Spis treści
Ten felieton poprzedził wpis na moim Facebooku. Ten zaś był źródłem niecodziennego zbiegu okoliczności. Najpierw dowiedziałem się od jednej osoby, że pomaga urzędnikom w znalezieniu rozwiązania, które powstrzyma dewelopera przed budową mini-osiedla w miejscu domyślnie zaplanowanym pod zabudowę jednorodzinną. Jednym z efektywnych narzędzi mogłaby być kwestia miejsc parkingowych. Wiadomo było bowiem, że inwestor nie da rady wcisnąć ich tylu, ile potrzebuje. Ale okazało się szybko, że i na to jest sposób – wystarczy w projekcie zapisać, że ten duży pokój na parterze z oknem będzie garderobą. To sprawia, że pomieszczenie nie jest już miejscem stałego pobytu ludzi, a zaczyna pełnić funkcje pomocnicze. I tym prostym sposobem można wcisnąć miejsce parkingowe bliżej budynku.
Czy 6 parkingów po 4 miejsca to 1 parking z 24 miejscami?
Kilka dni później dostałem informację, że na jednej z grup architektonicznych toczy się ciekawa dyskusja na ten sam temat. Ale już nie z perspektywy urzędników, ale architektów. Autor posta szukał porady, bo zależało mu uzyskaniu innej interpretacji przepisów niż ta prezentowana dotychczas przez urzędników w kwestii lokalizacji i liczby miejsc parkingowych. Architekt z inwestorem stali na stanowisku, że budują 6 osobnych parkingów po 4 miejsca każdy. Druga strona ma zaś uważać, że to jeden parking z 24 miejscami. To zaś oznacza zupełnie inne odległości od okien i granic działki. W konsekwencji – brak możliwości budowy inwestycji w zamierzonym kształcie.
Wnioskuję po prostu, że inwestor chce jak najwięcej zarobić. Zapisy planu mogą być nieostre albo – co też często bywa – urzędnicy zmienili interpretację jego zapisów. Potencjalnie inwestor mógł nawet nabyć taką działkę w dobrej wierze słysząc kilka lat temu, że zbudowanie szeregówki z czterema oddzielnymi mieszkaniami i 8 przynależnymi miejscami parkingowymi będzie możliwe. Nie byłoby w tym nic dziwnego – skoro w Wieliszewie może powstać dom jednorodzinny z 15 łazienkami, to potencjalnie wszystko jest realne. W końcu polski chaos przestrzenny z czegoś wynika.
Architekt architektowi wilkiem
Zdziwiło mnie jednak, że architekt szukający rozwiązania swojego problemu w odpowiedzi niemal natychmiast słyszy kilka rekomendacji na obejście regulacji. Tak - architekci radzą innemu architektowi, jak obejść prawo. Tak - przedstawiciele zawodu zaufania publicznego rekomendują różne sposoby na wykiwanie nas wszystkich.
Rada dotycząca uznania sypialni za garderobę pojawia się szybko. Czy później mogą być przypały jakieś z tego duże – pyta autor pytania. Nie, nie musisz mieć rodziny, by pić Tchibo Family, nikt tego nie sprawdza – słyszy w odpowiedzi.
Przypomniałem sobie natychmiast o tych architektach, którzy pomagali urzędnikom radzić sobie w takich sytuacjach. I szybko sobie uświadomiłem, że po drugiej stronie wcale nie są tylko jacyś chciwi inwestorzy, ale też… inni architekci.
Dlaczego ciągle stawiamy architektów w takiej sytuacji?
Taka rozmowa mogłaby fantastycznie wyglądać na żywo. Na przykład podczas Kongresu Architektury Polskiej, pod patronatem Izba Architektów Rzeczypospolitej Polskiej i Stowarzyszenie Architektów Polskich. Prezesi Izby mogliby mówić o tym, że architekci mają niebagatelny wpływ na jakość przestrzeni. Dyrektor Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki postulowałby przyznanie architektom nie tylko doradczej, ale też sprawczej roli w procesach decyzyjnych. A potem, między debatami o odpowiedzialności za przestrzeń, można byłoby spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy wpisanie sypialni jako garderoby jest jeszcze kreatywną interpretacją prawa, czy już zawodowym oszustwem.
