda Lipińskiego, który był postacią wybitną. Interesowała go równowaga, rozwój, przestrzeń, chemia, botanika, przepływ, ekologia. Przykładem tych wszystkich eksperymentów jest dom Igloo na wrocławskim Zalesiu, w którym profesor mieszkał z rodziną i miał swoją pracownię, gdzie studiował zagadnienia związane z samowystarczalnością energetyczną projektowanych przez siebie budynków. Można poczuć się w nim naprawdę jak na innej planecie, odpocząć od zgiełku codzienności i szumu informacyjnego.
Czytaj także: Dom Jana Szpakowicza w Zalesiu Dolnym
Sprzyja temu również zieleń, której jest dużo wewnątrz domu, ale też widać ją z każdego okna. Można powiedzieć, że Igloo jest wręcz zatopione w roślinności oraz stanowi ona jego integralną część. Bez wątpienia Witold Lipiński wyprzedzał swoją epokę pod względem myślenia o ekologii. Stworzone przez niego projekty, zarówno te zrealizowane, jak i pozostałe w sferze planów, są dziś nadal aktualne.
Bardzo ważna była dla mnie też wizyta w nietuzinkowym mieszkaniu architekta Lecha Sitarskiego na warszawskim Powiślu. Niestety informacji po nim zostało niewiele, ale rąbka tajemnicy o tym wyjątkowym człowieku uchyliła przede mną Ola – wnuczka pana Lecha. Sitarski realizował w mieszkaniu swoje wizje, co bez wątpienia musiało pomagać w ucieczce od szarej i często trudnej rzeczywistości. Falująca ściana w salonie, boazeria ułożona z cieniutkich, złoconych listewek, meble tworzone na zamówienie, finezyjny relief, oprócz tego ścienna kompozycja autorstwa Gabriela „Gabera” Rechowicza, przyjaciela Sitarskiego.
Wszędzie drewno, lustra, nieoczekiwane przedmioty, które jednak pasują idealnie do tej przestrzeni – przyjaznej, niezwykle ciekawej, zachęcającej do bliższego poznania, do snucia fantazji i domysłów.To intrygujące, że mury skrywają tak barwne miejsca i postaci. Cieszę się ogromnie, że udaje się je nam odwiedzać i uwieczniać. Pokazywać choć odrobinę prywatnego, niesamowitego świata.

i
Moda na zawsze
AŻ: Fascynuje Cię architektura modernistyczna, a jak jest z tą współczesną?
NS: Ta mnie na ten moment nie interesuje.
AŻ: Czytając opisy Twoich kolekcji, sesji, miejsc, w których je fotografujesz, mam wrażenie, że to architektura gra tu pierwsze skrzypce?
NS: Wielką radość sprawia mi wyszukiwanie informacji na temat tych lokalizacji. Wzrusza mnie odkrywanie historii, idei, postaci, ale i same dzieła, zwłaszcza pod kątem pracy rąk, wykonane z pieczołowitością – to wszystko zasługuje na porządny opis.
Czytaj także: Reakcja na modernizm: powrót do klasyki w architekturze lat 30.
AŻ: Przemysł odzieżowy to jedna z najbardziej szkodliwych dla środowiska branż. Nadal zbyt mało jest refleksji dotyczących świadomości tego, co kupujemy. Zatrważające dane dotyczące przemysłu tekstylnego pokazują, że to, z czym przyjdzie się nam mierzyć, może być o wiele poważniejsze w skutkach, niż się wydaje. Jak tworzyć odpowiedzialnie?
NS: Na pewno trzeba przeciwstawiać się wielu aspektom, którymi rządzi się moda: podkopywać dominacje kultury jednorazowego użytku, sprzeciwiać się mikrotrendom, które utrzymują przemysł w stałym ruchu. Moim zdaniem można szyć ponadczasowe, uniwersalne, ale i finezyjne ubrania z zastosowaniem odpowiedzialnych i ekologicznych praktyk. Etyczne tworzenie to na pewno też autorskie rzemiosło, które ja staram się właśnie uprawiać.
AŻ: Wdrożenie odpowiedzialnej formy produkcji to jedno, ale jak przekonać klienta do zrównoważonej mody, która niestety jest droższa?
NS: Mam szczęście do bardzo świadomych klientek, które wspierają mnie od wielu lat, rozumiejąc, że rzeczy wykonane ręcznie, w małej pracowni wiążą się z innymi kosztami produkcji i że jest to inwestycja na lata.
AŻ: Moda na zawsze to taka, która…?
NS: Jest wykonana z dobrego surowca, posłuży wiele lat, można ją wprowadzić w drugi obieg lub wykorzystać z niej tkaninę przy ponownym tworzeniu.

i
AŻ: Czy aspekt zrównoważonego projektowania jest dla Ciebie ważny? Czy udaje Ci się go wdrażać w swojej radomskiej pracowni?
NS: Zdecydowanie tak, od początku działalności przyjęłam kilka zasad, których nieustannie przestrzegamy, m.in. jest to rezygnacja z sezonowości na rzecz dopracowanych, ponadczasowych modeli. Kolekcje dostępne są przez wiele lat, korespondują ze sobą, nie są tworzone w pogoni za trendami. W pracowni ubrania szyjemy po złożonych zamówieniach, dla klientek, które faktycznie są zainteresowane przymierzeniem i zakupem tych produktów.
Czytaj także: Dizajn w czasach niepokoju. Jaki jest sens tego, co tworzymy?
To także sprzeciw wobec nadprodukcji ubrań i ich krótkiego cyklu życia. Ponadto wykorzystuję tkaniny, które udało mi się pozyskać z drugiego obiegu, z polskich wełen ubiegłego wieku oraz tkanin – tzw. deadstock, które mimo swojej wysokiej jakości z różnych powodów wypełniają magazyny producentów. Tym samym przyczyniamy się do zmniejszenia zaśmiecania naszej planety. Korzystam także z tkanin, które pochodzą z odpowiedzialnych źródeł, są funkcjonalne i trwałe, mają wysokie standardy dotyczące jakości oraz certyfikaty.
AŻ: Ważne jest dla Ciebie wspieranie lokalnego rzemiosła. Podobno większość ubrań powstaje w Twojej pracowni. Opowiedz o tym.
NS: Wszystkie ubrania szyję w swojej pracowni razem z moim małym zespołem, mam więc okazję czynnie uczestniczyć w produkcji na każdym etapie. Jeśli korzystam z pomocy zewnętrznych współpracowników, to są to od lat zaprzyjaźnieni rzemieślnicy z kultywujący tradycje. To Pani Grażyna, która plisuje tkaniny w moim rodzinnym mieście, w zakładzie odziedziczonym po mamie, założonym tuż po wojnie.
Pani Hanna, mistrzyni z Łodzi, odpowiedzialna za fantazyjne formy i wzory, która współpracowała także z popularnymi francuskimi markami. Jeden wzór plisowania wykonuje dla mnie zakład, gdzie przez lata tworzono zasłonki dla PKP. Spotkania z tymi rzemieślnikami za każdym razem są ekscytujące. Wzruszają mnie ich wiedza, fach w ręku, umiejętności manualne, a także możliwość obcowania z nimi. W mojej pracowni łatwiej mi zarządzać produkcją, tworzyć rzeczy unikatowe, powstające w pojedynczych egzemplarzach, np. z końcówek tkanin lub ścinków, ale także na indywidualne zamówienia czy miarę.
AŻ: Jakie perełki architektury ma w planach Natalia Siebuła?
NS: Planów jest jak zawsze dużo, nie chciałabym zapeszać, więc zdradzę tylko, że będzie to kolejny zachwycający obiekt sanatoryjny położony w niezwykłym otoczeniu natury.
-------------------------------
Natalia Siebuła, projektantka autorskiej marki odzieżowej. Od 2016 roku tworzy projekt na styku mody, architektury i fotografii, w którym zaprojektowane przez siebie ubrania uwiecznia w otoczeniu modernistycznej architektury. Bohaterami sesji były m.in. takie budynki, jak: Audytorium Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego, dom Zofii i Oskara Hansenów w Szuminie, Dom Chemika w Puławach, Hala Urania w Olsztynie czy dworzec PKS w Kielcach

i
