Spis treści
Kolonię XIII Brukalscy projektowali we dwójkę - wbrew pozorom
Po II wojnie światowej Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa ekspresowo wznowiła przedwojenną działalność. Przystąpiono do odbudowy części zburzonych budynków i zabrano się za budowę nowych. Z WSM-em współpracowali wtedy nadal Syrkusowie i Brukalscy, awangardowi architekci z czołówki europejskiej, wspierający budowę dostępnych i godnych mieszkań nie tylko zawodowo, ale i ideowo. Przed wojną wspólnie zaprojektowali zresztą niewielką kolonię w Łodzi - Marysin III.
Wstępną koncepcję nowej warszawskiej kolonii Barbara i Stanisław Brukalscy opracowali między 1945 a 47 rokiem. To ważne - mimo że w 1945 roku zlecenia od WSM-u otrzymali rozłącznie (Brukalska na układ urbanistyczny, a Brukalski na bloki) koncepcję kolonii XIII opracowali wspólnie, jako zespół. Ale to Stanisław będzie opisywał kolonię na potrzeby prasy i gazetki WSM-owskiej. Wkrótce, na kolejne dekady, utrze się, że kolonia XIII to projekt profesora Brukalskiego.
Zobacz także: "Dom bez luksusów" powstał w czasach, kiedy w Polsce dominowała architektura dworkowa. Dom Brukalskich na Żoliborzu
i
Eksperymentalny blok dla samotnych
Koncepcja kolonii XIII na Żoliborzu nie była niczym zwyczajnym. Miała przetrzeć szlaki dla nowego rodzaju budownictwa, a jednocześnie odpowiedzieć na problemy, które od razu po wojnie zaczęły się pojawiać w związku z przydziałami mieszkań.
Jakimi? Szybko okazało się, że oferta mieszkań nie jest dostosowana do osób mieszkających w pojedynkę, z rodzeństwem oraz bezdzietnych małżeństw - ta grupa stanowić mogła nawet 1/4 wszystkich członków WSM. Oferowano im rozwiązania skrajne i zupełnie niedostosowane do potrzeb - dostawali zatem mieszkania za duże (za duże w opinii państwa - czyli np. półtorapokojowe), lub dokooptowywano ich do rodzin, które według partyjnych wytycznych mogły odstąpić jeden pokój współlokatorowi. W 1947 roku mieszkań zajmowanych przez dwie, a nawet trzy rodziny, było w Spółdzielni ponad 160. Na ten problem miał zaradzić tzw. hotelowiec zwany też domem dla kawalerów - złożony wyłącznie z małych mieszkań, ale oferujący jednocześnie inne wygody, których pozazdrościć mogli mieszkańcy zwykłych bloków.
161 lokali zamknęli Brukalscy w podłużnym budynku mieszkalnym zwanym, zgodnie z kolejnością budowy, kolonią XIII. Niedługo po oddaniu budynku do użytku, pierwsi samotni zostali przekwaterowani do nowych mieszkań. Czasem znacznie mniejszych, czasem wreszcie prywatnych.
Był to pierwszy blok dla samotnych w Warszawie. Zapomniała o tym redakcja "Stolicy", gdy ponad 20 lat później donosiła o nowym bloku dla samotnych przy ul. Etiudy Rewolucyjnej 9 na Mokotowie wzniesionym przez Spółdzielnię Politechniki Warszawskiej, pisząc: Dużo się ostatnio dyskutuje nad mieszkaniami dla osób samotnych, zwłaszcza emerytów. "Politechnika" jako pierwsza odważyła się postawić taki dom.
Ale kolonia XIII nie tylko pod tym względem przecierała w Polsce szlaki. Stała się też poligonem dla budowlanych.
i
Testowano budowę w zimie, nowe stropy
Prace murarskie na budowie miały obserwatorów. Kiedy zimą z 1947/48 r. zaczęły się przymrozki, a później prawdziwe srogie mrozy, przebieg prac kontrolowali przedstawiciele Instytutu Badawczego Budownictwa (w 1949 r. przemianowany na Instytut Techniki Budowlanej). Dotąd zima była martwym sezonem wstrzymującym stawianie nowych domów. Tymczasem głód mieszkaniowy w Warszawie tylko rósł i nie było chwili do stracenia. Tu, przy ul. Stołecznej, przemianowanej później na Popiełuszki, testowano więc przeróżne rozwiązania powstrzymujące beton i zaprawę od zamarznięcia w minusowych temperaturach.
Z dzisiejszej perspektywy nie było to nic spektakularnie innowacyjnego - w pomieszczeniach stosowano kosze z koksem i piecyki - mogło jednak trwale wpłynąć na organizację pracy brygad.
Produkcję elementów betonowych na stropy przeniesiono do piwnic, gdzie zainstalowano piecyki żelazne, utrzymujące temperaturę w ciągu całej doby w granicach kilkunastu stopni powyżej zera. Również skład żwiru i piasku urządzono w piwnicy, gdzie podgrzewa się je za pomocą pieców. Na placu budowy wybudowano piece, na którym ogrzewa się wodę używaną do zapraw i betonu. Niezależnie od tego do zapraw używa się świeżo lasowanego wapna, dającego wyższą temperaturę zaprawy. Dnia 11 stycznia zabetonowano podcień żelbetowy. Zabezpieczenie od przemarznięcia osiągnięto przez obudowanie całego fragmentu szalowaniem z desek, umieszczeniem wewnątrz koszy z koksem i pokryciem betonu z wierzchu matami. Zamierza się wykonać w podobny sposób — tj. przez wybudowanie drewnianego "cieplaka" — główną klatkę schodową. Również roboty murarskie będą prowadzone nawet przy najcięższych mrozach przy dopuszczeniu zamrożenia zaprawy oraz przy zmniejszeniu grubości spoin w marach
— sprawozdawano w "Życiu osiedli WSM" (1/1948). W lecie układano już strop kolonii. Nie byle jaki, bo prefabrykowany! Już w 1948 testowano w Warszawie żelbetowy prefabrykat, a autorem elementów był inżynier Hajdo. Niewiele o nim wiemy - w prasie branżowej występował wyłącznie pod nazwiskiem, jak gdyby znał go każdy, albo jakby nie znał nikt. Wiemy na pewno, że po wojnie wkraczał do akcji przy budynkach doświadczalnych i projektował warianty rozwiązań. Np. schody typu "Hajdo" - z gładką powierzchnią od spodu, w opozycji do schodów typu "ZOR" - z powierzchnią łamaną. Pracował prawdopodobnie w ITB.
Kiedy układano strop na szczycie budynku, 60 lokali było już przydzielonych. Oddanie mieszkań zaplanowano na lipiec, później na październik.
i
Portier, stołówka, "mikrokawalerki" i wanny na końcu korytarza
Gdyby projekt Brukalskich powstał dziś, po pierwsze nie moglibyśmy nazwać lokali mieszkaniami, bo nie spełniały prawnego wymogu minimum 25 m² powierzchni. Po drugie, mogłyby przelać szalę goryczy gromadzącej się w społeczeństwie w związku z kryzysem mieszkaniowym i tzw. lokalami inwestycyjnymi. W dużej mierze Dom zbiorowy spełniał warunki akademika, tyle tylko, że dla osób pracujących lub emerytów.
Jeszcze po PRL-u taki model funkcjonował z powodzeniem np. na słynnym miasteczku studenckim AGH w Krakowie, gdzie jeden z budynków przeznaczono na hotel asystencki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W niewielkich pokojach lub lokalach dwupokojowych mieszkali pracownicy naukowi uczelni, nierzadko korzystając z komunalnej kuchni i innych przestrzeni wspólnych choćby do pracy naukowej. Był wyż, lokale zajmowali więc z całą, czasem kilkuosobową rodziną. Każdy się znał, społeczność była zżyta, a zawiązane znajomości przetrwały dekady. To informacje z pierwszej ręki.
Ale Brukalscy blok projektowali zaraz po wojnie. Prawie 80 lat temu. Oczekiwania były więc inne, a nowi lokatorzy z rozwiązań bardzo zadowoleni.
Mieszkania kolonii XIII miały 16 (1 pokój) lub 22 metry kwadratowe (2 pokoje). Wchodziło się do nich z przedpokoju - tu po jednej stronie znajdowała się wnęka na szafę, po drugiej zaś - łazienka z toaletą i umywalką. Kuchnie oraz pomieszczenia z wannami umieszczono na końcu korytarza (— W pokoju będzie tylko wtyczka na kuchenkę elektryczną, ale na każdym piętrze będą pomieszczenia z kuchniami gazowymi i zmywakami do dyspozycji lokatorów — opisywał Brukalski projekt w gazecie WSM w 1947 r.).
Brukalscy założyli, że osoby mieszkające samotnie lub w parze ułożą sobie komfortową przestrzeń życiową na takim metrażu. Potencjalne niedogodności postanowili wynagrodzić im podwyższonym standardem. Nie było to wcale założenie z sufitu. Już przed wojną budowano w Europie tzw. domy społeczne na podobnej zasadzie, w różnych konfiguracjach, np. dla osób samotnych lub dla rodzin z dziećmi. Niewielki metraż równoważono pomieszczeniami budującymi wspólnotę, dostępnymi dla mieszkańców - przede wszystkim stołówką. W Szwecji dziedzictwo domów społecznych służy dziś np. seniorom; część można zwiedzać jako ikony modernistycznej architektury mieszkaniowej.
i
Schludny i perfekcyjnie wysprzątany korytarz miał być przedłużeniem mieszkań - tak, by po wyjściu z mieszkanka lokator wciąż miał poczucie, że jest w u siebie, w domu. Podłogę wyłożono chodnikami, ustawiono rośliny. Szczególnie zadbano o charakterystyczną klatkę schodową witającą od progu. Tu, przy krętych schodach wspinających się ku górze, ułożono mozaikę mającą wyobrażać kompas - podobno z terakoty pochodzącej z gruzów Warszawy. Wzór wskazuje północ. To właśnie tę klatkę, wyłonioną nieco z bloku, półokrągłą, zwieńczoną przeszkleniem, nazwano później latarnią.
