Spis treści
Przyjaciele luksusu i pieniędzy
W 1938 roku stanął na Alei Przyjaciół w Warszawie Dom Pod Żaglem projektu Juliusza Żórawskiego, i ani ulica, ani dom, ani architekt nie byli zwyczajni. Aleja Przyjaciół swoją pogodną nazwę zyskała prawdopodobnie od - ma się rozumieć - przyjaciół hrabiów Sobańskich, którzy wzdłuż alei prowadzącej do pałacu sadzili po drzewku. Były to naturalnie czasy, kiedy tereny dookoła były wielkim ogrodem.
Po parcelacji terenów elitarny charakter utrzymano, a w drugiej połowie lat 30. zaczęły tu powstawać luksusowe kamienice prywatne i na wynajem. W czasie wojny skrzętnie skorzystali z tego Niemcy, którzy zajęli najlepsze mieszkania, a opuszczając je, zabierali ze sobą wyposażenie, zrywali alabastry, marmury. Luksus lubił się z ustrojem totalitarnym, toteż po 1945 roku i po remontach wprowadzili się tu przyjaciele partii.
i
O tym, jak elitarna była to okolica w międzywojniu powinien dodatkowo zaświadczać fakt, że dwie z kamienic (pod numerami 6 i 8) zaprojektowali Sigalin i Gelbard, architekci inkasujący największe honoraria w tamtych czasach. Dom rodziny Regulskich (nr 8) powstał jako kamienica prywatna, a mieszkanie inwestorów zajmowało aż trzy piętra.
Jeżeli jednak o architekturę chodzi, to nie ona jest tu najbardziej warta uwagi.
Architekt Juliusz Żórawski płynie na Aleję Przyjaźni 3
— Dom jest mały bo ma tylko 5.800 m³ ale pracy nad nim było tyle, jakby miał 58.000 m³ — pisał w 1938 roku architekt Juliusz Żórawski na łamach "Architektury i budownictwa". Według jego projektu wzniesiono na Alei Przyjaźni 3 nowoczesną kamienicę w typowej dla niego konstrukcji stalowej. Rozwiązanie to pozwalało lokatorom (i landlordom) na większe przeróbki adaptacyjne wewnątrz - mieszkania miały w dużej mierze otwarty plan.
Była to realizacja dwu z pięciu corbusierowskich zasad architektury nowoczesnej: wolnej fasady pozbawionej funkcji konstrukcyjnej oraz wolnego planu mieszkań. Dom pod Żaglem wypełnia też kolejne dwie: okna wstęgowe wtłaczające do wnętrz dużo naturalnego światła oraz taras na dachu. Otwarty parter zapewniający dowolną komunikację pod budynkiem koliduje z elitarnością budynku. Przeszklenia dodające budynkom lekkości a jednocześnie gwarantujące prywatność i bezpieczeństwo po wojnie zadomowią się w Polsce na dobre.
i
We wszystkich swoich realizacjach mieszkaniowych, a było ich wiele (i przetrwało niewiele), po 1933 roku Żórawski podnosił parapety na wysokość 1,2 m, by można było pod oknem ustawić stół do pracy lub jedzenie. Okna te otwierały się tylko w górnej części i nie przeszkadzały w korzystaniu ze stołu. Kaloryfery w pomieszczeniach wyprowadzał natomiast za drzwi - dosłownie. Tak, by poza sezonem grzewczym można było zasłonić je otwartymi drzwiami. W przestrzeniach do spania stosował szkło matowe, by osłonić mieszkańców od ostrego światła. Widok nie był zatem istotny, a okna bardziej niż do oglądania świata (na dziedzińcach i tak nie było go wiele), służyły do wpuszczania świeżego powietrza do wnętrz.
Zobacz także: Słońce miało wpadać do każdego pokoju, a za oknami - ogród z basenem. Oto kamienice przy Al. Niepodległości i Asfaltowej
W domu na Alei Przyjaciół, w którym ekspozycja wówczas bezprecedensowo wielkich okien była południowa, zaprojektował nad każdym z nich markizy, a całość, pomyślana w duchu funkcjonalizmu i obłożona gładkim piaskowcem szydłowieckim ("równiejszym od szyb w oknach, których nie można oduczyć falowania i przez które wszystko wygląda pijane"), zyskała dodatkowo śródziemnomorską prezencję, prawdziwie luksusową, tym bardziej, że kojarzącą się z wypoczynkiem i czasem wolnym, kawiarnianym dolce far niente.
i
Żórawski, autor m.in. znanej każdemu Warszawiakowi kamienicy Wedla z malowidłem Zofii Stryjeńskiej w sieni, zadbał też oczywiście o klatkę schodową. Już przez szklaną bramę widać czarne rozcieńczające się na biało gorseciki - dotąd zwykle poukładane z dyscypliną w symetryczne figury czy pasy. Tu - ułożone nowocześnie i płynnie, zapraszająco.
