Bolesław Stelmach: Nie wydaje mi się, żeby w polskiej architekturze działo się coś przełomowego

Ciągle za mało rozmawiamy o tym, jak fundamentalnie budynki wpływają na nasze życie. Wolimy dyskutować czy są ładne, czy brzydkie. Jeden z ministrów kultury powiedział mi w przypływie szczerości, że Polacy nie dadzą sobie zabrać tej "wolności budowania" - mówi Bolesław Stelmach w rozmowie z Filipem Springerem

Spis treści

  1. Co mamy na myśli, gdy mówimy „architektura”? 
  2. Każdy może być urbanistą.  Ten zawód urbanisty został w Polsce zderegulowany
  3. Lokalni architektoniczni celebryci od trzydziestu lat opowiadają o swoich pawich ogonach
  4. W PRL-u nie było wolnego zawodu architekta. Skąd więc mamy mieć tych wysokiej jakości?
  5. Zwykle na zmiany najszybciej reagują ci mniejsi
  6. Wolność, której doświadczamy, nie koniecznie jest tą, o której marzyliśmy
Anna Cymer: architektura lat 90. była kiczowata, ale nasza

Teks został opublikowany dzięki uprzejmości Fundacji Instytut Reportażu, z którą Architektura Murator współorganizuje cykl debat „Czas na nową architekturę”. Na pierwszą debatę z cyklu zapraszamy już 26 lutego.

Czego nie widać w architekturze

i

Autor: Instytut Reportażu, Materiały prasowe Link: https://fb.me/e/2cJsmvUU5

Co mamy na myśli, gdy mówimy „architektura”? 

Filip Springer: Panie Profesorze, czy w architekturze dzieje się obecnie coś przełomowego? Czy mamy do czynienia z jakimś zwrotem?

Bolesław Stelmach: Nie wydaję mi się, żeby obecnie w architekturze działo się coś przełomowego, a już na pewno nie w polskiej architekturze.

A ja od kilku dobrych lat myślę, że wyzwania, przed jakimi architektura staje albo zaraz stanie, zmuszają nas wszystkich do przemyślenia jej na nowo.

Ma pan rację, co do oczekiwań i wyzwań. Wyzwania są i będą coraz większe, mamy tego rosnącą świadomość. I może to właśnie ta świadomość jest coraz bardziej dla pana bolesna. Konieczność namysłu też istnieje, ale myślę, że ona była zawsze. Architektura to, jak chce Juhani Pallasmaa, sztuka rekoncyliacji człowieka z otaczającym go światem. Zdrowo jest nieustannie myśleć nad kondycją dyscypliny, z którą związało się życie. Natomiast jeśli pyta mnie pan, czy dzieję się coś przełomowego, to odpowiadam, że nie.

Dlaczego?

Spróbujmy uporządkować pojęcia. Co mamy na myśli, gdy mówimy „architektura”? Wydaje mi się, że mamy tutaj dwa obszary. Pierwszy z nich to miasta, urbanistyka, prawodawstwo służące mądremu gospodarowaniu przestrzenią, ale też po prostu porządne domy – jakość budownictwa, zarówno projektowa, jak i wykonawcza. Rzemiosło. No i kwestia mieszkaniowa, dostęp ludzi do przestrzeni mieszkalnej o wysokich jakościowo parametrach.

Czytaj także: Po co nam rzemiosło? Konferencja o nowym rzemiośle

I jest drugi obszar, ten bardziej dla mnie atrakcyjny i dyskutowany: architektura jako sztuka przekształcania przestrzeni. Kiedyś traktowano ją jako pannę najpiękniejszą, bo pod swoim dachem, dosłownie i w przenośni, jednoczyła wszystkie inne sztuki – rzeźbę, malarstwo, muzykę i tak dalej. Dzisiaj to się zniuansowało, bo kanon piękna uległ erozji, pojęcie piękna podlega ciągle redefinicji: każdy ma swoje piękno. Ale nadal powstają budynki, którymi potrafimy się zachwycić, które wywołują w nas emocje.