Panie sprzątające odpowiadały nie tylko za przestrzeń wspólną - sprzątały również mieszkania. W 1961 roku "Express Wieczorny" rozstrzygnął konkurs Dom na najwyższy połysk. Kolonia XIII zdobyła trzecie miejsce w klasyfikacji ogólnej, a osobno (finansowo) doceniono panie sprzątające i gospodarza.
Jeżeli lokator miał przyjąć gości, mógł ulokować ich w pokojach gościnnych. Jeżeli zachorował lub zaniemógł, pomagali sąsiedzi. Sklep był na parterze. Podobnie jak czytelnia, pokój klubowy, no i najważniejsze - stołówka nazwana później Gospodą pod gruszą. Znajdowała się tu, gdzie dziś działa przedszkole. Zaprojektowano w niej osobną salę dla przyjęć rodzinnych organizowanych przez mieszkańców kolonii: urodzin, imienin, rocznic.
i
Stołówka wokół gruszy
Gospoda miała służyć przede wszystkim mieszkańcom, ale otwarta była dla wszystkich. Projektowana jako połączenie restauracji (parter) i kawiarni (piętro) oraz salki okolicznościowej. Z szatnią i westybulem, toaletami. Brukalski obszernie ją opisywał, bo otwarcie gospody dla XIII kolonii było wydarzeniem również poza nią. I dziś cieszymy się przecież z nowej gastronomii na osiedlu. Otwarcie zaplanowano na listopad 1948 roku - miesiąc po oddaniu całej kolonii. Nie obyło się jednak bez opóźnień i ostatecznie pierwsze posiłki wydano 5 stycznia 1949 roku, a kawę w lutym. Prasa osiedlowa ogłaszała dumnie, że to pierwsza taka placówka w całej Polsce.
Małżeństwo zaprojektowało ją tak, by w przyszłości, kiedy już sytuacja ekonomiczna Warszawiaków i całego kraju nie będzie tak tragiczna, że standard będzie można podnieść, a wyposażenie unowocześnić.
Był jednak jeszcze jeden element innowacyjny. Jeszcze w 1947 roku, na etapie prac projektowych, Brukalska przeprojektowała łącznik domu i gospody (dziś to jej przypisuje się jej te zmianę). W trakcie budowy okazało się, że budynek koliduje z leciwą gruszą, która przetrwała wojnę. Gdy poinformowano o tym Brukalskich, ci zamiast wyciąć drzewo, zarządzili zmiany w projekcie. Łącznik wyoblono tak, by omijał drzewo, przeprojektowano też bieg kanalizacji pod budynkiem.
— Jest to grusza osobliwa. Stanowi ona równie ciekawy botaniczny okaz gruszki, jak grusza wyhodowana przez radzieckich uczonych w strefie podbiegunowej na gruncie zlodowaciałym. Warunki, w jakich rośnie grusza dzika na Żoliborzu nie są jej warunkami właściwymi. Lubi przestrzenie wolne, nie zabudowane. Nie znosi zabudowy zwartej. Przed ostatnią wojną znajdowało się jeszcze w Warszawie kilka okazów dzikiej gruszy. Obecnie pozostała, zdaje się, już tylko jedna, ta właśnie na kolonii 13 WSM. Nic też dziwnego, że otaczano ją specjalną opieką — relacjonowano wydarzenia po latach na łamach "Stolicy" (22/1952), nie bez wstawek propagandowych. Co w tym niezwykłego? Obecnie, gdy architekci budują pomiędzy drzewami i odmawiają wycinki, wywołują sensację i chwali się ich za odwagę.
Grusza, niestety, nie przetrwała do dziś. W jej miejscu posadzono nowe drzewo.
Czy eksperyment się udał?
Kilka lat później WSM znów planowała budowę domu dla samotnych, tym razem o nieco większym metrażu i z niewielkimi kuchniami gazowymi w mieszkankach. Podnosiły się jednak głosy samych mieszkańców, że wspólna kuchnia i prowadzone do niej zadbane korytarze wyściełane dywanami mają swoje zalety (również społeczne), przeważające bliskość kuchni. Oczywiście ile osób, tyle głosów. Ostatecznie idea budowania domów dla samotnych przyjęła się w Warszawie i była stale rozwijana w oparciu o kolejne wnioski, a lokatorom dodawano kolejne wygody - począwszy od metrażu, a skończywszy na osobnym pomieszczeniu kuchni i balkonu. Na osiedlu Zatrasie powstały aż dwa takie bloki. Wyróżniają się pięknymi, krętymi schodami wzdłuż elewacji.
Dziś XIII kolonia jest zabytkiem, a wiele z dawnych mieszkań zajmują instytucje i niewielkie firmy.
Źródła: Życie osiedli WSM, Stolica
Zobacz także: Przy blokach powstały potężne ogródki, samotni dostali własny piękny blok. Warszawskie osiedle Zatrasie odwiedził sam Fidel