Spis treści
- Kto sieje wiatr, musi zebrać burzę. To nieubłagane
- Bierzemy lichwiarską pożyczkę, a nie martwimy się o raty
- Z planowaniem przestrzennym jest dokładnie tak samo
- Wizję snują wszyscy. Konsekwencji nikt nie dostrzega
- Planowanie przestrzenne to klucz do zdrowego rozsądku
- Ty jesteś temu winny. I ja też
- Tor to pikuś. Zaczynamy upośledzać ruchowo nasze dzieci
Co łączy brak miejsc w szkołach w Lesznowoli z zamknięciem Toru Poznań? Na pierwszy rzut oka – nic. Jedno dotyczy edukacji, drugie sportu. Jedno dzieci, drugie hałasu. A jednak to dwa objawy tego samego zjawiska: wieloletniej ignorancji skutków nadmiernej suburbanizacji. Niekontrolowanej i bezrefleksyjnej migracji z dużych miast, na ich przedmieścia. Trudno to zobrazować sobie przeciętnemu Polakowi, bo planowanie przestrzenne to ciąg zdarzeń nieoczywistych i jeszcze rozwleczonych w czasie. Ale konsekwencje tych procesów są potężne.
Kto sieje wiatr, musi zebrać burzę. To nieubłagane
W Lesznowoli gwałtownemu, niekontrolowanemu rozwojowi monofukcyjnej zabudowy mieszkaniowej nie towarzyszyła rozbudowa infrastruktury publicznej – w tym szkół, przedszkoli i dróg. Zabrakło więc miejsc w zerówkach i część dzieci musi być dowożona do szkół oddalonych o kilka kilometrów. W Poznaniu Tor Poznań – wyjątkowy w skali kraju i istniejący od dekad ośrodek motosportu – został zamknięty z powodu skarg mieszkańców na przekroczone normy hałasu. Można powiedzieć, że tor był tu wcześniej. Ale co z tego, skoro ludzie się tu legalnie osiedlili i teraz ryk silników zakłóca ich idylliczną wizję domu na przedmieściach? Można powiedzieć – taki mamy klimat przestrzenny. Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Trudno się dziwić, że teraz w dyskusji dudnią grzmoty, a coraz to nowe persony (od ministrów po youtuberów) miotają gromy.
Bierzemy lichwiarską pożyczkę, a nie martwimy się o raty
W zrozumieniu istoty dzisiejszego problemu pomoże porównanie do lichwiarskich pożyczek, czyli problemu chwilówek. Na początku wszystko wyglądało racjonalnie. Była potrzeba – była oferta. Kto nie mógł dostać kredytu w banku, sięgał po alternatywę. Warunki były znane, decyzje podejmowane świadomie. Do czasu.
Czytaj także: Armia białych domków rozcięła pola uprawne. Mleko się rozlało, rozlały się przedmieścia: „sprzątać” będziemy wszyscy
Bo problem zaczynał się nie przy podpisywaniu umowy, tylko przy pierwszych ratach. A potem przy kolejnych. Odsetki rosły szybciej niż możliwości spłaty. Zaczynała się spirala zadłużenia, z której nie było wyjścia. Wtedy pojawiało się zdziwienie. I gniew. I pytanie: jak to możliwe, że ktoś na to pozwolił?
Z planowaniem przestrzennym jest dokładnie tak samo
Przez lata zaciągaliśmy zobowiązania – rozpraszając zabudowę, ignorując koszty infrastruktury, odkładając decyzje na później. Skoro ludzie chcą kupować domy na osiedlach łanowych, to trzeba im na to pozwolić. Każda działka domyślnie mogła zostać zabudowana – albo przez bloki, albo przez domy. Co z tego, że odległość do najbliższej szkoły liczono w kilometrach. A jedyna droga dojazdowa dla tysięcy potencjalnych mieszkańców w istocie była rolniczym traktem do pól. Koszty suburbanizacji wydawały się równie nierealne jak raty chwilówki. Jakoś się je przecież spłaci. Kiedyś.
i
Wizję snują wszyscy. Konsekwencji nikt nie dostrzega
Ta Lesznowola czy Tor Poznań jest momentem, w którym budzimy się w spirali przestrzennego zadłużenia. Wcześniej wszystko wyglądało dobrze. Tak zdroworozsądkowo. Bo dzieci będą miały podwórko. Bo zamiast dwóch pokoi w mieście można mieć trzy pod miastem. Bo dojazd zajmuje tylko kilkanaście minut. Bo gmina przecież musi zapewnić drogę. I szkołę. I dom kultury. I sklepy.
Czytaj także: Prestiżowe osiedla łanowe, czyli Zawady w Warszawie. To tu mieszkańcy nie chcieli sklepu Dino
Każda z tych rzeczy osobno ma mniejszy lub większy sens. A przynajmniej łatwo było w to uwierzyć. W końcu wszyscy tak robią, a kto miałby głowę do czytania alarmujących raportów o kosztach ekonomicznych i społecznych niekontrolowanej masowej przeprowadzki pod miasta. One były pisane drobnym drukiem, podczas gdy w mediach utrwalaliśmy święte prawo własności i kultywowaliśmy marzenie o własnym domku.