Każdy może być urbanistą.  Ten zawód urbanisty został w Polsce zderegulowany

I jaka jest relacja między tymi dwoma obszarami?

No właśnie moim zdaniem w Polsce nie ma właściwych relacji. Możemy nawet powiedzieć, że w tym pierwszym obszarze notujemy regres. Po każdych wyborach nowy rząd zwołuje wielką naradę z architektami, urbanistami, deweloperami. Z wszystkimi, którzy mają związek z budowaniem. Przychodzą wysocy rangą urzędnicy, ministrowie, wiceministrowie. I w takim szerokim, dostojnym gronie dyskutujemy o likwidacji barier w mieszkalnictwie. Miesiąc po ostatnich wyborach też było takie kolejne spotkanie. Powiedziałem na nich, że z poprzednich takich narad mam już dziesięć stron rekomendacji i wytycznych i najpewniej po tej kadencji rządu dopiszę do kolejne dwie albo trzy strony.

Czytaj także: Architekt miasta – urzędnik czy wizjoner

I ten dokument, choć roześlemy sobie go wszyscy, nieużywany, przeleży w szufladzie do następnych wyborów, po których spotkamy się i będziemy się znów naradzać nad znoszeniem barier dla mieszkalnictwa. Teraz znów niedawno słyszeliśmy, że będziemy deregulować i znosić bariery. Aż dziw, że jeszcze jakieś zostały. A w międzyczasie proces uzyskiwania pozwolenie na budowę coraz bardziej się wydłuża i niewiarygodnie komplikuje. Kiedyś zajmował dwa lata, teraz już trzy. Mieszkania są nieosiągalne dla młodych, nie ma rynku mieszkań na wynajem. Połowa inwestycji powstaje na podstawie tak zwanych wuzetek, które w 2003 roku wprowadzono jako tymczasowe, kalekie zastępstwo planów miejscowych.

Ostatnio rozmawiałem z Panem na potrzeby książki „Wanna z kolumnadą”, było to mniej więcej dwanaście lat temu. Gdybym odkopał notatki z tego wywiadu, to pewnie odkryłbym, że mówił pan wtedy to samo co dziś. Naprawdę nic się nie zmieniło?

Pozornie dużo. Na przykład zmieniły się przepisy dotyczące planowania przestrzennego i teraz wszystkie gminy mają obowiązek uchwalenia planów ogólnych. Pisałem długie elaboraty, żeby nie robić tego bez namysłu, bez sprawdzenia jak z takim wyzwaniem poradzą sobie samorządy. Proponowałem, żeby przeprowadzić pilotaż, zrobić takie plany w malutkiej gminie, gminie miejskiej, metropolitalnej, w gminie bogatej i gminie biednej. Zbadać, wyciągnąć wnioski i wdrożyć w całym kraju. Plan ogólny to pojęcie, które brzmi abstrakcyjnie dla większości ludzi.

Czytaj także: Polska suburbanizacja po nowemu. Kto i dlaczego zakaże Ci budowy nowego domu?

Ale trzeba mieć świadomość, że to będą dokumenty prawa miejscowego, wiążące dla gmin, wywołujące skutki prawne i finansowe. Jeśli zostaną wpisane w niego jakieś bzdury, to już nie będzie od tego ucieczki. A gminy dostały na uchwalenie tych planów dwa lata. Zwykły plan miejscowy dla kawałka miasta proceduje się dwa razy dłużej, a tutaj samorządy mają z siebie wypluć opracowania dla wszystkich swoich terenów. Pamiętamy, że zawód urbanisty został w Polsce zderegulowany. Każdy może być urbanistą.

I tak oto skaczemy na główkę do basenu, nie sprawdziwszy, ile jest w nim wody. Nie wiemy więc, czy zmiana ta przyniesie korzyści, czy wręcz odwrotnie. Zachowujemy się tak, jakby sama w sobie była wartością, bo ktoś wpisał to jako „kamień milowy” do KPO. Skoro od lat apelowano o zmiany w ustawie o planowaniu przestrzennym, no to proszę: są zmiany. A co przyniosą, to dopiero się okaże.

