Co z dzieciństwa zapamięta pokolenie z osiedli deweloperskich, murów i ogrodzeń?

2026-06-01 19:52

Dzieci znikają z widoku. Mkną samochodami od budynku do budynku, a przestrzeń do zabawy ograniczają dziś płoty i mury. Szkoły grodzą bramy, miasto przestaje być przyjazne. Ale nie musi tak być, a przykład dają stolice naszych zachodnich sąsiadów, choćby ograniczając przy szkołach ruch samochodowy. Co pamiętamy z dzieciństwa my, a co pamiętać będą nasze dzieci?

Szkoła w Krakowie

i

Autor: Julia Dragović/ Archiwum prywatne Zza szkolnej bramy witają Powstańcy
Gdzie są młodzi architekci? Dorota Sibińska o Kongresie Architektury Polskiej I Architektura-murator

Uroki dzieciństwa na osiedlu lat 90.

Może jestem uprzywilejowana, bo wczesne dzieciństwo spędziłam na Miasteczku Studenckim AGH w Krakowie, czyli w zasadzie w zielonej komunie, gdzie wszyscy się znali. Autorzy tego legendarnego i wzorcowego kampusu, czyli architekt Tomasz Mańkowski w zespole z Przemysławem Gaworem i Zofią Nowakowską, chyba nie przewidzieli tu obecności dzieci, ale założenie projektowane było w zgodzie z nierynkowymi standardami, a więc z dużą ilością otwartej przestrzeni na zieleń i rekreację, dla ludzi poruszających się głównie pieszo. Mieliśmy więc (a była nas, dzieci, cała horda) do dyspozycji hektary terenów pełnych drzew, bezkolizyjnych dróg, uskoków, boisk, schodów, pawilonów. I jedną małą piaskownicę.

Zobacz także: Miasto w wielkiej piaskownicy. Trzeba się wspiąć, sturlać, przeskoczyć: nie każdą radość można zaplanować

Kiedy się już wyrosło z piaskownicy, szło się na rower na boisko, wspinało po drzewach, na dachy niskich wiat śmietnikowych, murki. Huśtawką była wierzba, bazą szałas z gałęzi i potłuczonych tafli szyb, drabinką stary stelaż reklamowy, przekąską owoce wielkiej morwy białej, plastrem na ranę liść babki lancetowatej. Ulica czy chodnik, wszystko jedno, były bezpieczną przestrzenią do zabawy. Z okna zawsze ktoś patrzył. A kiedy na wewnętrznej ulicy samochód potrącił jedno z dzieci, od razu zleciał się tłum rodziców. Cała wioska.

Były już wtedy komputery, był Harry Potter i Prince of Persia. Było "nie siadaj na schodach, bo dostaniesz wilka". Ale na polu też było super. A po lekcjach anektowało się teren przy szkole. Znów: otwarta przestrzeń. Betonowe boisko, ławki, znana trasa do domu, którą pokonywało się w grupie albo samemu, na nogach albo zbiorkomem; cały ten ciąg był jak przedłużenie domu. Oczywisty, stały, oswojony. Bezpieczny.

Przyznaję, idea zabawy czy spędzania czasu na placu zabaw jest mi w zasadzie obca, bo do zabawy i spędzania czasu był po prostu cały dostępny świat.

Szkoła w Krakowie

i

Autor: Julia Dragović/ Archiwum prywatne Zasieki

Teraz ten świat się kurczy

Oczywiście, czasy się zmieniają, ale o tym, jak bardzo się zmieniły, przekonałam się dopiero, kiedy po latach odwiedziłam swoją podstawówkę. Otwartej przestrzeni przy szkole już nie ma. Przejście na boisko zagrodziła wielka brama z kamerami. Nawierzchnia do gier jest teraz wspaniale nowoczesna, bo postawiono tu orlika, ale całą pozostałą przestrzeń obok mojej tysiąclatki, niegdyś otwartą, zajęła nowa wielka murowana hala sportowa. Nie ma już gdzie pisać kredą i samemu organizować sobie czasu, nie ma gdzie biegać po lekcjach, poznawać okolicę, stopniowo poszerzając zasięg eksploracji. Trawnik przy chodniku, którym kiedyś pokonywałam trasę do domu, a później na autobus, jest dziś odgrodzony. Za płotem urządzono plac zabaw.