Planowanie przestrzenne to klucz do zdrowego rozsądku
Planowanie przestrzenne ma na ten temat inne zdanie. Dlatego właśnie urbanistyka jest nauką, a planowania miast uczą na uniwersytetach. Kluczem jest zrozumienie systemu zależności. Polski „zdrowy rozsądek” przestrzenny nie widzi relacji między poszczególnymi decyzjami. I dlatego doprowadził nas dokładnie tam, gdzie jesteśmy dzisiaj. Do braku miejsca w szkołach i przedszkolach na przedmieściach (podczas, gdy w centrach miast zamykamy tego typu placówki). Do uzależnia od samochodu i coraz większej ilości czasu spędzanego w aucie (a znamy już syndrom dzieci wychowywanych na tylnym siedzeniu samochodu). I w końcu do konfliktów, który nie da się łatwo rozwiązać.
Naturalne, że w takich momentach zaczyna się festiwal racji. Mieszkańcy mają rację – chcą ciszy i dostępu do usług. Samorządy mają rację – aktualnie nie mają środków, procedury są długotrwałe, a budowa nowych obiektów skomplikowana, droga i czasochłonna. Kierowcy mają rację – bo kto by chciał codziennie spędzać 2 godziny w samochodzie i jeszcze musieć płacić za parking. Użytkownicy toru mają rację – w końcu motosport istniał tam wcześniej. Właściwie to wszyscy mają rację. I właśnie dlatego nic nie da się zrobić.
Ty jesteś temu winny. I ja też
Trzeba powiedzieć to wprost: w tej historii nie ma zewnętrznego kogoś, na kogo łatwo można by zrzucić winę. To my jesteśmy parabankiem. I to my jesteśmy jednocześnie jego klientami. To my przez lata podejmowaliśmy wygodne i zyskowne tu i teraz decyzje. Koszty ignorowaliśmy. To my korzystaliśmy z systemu, który pozwalał budować tam, gdzie się to opłacało inwestorom. To my uznawaliśmy, że skoro coś jest możliwe i na zdrowy rozum słuszne, to znaczy, że jest sensowne.
Nie dziwmy się więc, gdy rzeczywistość zjawia się u drzwi z wezwaniem do zapłaty odsetek na lichwiarski procent. To łatwy do przewidzenia skutek naszej ignorancji. Nie wystarczy stawać z tym spostrzeżeniem przed lustrem. Trzeba jeszcze przed tym lustrem otworzyć oczy.
Tor to pikuś. Zaczynamy upośledzać ruchowo nasze dzieci
Najciekawsze jest to, że my tę lichwę właśnie zaczynamy spłacać. I to nie tylko w spektakularnych przypadkach, takich jak Poznań czy Lesznowola. Lichwa objawia się też w rzeczach znacznie mniej widocznych – ale dużo bardziej powszechnych i istotnych dla naszej społeczności. Dostrzeżemy go na przykład w szkołach, które coraz częściej tworzą pracownie sensoryczne dla dzieci. Ich zadaniem jest wyrównywanie deficytów i zaburzeń w koordynacji motorycznej. Powstają, bo okazuje się, że dzieciaki mają braki w rozwoju ruchowym. Część z tych problemów wynika z jakości przestrzeni publicznej. Dzieci zaczynają z niej znikać. Nie bawią się same. Nie ćwiczą upadków. Nie chodzą do szkoły. Zamiast tego są wożone. A rodzice – w strachu przed np. potrąceniem dziecka przez samochód na osiedlowych uliczkach – zaczynają kontrolować każdy ruch swoich pociech. Zła przestrzeń rodzi nadopiekuńczość.
Czytaj także: Zdarta płyta Wawra. Kolejne 30 domów wypatruje odpowiedzi poza własnym układem
Próbujemy rozwiązać jeden problem – efekt przestrzeni, którą sami stworzyliśmy – za pomocą kolejnego. Ale czy łączymy je ze sobą?
Dziś nie. Ale przyjdzie moment, że nagłówki gazet będą z równą werwą krzyczeć o tym, że upośledziliśmy ruchowo nasze dzieci i pozbawiliśmy je umiejętności samodzielnej orientacji w przestrzeni, nawiązywania relacji z sąsiadami, czy po prostu bycia w mieście. A więc empatii wobec innych osób – np. użytkowników toru wyścigów samochodowych, którzy bardzo potrzebują takich miejsc.
Jeśli więc mamy wyciągnąć jakikolwiek wniosek z aktualnych kryzysów przestrzennych to zrozumienie, że odpowiedzialna polityka przestrzenna jest czymś, czego wszyscy potrzebujemy. To nie jest narzędzie kontroli czy ograniczenia czyjejkolwiek wolności. To po prostu próba uniknięcia spirali zadłużenia.
A my właśnie zaczynamy płacić pierwsze, naprawdę wysokie raty. A to dopiero początek.
----
Dziękujemy, że tu jesteś. Posłuchaj naszego Podcastu Architektonicznego