Gdyby taka uliczka powstała na zachodzie, pielgrzymki architektów ze wschodu dawałyby zarobić grube pieniądze Pertzowi i Kodakom, a pisma drukujące na świetnym kredowym papierze pełne byłyby reprodukcyj i artykułów krytycznych. My jednak pamiętając słowa proroka Izajasza w wielkiej skromności uśmiechamy się tylko do piaskowcowych okładzin i mając na uwadze jedynie piekełka budowlane, niepokój o zdrowie i życie robotników, kłopoty z firmami, sprawdzanie rachunków, uprzejme rozmowy z klientami, wysokie koszta budowy i wściekłość na instalatorów, którzy dzięciołują najlepsze tynki, nie mamy czasu wśród tych nastrojów na cieszenie się tym co się udało wymyślić
— ironizował Żórawski w felietonie o alei i Domu pod Żaglami. Wkrótce, w 1939 roku, jego dzieło zostanie zaprezentowane na wystawie światowej w Nowym Jorku obok domu własnego Bohdana Pniewskiego, gmachu Muzeum Narodowego w Krakowie czy architektury uzdrowiskowej Żegiestowa - realizacji, którymi Polska chciała chwalić się za granicą. Hasłem wystawy był Świat Jutra - The World of Tommorrow.
Z windy wprost do przedpokoju
Inwestor, cukiernia Ciechanów, musiał pokładać w Żórawskim duże zaufanie, bo zgodził się na rozwiązanie, które mogło odbić się czkawką - tym bardziej, że inwestycja miała charakter mocno biznesowy. Architekt zaprojektował tu po raz pierwszy w Warszawie (i prawdopodobnie w Polsce) windy, które prowadziły prosto do przedpokojów mieszkań. Prób włamań i kradzieży nie zanotowano.
i
Już sam montaż dwóch wind otwieranych dwustronnie w niewielkiej kamienicy jawił się wtedy jako kaprys. Na każdym z czterech pięter (pierwotnie miało być ich pięć, ale miasto nie wyraziło zgody na budynek wyższy) znajdowały się po dwa lokale, windy musiały być zatem dwie. Na kondygnację przypadało po jednym mieszkaniu 3-pokojowym i po jednym 1-pokojowym luksusowym apartamencie pied a terre. Służba mieszkała na parterze. Komunikację z mieszkańcami prowadziła przez megafony zamontowane od parteru po ostatnie piętro.
Żelbetowy żagiel
Windom kamienica zawdzięcza swoją nazwę. Maszynownię Żórawski wyprowadził na dach, a całość zwieńczył lekko zagiętym daszkiem żelbetowym. I ten zabieg, jak się okazało, wywołał poruszenie - głównie jednak wśród urzędników. — Ciągle pytano mnie o powód podwinięcia płyty i byłem bardzo nieszczęśliwy, gdy nie umiałem podać żadnego konstrukcyjnego ani funkcjonalnego powodu, a tylko moje „widzimisię", które dla nikogo nie było dostatecznym powodem dla robienia aż takiej ekstrawagancji. Była nawet komisja, która chciała namówić mnie do zwalenia podwiniętego wbrew naturze betonu, ale obronił mnie dokument w postaci zatwierdzonego projektu — wspominał architekt.
Stropu nie zabezpieczono wprawdzie przed bombami zapalającymi, bo w 1937 nie wymagały tego jeszcze przepisy, ale kamienica, podobnie jak i cała aleja, chroniona po części przez prominentnych mieszkańców, a po części przez żelbet, przetrwała nawet powstanie warszawskie, tracąc głównie okna, część fasad i detali. Po sprawnym remoncie w 1945 roku wszystkie domy zostały pospiesznie zajęte, nierzadko ze stratą dla pierwotnych właścicieli.
i
Kamienice z nazwiskiem na Alei Przyjaciół
Kamienice na Alei Przyjaciół zwane wtedy domami budowane były w latach 1937-38 według projektów architektów z utrwaloną już wtedy renomą.
- Aleja Przyjaciół 2: Lucjan Korngold
- Aleja Przyjaciół 3: Juliusz Żórawski, Aleksander Więckowski (1938)
- Aleja Przyjaciół 4: Aleksander Więckowski
- Aleja Przyjaciół 5: Aleksander Więckowski
- Aleja Przyjaciół 6: Roman Sigalin, Jerzy Gelbard (dla Dory Fuchs)
- Aleja Przyjaciół 8: Roman Sigalin, Jerzy Gelbard (dla Haliny i Janusza Regulskich)
- Aleja Przyjaciół 9: Wacław Moszkowski (dla Haliny i Karola Wellischów)
Źródła: Architektura i budownictwo (8/1938), Architektura, Warszawa 1939, Miasta Rytm