Zobacz także: W PRL-u place zabaw bywały dziełami sztuki. W Tychach zjeżdżalnią był wielki słoń z betonu, obok stało stado żubrów i lwów

Z kolei na Miasteczku AGH nie widać już dzieci, nie ma piaskownicy; biała szachownica na boisku jest już niemal całkiem wyblakła, wierzbę powalił piorun. Otwarto browar, wyburzono pawilon, wpuszczono samochody. Plac zabaw, nowoczesny, przy przedszkolu, ogrodzono siatką.

Nie piszę tego po to, żeby ponarzekać, że kiedyś to było, a teraz to nie ma. Fakty są takie, że przestrzeń dla dzieci jest dziś znacznie gorsza i znacznie mniejsza - czy to pod blokiem lub domem, czy to pod szkołą, czy podczas drogi na lekcje (samochodem), czy na placu zabaw. Owszem, jest lepiej kontrolowana i spełnia wszystkie normy, ale jest też bardziej sterylna, wycyzelowana. Jej bezpieczeństwo opiera się na tych samych mechanizmach, co grodzone osiedla z monitoringiem i rencistą w stróżówce. Nie na zaufaniu społecznym, a na izolacji. Nie na otwarciu, a na zamknięciu. Nie na wolności do twórczej zabawy i poznawania, a na wolności od - urazów, obcych, samochodów.

Deweloperzy wciąż robią ustawowe minimum, na nowych osiedlach architekci nadal projektują place zabaw inspirowane czymś pomiędzy kojcem a spacerniakiem. Pomiędzy domami szeregowymi przestrzeń dla dzieci urządzają natomiast na wewnętrznej drodze dojazdowej, współdzieloną z samochodami.

Szkoła w Krakowie
Autor: Julia Dragović/ Archiwum prywatne Brama, a za bramą murowana hala

Co robią inne kraje?

Oczywiście, czasy się zmieniają, ale o tym, jak bardzo się zmieniły, przekonałam się dopiero, kiedy w Helsinkach zobaczyłam małe dzieci chodzące po mieście bez rodziców. Głównie parami. Pewnym krokiem, uczestnicy miasta. Niby normalny widok, ale dopiero w zetknięciu z nim człowiek zdaje sobie sprawę, że w Polsce, przynajmniej w dużych miastach, dawno już go nie uświadczył. Dzieci w ogóle znikają z przestrzeni wspólnych.

Oczywiście, czasy się zmieniają, a wraz z nimi potrzeby. Ale zmienia się też stan wiedzy. Dlatego coraz częściej zamiast metalowych zimnych przyrządów do zabawy na gumowej wykładzinie wewnątrz grodzonej zagrody, zobaczymy drewno, wielkie stwory do zabawy i trawę. Smoki, grzyby, cuda. Sąsiedzi zza zachodniej granicy poszli jednak dalej i przed szkołami zamykają ulice, albo znacznie ograniczają na nich ruch. Ale nie po to, by odgrodzić dzieci od niebezpieczeństwa, a po to, by dać im więcej przyjaznej przestrzeni w mieście.

Zobacz także: Tutaj aż chce się uczyć! Z okazji Dnia Nauczyciela przedstawiamy 5 nowych polskich szkół otwartych w tym i ubiegłym roku

Szkoła w Krakowie
Autor: Julia Dragović/ Archiwum prywatne Zza szkolnej bramy witają Powstańcy

Szkolne ulice

Ulica szkolna jest cicha, bo kiedy trwają lekcje, nie jeżdżą nią samochody, a od słońca chronią ją korony drzew. Można tu rozmawiać, prowadzić opowieść na lekcji, można obserwować ptaki i słyszeć się nawzajem; oddychać nieco świeższym powietrzem. Można swobodnie na nią wyjść. Rodzic nie wjedzie na nią autem, by podrzucić dziecko do szkoły, ale to nic, bo przecież może stanąć dalej. Istnienie takiej ulicy, kojarzonej ze szkołą, choć jeszcze na zewnątrz, pozwala też dzieciom neuroatypowym dostroić się do zmiany i przygotować na wejście do głośnego budynku szkoły.

