Spis treści
- Krótkie spotkanie, a więc polowanie na wrażenia
- Dlaczego ten gmach styka się z ziemią w taki sposób?
- Zaskakująco przytulny metabolizm
- Zupełnie nowy, wielki i wewnętrzny świat
- Historyczne Edo dostępne z poziomu chodnika
- Ikoniczne schody.. ruchome
- Taras pod podniebieniem muzealnej bryły
- Miasto uchwycone w kadrze
Mógłbym oczywiście zrezygnować. Uznać, że skoro nie mam wystarczająco dużo czasu, lepiej w ogóle nie ryzykować powierzchownego spotkania. Rozumiem, że to tylko budynek i być może nie ma się co w ogóle zastanawiać nad tą kwestią. Tylko że mówimy o Muzeum Edo-Tokio w tokijskiej dzielnicy Ryōgoku — gmachu, który wisi nad ziemią jak gigantyczny statek, który przez pomyłkę zacumował pośród miejskiej zabudowy. Z jednej strony przypomina bramę, z drugiej magazyn, z trzeciej fragment infrastruktury dla świata, który jeszcze nie powstał. Każde z tych porównań jest trochę trafne i każde okazuje się niewystarczające.
Krótkie spotkanie, a więc polowanie na wrażenia
W środku zaś mieści artefakty z 400-letniej historii jednego z najwspanialszych miast świata. A zaprojektował go na początku lat 90. Kiyonori Kikutake — jeden z twórców japońskiego metabolizmu. I jakby tego było mało — w marcu tego roku zakończono modernizację, która przebiegała pod kierunkiem równie ważnej dla historii współczesnej architektury pracowni OMA.
Dylemat jest więc realny i skomplikowany. Podjąłem ryzyko i zdecydowałem, że w ciągu niespełna godziny nie tylko spróbuję poznać budynek z zewnątrz, ale też wejdę do środka i zwiedzę mieszczącą się w nim wystawę. Oczywiste było, że tak krótka wizyta nie da mi żadnych podstaw do oceniania pracy Kikutakego czy OMA. Wiedziałem, że pozostaną we mnie ledwie wrażenia albo po prostu emocje.
Dlaczego ten gmach styka się z ziemią w taki sposób?
Budynek, mimo swoich ogromnych rozmiarów, początkowo się przede mną ukrywał. Otaczająca go zabudowa nie pozwoliła mu zaprezentować się w całości. Dopiero idąc wzdłuż niego do wejścia, miałem okazję do podziwiania go w całej okazałości. Wtedy trzeba już było jednak stale zadzierać głowę do góry. Bo to, co najciekawsze, działo się wysoko ponad ziemią. Wysokość budynku wynosi aż 62,2 metra, a siedem kondygnacji nadziemnych uzupełnia poziom podziemny. Całkowita powierzchnia budynku przekracza 48 tysięcy metrów kwadratowych.
Najbardziej charakterystyczny jest jednak nie rozmiar, lecz sposób, w jaki gmach styka się z ziemią. Znaczna część jego zasadniczej bryły została uniesiona ponad otwartą przestrzeń. Dzięki temu pod muzeum powstał rozległy, zadaszony plac, przez który prowadzą schody, przejścia i ciągi komunikacyjne. Budynek nie stoi więc po prostu przy placu — sam staje się jego dachem i monumentalną ramą.
Zmierzając ku wejściu, próbowałem zrozumieć, jak to wszystko jest zorganizowane. Gdzie właściwie znajduje się muzeum? Czy wystawa mieści się na parterze, czy może wewnątrz tej ogromnej bryły zawieszonej wysoko nad ziemią? Trudno było mi nawet właściwie ocenić jej rozmiary i poukładać sobie w głowie to, czego dowiedziałem się wcześniej.
Porównanie formy obiektu do tradycyjnego japońskiego magazynu o podwyższonej podłodze, dzięki której można się było chronić przed wilgocią, jest bardzo czytelne. Ale dostrzeżenie echa dawnych bram, fortyfikacji i spichlerzy, do których nawiązywał Kikutake, jest dla mnie zbyt trudnym zadaniem.
Zaskakująco przytulny metabolizm
Po obejściu gmachu dotarłem do wejścia. Parter okazał się zaskakująco przytulny. Nic nie zapowiadało tu konfrontacji z brutalistycznym magazynem czy betonowym bunkrem, które z zewnątrz może przywoływać architektura muzeum. Po wejściu do środka natychmiast traciło się poczucie skali całego obiektu. Budynek wycofywał się i ustępował miejsca wystawie oraz odwiedzającym.
Wystrój wnętrz to zasługa modernizacji, która zakończyła się kilka miesięcy temu — w marcu 2026 r. Kosztem blisko 620 mln złotych przeprowadzono szeroko zakrojony program prac — od odnowienia elewacji i wnętrz, poprzez wymianę instalacji, klimatyzacji i zabezpieczeń, aż po poprawę dostępności i opiekę nad zbiorami. Warto zaznaczyć, że według rządowych źródeł sam kontrakt na modernizację klimatyzacji był wart 110 mln złotych.
Przy renowacji Edo-Tokyo Museum prace OMA prowadził Shohei Shigematsu, partner pracowni i szef jej nowojorskiego oddziału. OMA odpowiadała przede wszystkim za koncepcję i nadzór nad nowymi rozwiązaniami przestrzennymi wewnątrz oraz wokół muzeum — w tym za strefy wejściowe i sposób, w jaki odwiedzający doświadczają ogromnej konstrukcji Kikutakego.
Zupełnie nowy, wielki i wewnętrzny świat
W odnowionym wnętrzu beton połączono z drewnem, szkłem i miękkim światłem. Nad głowami pojawiał się rzeźbiarski sufit przypominający nieregularną plątaninę linii. Poszczególne elementy dyskretnie informowały, że znajdujemy się właśnie w Tokio, w muzeum opowiadającym historię tego miasta. Całość była bardzo współczesna, niemal hotelowa. Zamiast spodziewanego chłodu monumentalnej konstrukcji pojawiło się wnętrze spokojne, eleganckie i zadziwiająco gościnne.
Do właściwej sali wystawowej dostałem się windą. Tam zaś wydarzyło się coś niezwykłego. Ogromna kubatura zawieszonej nad ziemią części budynku pozwoliła stworzyć wewnątrz zupełnie nowy świat. Znalazła się w nim wykonana w skali 1:1 rekonstrukcja północnej połowy drewnianego mostu Nihonbashi — symbolicznego centrum dawnego Edo i punktu początkowego najważniejszych dróg Japonii. Dalej pojawiały się fragmenty ulic, fasady kamienic, całe domy i rekonstrukcje wnętrz. Były modele, przedmioty oraz sceny z codziennego życia. Nie miałem wrażenia, że oglądam kolejne eksponaty ustawione w muzealnych gablotach. Raczej jakbym przekroczył most prowadzący do równoległej rzeczywistości.
Historyczne Edo dostępne z poziomu chodnika
To właśnie wielkość budynku, która na zewnątrz onieśmielała i zaburzała poczucie skali, wewnątrz stała się największym sprzymierzeńcem ekspozycji. Nie trzeba było biegać między piętrami, przedzierać się przez wąskie korytarze ani co chwilę zmieniać kierunku zwiedzania. Powstała wielka przestrzeń pozwalająca swobodnie oddychać, ale zarazem zaprojektowana tak, aby nie można było objąć jej jednym spojrzeniem. Kolejne miejsca odkrywały się jak prawdziwe miasto.
Chodziłem więc jego ulicami, zaglądałem do domów i sklepów, przyglądałem się makietom, konstrukcjom oraz scenom zwykłego życia. Miałem poczucie uczestniczenia w miejskiej codzienności, mimo że wszystko znajdowało się wewnątrz wielkiej, kontrolowanej hali. Było to jedno z najlepszych doświadczeń, jakich doświadczyłem w muzeum poświęconym historii miasta. Nawet dysponując tak niewielką ilością czasu, poczułem się tak, jakbym naprawdę na chwilę trafił w zakamarki dawnego Edo i późniejszego Tokio.
Ikoniczne schody.. ruchome
Co ciekawe, podczas oglądania wystawy niemal całkowicie zapomniałem o samym budynku. Architektura pozwoliła ekspozycji przejąć kontrolę nad moją uwagą. Gmach powrócił dopiero podczas wychodzenia, gdy znalazłem się na ruchomych schodach. Okazały się one nie tylko elementem komunikacji, lecz częścią starannie zaprojektowanego doświadczenia.
Dotarłem nimi do przestrzeni znajdującej się pomiędzy parterem a zawieszoną wysoko halą wystawową. Nazywa się Edo-Tokyo Terrace i właściwie trudno określić ją mianem zwyczajnego dziedzińca. Jest raczej podniesionym ponad ziemię miejskim placem: pozostaje otwarta na wiatr, światło i odgłosy miasta, a jednocześnie przykrywa ją potężna bryła muzeum. Nie jest więc ani wnętrzem, ani przestrzenią całkowicie zewnętrzną. Stanowi rodzaj progu pomiędzy wystawą a współczesnym Tokio.
Taras pod podniebieniem muzealnej bryły
Dopiero tutaj ponownie poczułem ogrom konstrukcji. Wokół wznosiły się potężne filary i trzony mieszczące klatki schodowe oraz windy, a wysoko nad głową rozciągało się podniebienie muzealnej bryły. Jego rozmiar sprawiał, że przestawało przypominać sufit. Stawało się raczej sztucznym niebem albo spodem gigantycznej platformy, na której umieszczono cały osobny świat. Człowiek poruszający się pomiędzy podporami wydawał się niewielki, niemal przypadkowy, jakby znalazł się we wnętrzu infrastruktury przeznaczonej dla istot znacznie większych od niego.
Modernizacja przeprowadzona przez OMA dodatkowo podkreśliła rolę tej przestrzeni jako zakończenia muzealnej wędrówki. Powierzchnie sufitu i filarów — łącznie około czterech tysięcy metrów kwadratowych — mogą podczas specjalnych pokazów zamieniać się w ogromny ekran. Wyświetlane na nich obrazy wykorzystują materiały z muzealnej kolekcji i motywy związane z porami roku, a część projekcji reaguje nawet na wiatr przepływający przez taras. To pomysł bardzo charakterystyczny dla tego miejsca: technologia nie zamyka widza w kolejnej sali, lecz pojawia się w przestrzeni otwartej na rzeczywiste warunki miasta.
Miasto uchwycone w kadrze
Ruchome schody, masywne trzony komunikacyjne i rozciągająca się nad nimi metaliczna bryła nadawały temu wszystkiemu niemal filmowy charakter. Zamknięta obudowa schodów mogła kojarzyć się ze śluzą prowadzącą do statku kosmicznego, a sam taras — z pokładem futurystycznej stacji. Można byłoby kręcić tutaj sceny do „Gwiezdnych wojen” bez budowania rozbudowanej scenografii. Jednak mimo monumentalności i surowości betonu nie czułem się przytłoczony. Boczne otwarcia, światło i obecność miasta pozwalały tej przestrzeni oddychać.
I wtedy zrozumiałem, że w istocie jestem w kolejnej sali wystawienniczej — tyle że pozbawionej jakiegokolwiek eksponatu. Widz miał tutaj patrzeć na otaczające muzeum miasto. To miasto w oczywisty sposób zmienia się w czasie. Budynek muzeum chwytał je po prostu w unikalny kadr i dawał przestrzeń do jego doświadczania. Genialne i proste. I możliwe do doświadczenia w ciągu 60 minut. Za co jestem Kikutakemu niezmiernie wdzięczny.
---
Dziękuję, że tu jesteś. Przeczytaj inne teksty z mojej wyprawy do Seulu i Tokio:
Strumyk na sterydach, dzięki któremu w środku 10-milionowej metropolii można się poczuć jak na wsi
Polecamy nasz Podcast Architektoniczny!