Spis treści
Konkursy jako trampolina i praca po nocach
W rozmowie z Maciej Kowalczyk pada jasne stwierdzenie: konkursy są dla młodych pracowni jedyną realną do zdobycia zleceń na obiekty użyteczności publicznej. Jego biuro 22 Architekci „wypłynęło” po wygranej w konkursie na siedzibę FII w Krakowie w 2015 roku. Kowalczyk podkreśla, że mimo branżowych plotek - także tych o rzekomym, lokalnym protekcjonizmie - polskie konkursy są generalnie transparentne i trudno znaleźć realne dowody na ustawianie wyników.
Czytaj także: Sztuka mówienia NIE. 9 na 10 prowadzących pracownie jest obecnie w kryzysie. Zmiana wymaga wysiłku, ale jest realna
Jednocześnie zwraca on uwagę na nieustannie rosnące koszty przygotowań: wykonanie profesjonalnej pracy konkursowej wymaga dziś zespołu, czasu i zasobów, które dla małych pracowni stają się barierą wejścia. Zwraca uwagę, że architekci nierzadko spędzają całe noce na dopracowywaniu wizualizacji, choć jury często ma ograniczony czas na analizę dokumentacji, a o wyniku decyduje siła idei, nie efektowność renderu. Stąd jego postulat dwuetapowości konkursów, w której pierwszy etap pozwoliłby ocenić koncepcję na podstawie szkiców i prostych schematów, znacząco obniżając koszty dla uczestników.
Rzeszów: przypadek, który pokazał systemowe luki
Głośny konkurs na bibliotekę w Rzeszów staje się w podcaście osią analizy i studium pokazującym, jak łatwo jest o naruszenie fundamentalnych zasad dobrej procedury. Przetarg został sformułowany w sposób, który wprost premiował SARP Rzeszów - wymagając zarówno posiadanie w kapitule sędziów SARP, jak i użycia jego kanałów promocyjnych. Kowalczyk podkreśla, że takie warunki mogą być ryzykowne prawnie, bo konkurs przestaje być neutralny już na poziomie specyfikacji. Problemy pogłębiły się na etapie obrad sądu konkursowego, gdy prezydent miasta, Tadeusz Fijołek, ogłosił się biegłym - początkowo bez wskazania specjalizacji, później z dopiskiem „socjologa miasta”.
Czytaj także: Prawnicy rzucili się w Wir Słowa i walczą o przyszłość Biblioteki Nowej w Rzeszowie. Architektura Kengo Kumy na wokandzie KIO
Sędziowie, którzy zgłosili votum separatum, wskazywali, że prezydent prezentował własne rankingi i preferencje, co Kowalczyk określa jako „aberrację” i całkowite zaprzeczenie idei sądu konkursowego. Dodatkowo zwraca uwagę, że zależność służbowa między urzędnikami miasta a zamawiającym zaburza ich niezależność - a ta jest fundamentem procedury konkursowej.
Standardy, których brakuje, i propozycje zmian
Kowalczyk porównuje polskie realia z praktykami w innych krajach europejskich. Przykładowo, w Szwajcarii konkursy prowadzą wyspecjalizowane firmy szkolone przez SIA, w Czechach istnieje obowiązek udziału tamtejszej Izby Architektów, a miasta mają własnych architektów miejskich. Tamtejsze briefy (jak te przygotowywane przez CCAMOBA) są szczegółowe i spójne, dzięki czemu projektanci nie tracą tygodni na odszyfrowywanie potrzeb inwestora. W Polsce, zdaniem Kowalczyka, brakuje takiej jednolitości. Oddziały SARP działają według różnych standardów, a państwo nie wykazuje realnego zainteresowania jakością procesów konkursowych. Kowalczyk wskazuje konkretne kierunki: dwuetapowość, spłaszczenie puli nagród, powołanie silnego, centralnego „biura konkursów” w ramach SARP i większy nacisk na modele zamiast efektownych wizualizacji. Jak stwierdza:
Chciałbym, aby w konkursach ograniczyć rolę wizualizacji na rzecz modeli. Kiedyś pracowano z nimi znacznie częściej - wystarczy spojrzeć na projekty z lat sześćdziesiątych, gdzie dokumentacja pełna była zdjęć makiet. Model w tej samej skali, ustawiony w kontekście obok innych, pozwala na znacznie bardziej obiektywne porównanie prac niż jakakolwiek wizualizacja.
Jego zdaniem tylko to przywróci konkursom ich pierwotny sens: wybór najlepszego projektu w uczciwej, profesjonalnej procedurze.