Takie ulice znajdziemy w Hiszpanii, Francji (w samym Paryżu 300), Austrii, we Włoszech. Głównie w stolicach, ale nie tylko. Wprowadzano je jako eksperymenty, ale też jako wymóg prawny nakierowany na zdrowsze społeczeństwo. A w Polsce? Choć dyskusja o szkolnych ulicach już się u nas zaczęła, włącza się do niej silna i skuteczna frakcja Lobby Samochodowego wspierana przez Ekspertów Od Wszystkiego. Miejsca parkingowe to przecież świętość, a każde ograniczenie ruchu samochodowego to zamach na wolność. Efekt jaki jest, każdy widzi - znikomy.

Dzieci oduczają się miast, znikają z przestrzeni wspólnych, chowane w samochodach i wożone od miejsca do miejsca, za płotem, za murem. Przestaje się projektować z myślą o najmłodszych albo chociaż o pieszych, bo przecież ich interesy są często zbieżne. Dodajmy do tego szkoły oddalone od domów o kilka kilometrów, rozlewanie się miast i wszystkie problemy suburbanizacji. I nagle samochód okazuje się koniecznością.

Ostatnio w Krakowie mieliśmy Rowerowy Maj. Akcja ma motywować dzieci do aktywności fizycznej, a jednocześnie ograniczać ruch samochodowy pod szkołami, bo w Rowerowym Maju dzieci do szkoły podwożą się same. Podróż do szkoły rowerem, hulajnogą, na rolkach, jest premiowana naklejkami, a najaktywniejsze klasy i szkoły dostają nagrody. Ogłoszono sukces, świetną frekwencję.

Choć wielu uczniów realizuje założenia akcji regulaminowo, rodzice bez wyjścia podwożą dzieci z rowerami, hulajnogami i rolkami za winkiel, a dzieci aktywizują się na ostatniej prostej po naklejkę.

Szkoła w Krakowie

i

Autor: Julia Dragović/ Archiwum prywatne Szkolny plac zabaw za ogrodzeniem

Doświadczenia Barcelony pokazały, że na szkolnych ulicach całkowicie zamkniętych dla ruchu samochodów prywatnych liczba bawiących się dzieci rośnie nawet czterokrotnie. Co ciekawe, znacząco wzrasta udział dziewczynek w zabawie ulicznej. Dlaczego? Bo okazuje się, że są one bardziej wrażliwe niż chłopcy, jeśli chodzi o poziom poczucia bezpieczeństwa i czytelność przestrzeni. Być może jest to efekt innych strategii wychowywania przyjętych przez rodziców, którzy bardziej obawiają się o swoje córki niż synów. I rzadziej pozwalają im samodzielnie przebywać w przestrzeniach publicznych

— pisał Artur Celiński na łamach "Fathers" o ulicach szkolnych. — Gdy obniżamy poziom zagrożenia, rośnie nasze zaufanie i przekonanie, że dzieciom na takiej ulicy nic złego się nie stanie. Wiedeń wnosi do tej dyskusji argument za tym, że dzieci chodzące same do szkoły zyskują lepszą orientację przestrzenną, mają mniej zaburzeń uczenia się i szybciej rozwijają się społecznie. Zaczynają też mocniej sobie ufać. Pokonywanie codziennie tej samej drogi pozwala im nabierać pewności siebie. Stają się także bardziej wyczulone na otoczenie. Dzięki temu uczą się również dostrzegać różnicę między normalnością a stanem wyjątkowym. I gdy dzieje się coś złego, potrafią to zauważyć.

Wydaje się zatem, że prawdziwie mocnych argumentów przeciwko ograniczeniu ruchu przy szkołach brak. To, czego nam brakuje - nie tylko w przypadku ulic szkolnych, ale w ogóle przestrzeni przyjaznych dzieciom - to zdecydowanych działań polskich miast i wspierających je regulacji prawnych.

Ja z zabaw pod blokiem będę wspominać szałasy i wolność. Co będą wspominać dzieci z osiedli deweloperskich i podmiejskiej łanówki?

Źródło cytatu: Artur Celiński, Raport Fathers: Szkolne ulice. Dlaczego komfort dorosłych odbiera samodzielność naszym dzieciom? / fathers.pl

Zobacz także: Urbanista nie przyszedł, więc poszliśmy na piwo. Z życia dużych dzieci na deweloperskich osiedlach

Podcast Architektoniczny
Archigrest i topoScape. Krajobraz przestaje być dekoracją. Czy zaczyna być architekturą?
Architektura Murator Google News