Podpisanie umowy w sprawie digitalizacji - Redaktor Naczelna A-m Ewa P. Porębska i Bolesław Stelmach, dyrektor Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki

i

Autor: fot. dzięki uprzejmości NIAiU Podpisanie umowy w sprawie digitalizacji – Redaktor Naczelna "A-m" Ewa P. Porębska i Bolesław Stelmach, dyrektor Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki

Lokalni architektoniczni celebryci od trzydziestu lat opowiadają o swoich pawich ogonach

Ale w tym drugim obszarze - sztuki i zachwytów, o którym Pan mówi, jest chyba lepiej. Już niemal każde większe miasto ma jakieś architektoniczne dzieło sztuki, miejski bibelocik, którym może się pochwalić.

Tak, nie ulega wątpliwości. Jeśli spojrzymy na obiekty, które są nominowane do najważniejszych nagród architektonicznych, omawiane w prestiżowych i opiniotwórczych pismach branżowych, to możemy powiedzieć, że mamy bardzo utalentowanych architektów. Nie wynika to jednak z ogólnego podnoszenia się jakości w tym pierwszym obszarze, nazwijmy go architektoniczną codziennością.

Czytaj także: Architektura, media i PR – (nie)niebezpieczne związki. Kto stoi za tekstami, które mijają się z prawdą

A śmiem twierdzić, że dla społeczeństwa jest on ważniejszy. Nasi lokalni architektoniczni celebryci od trzydziestu lat opowiadają o swoich pawich ogonach, o ikonach, a dopiero od niedawna mówią o tym, że architektura powinna zacząć wnosić coś do środowiska, że architekci są na pierwszej linii frontu w walce o lepszą przestrzeń. Zwróćmy też uwagę na słownictwo: to ciągle walka o coś.

To się chyba wpisuje w tę narrację, że Polska ciągle goni jakiegoś modernizacyjnego króliczka, że musimy nadrabiać zaległości.

Kłopot w tym, że zabieramy się do tego od złej strony. Jakość niemieckiej architektury nie wynika z liczby nominacji do nagrody Miesa van der Rohe czy liczby architektów nagrodzonych Nagrodą Pritzkera, tylko z rozsądnej legislacji, solidności projektowej i wzorowego wykonawstwa. A te nagrody i architektoniczne dzieła sztuki są pozytywnym skutkiem ubocznym solidnej, codziennej roboty u podstaw. U nas to jest postawione na głowie.

I jak zrobić, żeby to odwrócić?

Trudna sprawa, bo ten problem ma już osiemdziesiąt lat. Pan w swojej ostatniej książce krytykuje architektów za nieprzestrzeganie kodeksu etyki. I słusznie. Musimy mieć jednak świadomość, że w obecnych warunkach ani Izba Architektów, ani Stowarzyszenie Architektów RP nie ma właściwie narzędzi do tego, by rugować niszczące tę etykę praktyki. Gdy izba chciała zaproponować cennik usług architektonicznych, to UOKiK nałożył na nią za to karę. W Niemczech taki cennik istnieje w interesie klientów, architekci wyceniając swoją pracę, mogą się na niego powołać, w ten sposób środowisko utrzymuje stawki adekwatne do nakładu pracy włożonej w projekt. I wtedy ma nad tym kontrolę, może karać za ich nieprzestrzeganie.

Czytaj także: „Izba Architektów RP ściemnia. Znowu”. Piotr Zbierajewski o podejściu Izby do kondycji zawodu architekta

A w Polsce jesteśmy w sytuacji, w której inwestor oczekuje od architekta koncepcji za darmo. Tak naprawdę nie chroni jej prawo autorskie. I dopiero po otrzymaniu koncepcji od kilku biur inwestor decyduje, z kim będzie współpracować. Gdy sędziuję w konkursach architektonicznych, to na wstępie mówię inwestorom, że w każdy zgłoszony projekt środowisko architektoniczne już zainwestowało dziesięć, a czasami dwadzieścia milionów złotych. Bo tyle kosztuje przygotowanie takich prac na konkurs. Do realizacji zostanie wybrana jedna, a reszta autorów odejdzie z kwitkiem. Inwestor te wszystkie projekty dostał za darmo.

W PRL-u nie było wolnego zawodu architekta. Skąd więc mamy mieć tych wysokiej jakości?

I naprawdę chodzi tylko o pieniądze?

Nie o honoraria dla architektów, chociaż też, ale o środki na utrzymanie i rozwój biur projektowych, zatrudnienie wysokiej jakości branżystów i specjalistów od śladu węglowego, krajobrazu zieleni, energooszczędności czy akustyki. Jeśli ktoś jest zdolnym studentem architektury, to na drugim roku jedzie na Erasmusa i tam robi solidne rozeznanie możliwości pracy, odbywa staż, łapie kontakty, stara się pokazać z jak najlepszej strony.

Czytaj także: Ile zarabia architekt w Polsce? Pokazujemy prawdziwe stawki i wynagrodzenia

Bo w Polsce po studiach ma spore szanse trafić do pracowni, gdzie będą mu marnie płacić. Albo założy coś swojego i szybko zrezygnuje z marzeń o robieniu tego, co uważa za ważne i ciekawe. Aby przeżyć, skończy na projektowaniu tego, co musi. Moi najzdolniejsi studenci zasilają najlepsze biura w Holandii, Danii czy Nowym Jorku. Nie ma co się oszukiwać: warunki finansowe wykonywania zawodu architekta w Polsce prowadzą do postępującej pauperyzacji całej profesji, a co za tym idzie obniżania ambicji biur projektowych i etyki zawodu.

Pytam o te pieniądze dlatego, że Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki, którym Pan kieruje, wydaje od ubiegłego roku serię „Myśliciele dla architektów”. Jestem jej psychofanem. I we wstępie do jednej z tych książek pisze pan, że wydajecie je, by zasypać wielką wyrwę w wykształceniu polskich architektów, których na studiach nie uczy się porządnie filozofii, socjologii, antropologii kulturowej. Więc może chodzi nie tylko o to, że architekci źle zarabiają, ale również o to, że są kiepsko wykształceni?

Chodzi i o jedno, i o drugie. Przecież w PRL-u nie było wolnego zawodu architekta – istniała architektoniczna branża budowlana. Po transformacji to się nie zmieniło. Skąd więc mamy mieć wysokiej jakości architektów? Ma pan więc rację, że to także kwestia jakości wykształcenia. Brak filozofii i w ogóle przedmiotów humanistycznych w programach jest poważnym problemem. A gdy nawet się zdarzają, to zajęcia są powierzchowne, nie zostawiają studentom czasu do namysłu nad tym, czego się dowiedzieli. Dlatego NIAiU wydaje te książki. Warto je czytać choćby po to, aby powtórzyć za Jacqes’em Derridą, że „architektura to ostatni bastion metafizyki”.

Czytaj także: 1:0 dla poezji w architekturze. System binarny i John Cage zagłuszyli dom jednorodzinny

Problemem jest też to, że studia architektoniczne w Polsce są szalenie jednorodne. Nie uwzględniają w jak różnych miejscach mogą znaleźć się ich absolwenci. A przecież tylko część tych ludzi będzie projektować, inni zostaną na przykład urzędnikami albo będą doradzać inwestorom. Jeszcze inni będą uczyć – niekoniecznie na uczelni. Tutaj również instytut uzupełnia lukę: prowadzimy podyplomowe studia dla tutorów architektury i urbanistyki. A studia architektoniczne wysyłają na rynek setki osób rocznie przekonanych, że zostaną kolejną Zahą Hadid albo Frankiem Gehrym.

Jakość nauczania architektury i urbanistyki to oddzielny i, powiedziałbym, bolesny problem.

Nie jest chyba tak źle. Na wystawie „Antropocen”, którą NIAiU organizowało w warszawskim Zodiaku, a później jeździło z nią po Polsce, są same młode, nieznane pracownie albo wręcz prace robione w ramach dyplomów. Mnie bardziej zastanawia brak na niej dużych pracowni i uznanych nazwisk. Dlaczego ich tam nie ma?

Nie wiem. Kryterium wyboru prac były propozycje w kategoriach problematyki wystawy, a nie przerobu firmy czy piękna. Może to był powód. Ale pokazuje też jakimi kryteriami kieruje się środowisko architektów kreując uznanie pracowni architektonicznych.

Bolesław Stelmach

i

Autor: archiwum serwisu Bolesław Stelmach. Fot. Marcin Czechowicz

Zwykle na zmiany najszybciej reagują ci mniejsi

A nie jest trochę tak, że to od dużych pracowni, które mają zasoby, środki, ludzi, ale też autorytet i zasięgi powinniśmy oczekiwać zaangażowania w największe wyzwania? Zmiana klimatu jest takim wyzwaniem, właśnie dlatego zrobiliście o niej wystawę jako instytut. Architektura musi się do niej odnieść. A najważniejszych polskich architektów tam nie ma. Zastanawia mnie to.

Moim zdaniem nie ma żadnego powodu, aby te duże i uznane pracownie czymś takim się zajmowały. Na razie nie muszą się tym zajmować.

Dlaczego?

Ponieważ muszą się utrzymać. Są na tyle duże, że muszą na siebie zarobić, albo chociaż nie przynosić strat. Jeśli zaczną projektować rzeczy, których inwestorzy nie oczekują, to przestaną się liczyć i padną. Na przykład umowy z inwestorami publicznym są tak skonstruowane, że minimalny zysk z projektu czyli 8-10% biuro projektowe zobaczy za siedem lat – po upływie gwarancji wykonawcy zrealizowanego obiektu. Tego czasu biuro może nie doczekać. Dzisiaj biura nie mają środków na rozwój: projektowanie 3D, przyzwoite płacenie młodym, ubezpieczenia od błędu w sztuce, pracę na makietach fizycznych, na konkursy, nie mówiąc o eksperymentach, o których mówimy.

Nie oczekuję, że JEMS-i albo WXCA zaczną teraz projektować pływające po Wiśle domki dla kaczek. Ale są przecież pracownie, które mają autorytet, wiele studentek i studentów architektury marzy o pracy albo chociaż stażu u nich. Nie wierzę też, że wszyscy balansują na krawędzi przetrwania. Przecież w tak dużych strukturach łatwiej powinno dać się wykroić przestrzeń i czas, żeby trochę pofantazjować o przyszłości, porozwiązywać architektoniczne zagadki, choćby nawet żaden inwestor tego nie chciał.

A ja właśnie nie mam tej pewności, że to duże pracownie, z ogromnymi kosztami działalności, z wieloma pracownikami i projektami na stołach są tym miejscem. Przecież zwykle na zmiany najszybciej reagują ci mniejsi, którzy są bardziej mobilni, elastyczni, mają w sobie świeżość patrzenia, myślenia i ciekawość świata. I to jest ich szansa. Duże struktury są jak okręty, trudniej im zmienić nagle kurs. Może też dlatego, że profesjonalne ustosunkowanie się do zagadnień poruszonych na wystawie „Antropocen” wymaga w sferze projektowej wieloosobowego zespołu doświadczonych ekspertów. To olbrzymi koszt.

Czytaj także: Najbardziej wpływowe pracownie architektoniczne w Polsce. Ranking

Wiem jednak, że presja pod tym względem będzie rosła – moje młode koleżanki i młodzi koledzy sami dla siebie już sprawdzają, jaki ślad węglowy może mieć inwestycja, którą projektują. Natomiast trzeba też pamiętać o realiach: gdy trzeba jakoś ograniczyć budżet projektu w pierwszej kolejności są obcinane wszelkie rozwiązania prośrodowiskowe. I robi to inwestor, a nie architekt. Bywa też tak, że projektując walczy się o różnego rodzaju certyfikaty. Kiedyś brałem udział w projektowaniu centrum handlowego, które miało być zielone, z trzema hektarami parku na dachu, ekologiczne, z platynowym certyfikatem.

Był tam warunek, że z okien biur ma się roztaczać widok na zieleń, a alejki w parku miały być wyłożone otoczakami. Tyle że warunki certyfikacji nie pozwalały wziąć polskich otoczaków z pola za miastem. Musieliśmy je sprowadzić z Grecji, żeby ten certyfikat dostać. Ile w tych unijnych „zielonych” przepisach jest sensu?

A myśli pan, że jest albo pojawi się w najbliższej przyszłości przestrzeń na pytanie o to, czy konkretne budynki są w ogóle nam potrzebne? Bo ja mam wrażenie, że to jest ciągle niegrzecznie o to pytać. Że to nie wypada, bo robi się wtedy niemiło.

Tak. Myślę, że to pytanie będzie i powinno pojawiać się coraz częściej. Chodzi o taką alokację środków, aby dawały najlepszy efekt społeczny w najlepszej architektonicznej formie. Mamy w Polsce kilkanaście obiektów, które są na absolutnie światowym poziomie, znakomicie pełnią swoje funkcje, a jednocześnie kosztowały kosmiczne pieniądze. Wysoki jest też koszt ich utrzymania. I w obliczu tych wyzwań, przed jakimi stoimy, pojawia się pytanie, czy analogiczne funkcje dałoby się realizować w obiektach za jedną trzecią budżetu. Są obiekty, co do których można mieć wątpliwość, czy nas na nie stać, czy rzeczywiście powinny zostać wybudowane.

Trzeba tę dyskusję inicjować, trzeba rozsądniej dystrybuować środki, które wydajemy na architekturę, bo czas bajecznie drogich ikon już dawno przeminął. W prestiżowym „Architectural Review” Peter Buchanan pisał o tym już w 2012 roku, do nas to dociera dopiero dziś i o tym prawdopodobnie mówią nasi architektoniczni celebryci. Ale może lepiej późno niż wcale. Zapewne właśnie to zapóźnienie postrzega pan jako wiszące w powietrzu oczekiwanie zmiany, które następują na Zachodzie.

Wolność, której doświadczamy, nie koniecznie jest tą, o której marzyliśmy

O czym się dziś w polskiej architekturze rozmawia za dużo, a o czym nie mówi się w ogóle?

Ja mam wrażenie, że w ogóle o architekturze rozmawia się za mało. Nie jest ważnym elementem debaty publicznej. Rozmowy o architekturze sprowadzają się do tego, jak ona wygląda. Nie liczy się, czy jest mądra, tylko czy ma „ładną sukienkę”. Co jest dziwne, bo od tego jak działa krzesło, na którym siedzimy, nasz pokój, mieszkanie, kamienica, kawałek miasta – od tego wszystkiego zależy jakość naszego życia.

Czytaj także: Architekt(a) misja publiczna: relacja z konferencji w Zakopanem

Nie tylko w wielkich miastach, ale również lokalnie. To jakoś umyka powszechnej uwadze. Natomiast nie mówi się o tym, że projekty domów, które budzą społeczną irytację i niezadowolenie z powodu źle wydanych publicznych pieniędzy, powstały prawie wyłącznie na podstawie kryterium najniższej ceny. Wybrano najtańszy projekt, podczas gdy nikt z nas prywatnie nie zatrudni najtańszego prawnika czy najtańszego lekarza, ponieważ kierujemy się kryterium jakości usługi, a nie tylko ceną. Także zmiany legislacyjne – otoczenie wykonywania zawodu architekta – muszą iść w parze z podnoszeniem jakości świadczenia usług. Bo architekt to taki sam usługodawca jak krawiec, tylko tworzy z droższych materiałów, więc musi robić to mądrze.

Myślę, że wielka w tym rola także krytyki architektonicznej, której właściwie w Polsce nie ma. Tak też widzę rolę instytutu, którym kieruję, żeby rozpowszechniał świadomość roli, jaką architektura odgrywa w naszym życiu.

I jak wam to idzie?

Myślę, że dobrze. Wie pan, chodziłem z propozycją utworzenia tego instytutu do kolejnych ministrów kultury i ministrów budownictwa i rozwoju przez piętnaście lat. I jeden z nich, gdy mu opowiadałem o tych wyzwaniach związanych z planowaniem przestrzeni i projektowaniem, powiedział w przypływie szczerości, że jego zdaniem Polacy nigdy nie dadzą sobie odebrać wolności budowania.

Doświadczamy tej wolności niemal na każdym kroku, ale nie mam pewności, że o tym marzyliśmy. Instytut powołał dopiero Piotr Gliński. Obecnie na warsztaty czy spacery architektoniczne zawsze jest stu chętnych na czterdzieści miejsc, a w ciągu ostatnich czterech lat w wydarzeniach przez nas organizowanych wzięło udział pięć milionów ludzi. Nasze książki rozchodzą się znakomicie – są zawsze na pierwszych miejscach rankingów, zbierają pozytywne recenzje, inicjują debaty i warsztaty. Staramy się też publikować tytuły, na które komercyjni wydawcy nie mogą sobie pozwolić. Mówiąc skromnie, nie mam wrażenia, że jako instytut robimy rzeczy niepotrzebne. Mamy tworzyć zaczyn społeczny i to robimy.

Gdyby można było od ręki załatwić jedną rzecz w polskiej architekturze, to co by to było?

Listę mam długą. Przede wszystkim chciałbym, aby pojawiła się ustawa o architekturze, taka jak na przykład we Francji, która regulowałaby zgodnie z prawem unijnym kwestie architektury i zawodu architekta. Byłaby tam obligacja aby w zamówieniach publicznych, intelektualna część procesu budowania była procedurą zamówień publicznych. Żeby tam uwzględniono namysł, za który się normalnie płaci.

Czytaj także: O krytyce architektonicznej. Co to jest i do czego jej potrzebujemy?

Zanim się zacznie budować, przeprowadza się analizę, czy budynek jest potrzebny, czy może te funkcje, które ma on pełnić dałoby się jakoś inaczej zrealizować i że inwestor ma na to tyle a tyle środków. Że zastanawiamy się wspólnie w procedurze konkursowej, jak zaspokoić te potrzeby taniej, łatwiej, z mniejszą szkodą dla środowiska a większą korzyścią dla społeczności lokalnej? Konkursowej, bo kryterium musi być jakość usługi. I że tę analizę muszą robić profesjonaliści za prawdziwe pieniądze, a potem za prawdziwe pieniądze robią projekt takiej przestrzeni. To by było coś, co mogłoby naprawdę wiele zmienić w kwestii wydawania publicznych pieniędzy na architekturę.

____________________________

Bolesław Stelmach - dyrektor Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki. Ukończył Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej (1980). Założyciel biura Stelmach i Partnerzy Biuro Architektoniczne w Lublinie. Zaprojektował m.in. Centrum Chopinowskie w Warszawie, nowe budynki Muzeum Chopina w Żelazowej Woli, sanatorium Fortunat w Nałęczowie, siedzibę TP S.A. i budynek biurowo-usługowy „Zana House” w Lublinie, rozbudowę Sejmu w Warszawie. Jego projekty były wyróżniane i nagradzane na konkursach w Polsce a także nominowane do nagrody Mies van der Rohe Award. W roku 2010 został laureatem Honorowej Nagrody SARP – najwyższego krajowego wyróżnienia dla architektów.

Podcast miejski
Flip Springer. Architektura ma kłopot
Video Player is loading.
Czas 0:00
Czas trwania 0:00
Loaded: 0%
Stream Type LIVE
Pozostały czas 0:00
Â
1x
    • Chapters
    • descriptions off, selected
    • subtitles off, selected
      Reklama
      Architektura Murator Google News