Trzeba jednak pamiętać o szerszym kontekście. Problem polega na tym, że środowisko architektoniczne przez lata budowało narrację o szczególnej odpowiedzialności zawodu, ale nie stworzyło równie silnych mechanizmów wspierających tych, którzy chcą tej odpowiedzialności realnie sprostać. Niby istnieje kodeks etyki zawodowej. Ale w rzeczywistości - przez brak efektywnych działań na rzecz jego egzekucji i stworzenia jasnych regulacji przestrzennych stawiają dziś samych siebie w sytuacji greckiej tragedii. Architektoniczny bohater musi wybrać pomiędzy dwoma złymi opcjami. Czy to w ogóle etyczne, żeby stawiać ludzi w takich sytuacjach?
Wspierać, dyskutować, lobbować
Wyobraźmy sobie takie regulacje, w których podszywanie się sypialni pod garderobę w ogóle jest poza jakąkolwiek dyskusją. Po prostu żaden architekt tego nie zrobi, a inwestor nawet o to nie poprosi. Bo wszyscy będą wiedzieć, że takie akcje kończą się sankcją. Czy to możliwe? Pewnie po chwili namysłu uznamy, że nie. Że zawsze będzie jakaś przestrzeń do interpretacji, a więc do kombinacji. Jasne. Kłopot w tym, że nie każde kombinacje muszą sprowadzać się do takich zagrywek.
Trudno jednocześnie przymykać oko na takie praktyki i przekonywać, że architekci mają być gwarantami jakości życia. Jedno osłabia wiarygodność drugiego. O standardy etyczne trzeba dbać. Trzeba o nich stale i publicznie dyskutować. A następnie lobbować za wytwarzaniem przepisów, które nie zostawią żadnego architekta samemu sobie.
Co grozi architektom za złamanie kodeksu etycznego?
I tu warto wrócić do domu jednorodzinnego z 15 łazienkami w Wieliszewie. Czy ktoś wie, jakie sankcje spadły na architekta tego obiektu? Czy ktoś słyszał może, w jaki sposób architektoniczne autorytety w publicznych wypowiedziach określiły takie zachowanie? Czy było to istotne naruszenie zasad etyki? Czy zostało wszczęte jakieś postępowanie dyscyplinarne? Czy w ogóle mamy jakąś oficjalną interpretację tej sytuacji? To było dobre czy złe zachowanie architekta?
Przeczytaj więcej: Patodeweloperka w Wieliszewie. Architekt: nie miałem podejrzeń związanych z mikrokawalerkami
Skąd bowiem architekt ma widzieć, co jest dziś uznawane za dobrą albo przynajmniej akceptowalną praktykę, a co staje się złem. Przecież doskonale wiemy, że jak jeden architekt odmówi inwestorowi uznania sypialni za garderobę, to ten pójdzie do innego, który to zrobi. I jeszcze dostanie łatkę „trudnego” we współpracy. A na dokładkę dostanie potem info, że te garderoby to podpisał ktoś z dużej, renomowanej pracowni. I usłyszy, że no tak - z czegoś trzeba te pensje płacić. I uzna, że był naiwniakiem. Że wierzył w coś, co nie istnieje.
Rolą środowiska jest dbanie o architektów i architektki
Dlatego w tym felietonie nie chodzi o potępianie czy wyśmiewanie tych, którzy zamieniają te sypialnie na garderoby. Chodzi o wskazanie, że rolą środowiska jest dbanie o to, by architekci jak najrzadziej byli stawiani w sytuacji wymagającej heroicznej decyzji. Oczekiwanie, że każdy osobno będzie stawał przed decyzją - albo robię tak, jak trzeba i dostaję po kieszeni, albo godzę się na zawodowy kompromis, który wszyscy rozumieją, ale nikt nie chce nazwać po imieniu – jest tu największym naruszeniem zasad zawodowej solidarności i etyki.
----
Dziękujemy, że tu jesteś. Posłuchaj naszego podcastu: