Spis treści
- Wymyślanie budynku, czyli powrót do lat dziecinnych
- Nawet przegrane konkursy są bardzo ważnym elementem rozwoju i mogą dać dużo satysfakcji
- Zachwyt, poczucie uczestnictwa w jakimś misterium miejsca, czasu i przestrzeni
- W poszukiwaniu architektonicznych emocji
- Małgorzata Mader. Intymny wymiar architektury
---
Tekst Oskara Grąbczewskiego to jeden z wielu głosów na temat przyjemności w architekturze, jakie znajdziecie w styczniowym wydaniu papierowej edycji Architektury-murator. Zobacz je wszystkie w wydaniu cyfrowym: TUTAJ.
Przeczytaj także wypowiedź Szymona Wojciechowskiego: Uprawiam jeden z najwspanialszych zawodów świata i czerpię z tego ogrom przyjemności
Lubię też miejsce, w którym pracujemy, czyli modernistyczną willę na katowickiej Ligocie, wybudowaną w latach trzydziestych XX wieku jako jeden z budynków tzw. kolonii urzędniczej. To bardzo dobrze zaprojektowana przestrzeń, którą użytkujemy z wielką przyjemnością od ponad piętnastu lat.
Wymyślanie budynku, czyli powrót do lat dziecinnych
Pora na samą czynność projektowania, czyli wymyślania budynku. Moment, w którym siadam przed czystą lub pokratkowaną kartką papieru, jest jak początek nowej wyprawy lub przygody. Analizowanie kontekstu, czytanie o historii miejsca, w którym się projektuje, szukanie inspiracji, formułowanie idei, metafory, wyobrażanie sobie, jak powinien wyglądać i funkcjonować budynek, jaką należy mu nadać formę – każda z tych czynności jest świetną rozrywką. To jak powrót do szczęśliwych lat dziecinnych, kiedy równą frajdę sprawiało mi rysowanie godzinami wymyślonych, fantastycznych krajobrazów i światów albo budowanie dziwnych konstrukcji z klocków.
Pracując w zespole, jako bonus dostajemy jeszcze bardzo przyjemną czynność dyskutowania o projektach. Można to robić godzinami – i faktycznie bywają okresy, w których toczymy codziennie wielogodzinne rozmowy o architekturze, które same w sobie stanowią odrębną grupę przyjemności. Oglądamy swoje koncepty, krytykujemy je i chwalimy, przywołujemy dawniejsze realizacje i projekty, sięgamy do przykładów z zewnątrz, niekiedy odświeżamy sobie całą historię architektury.
Nawet przegrane konkursy są bardzo ważnym elementem rozwoju i mogą dać dużo satysfakcji
Bardzo często takie dyskusje mają miejsce podczas robienia konkursów. Konkursy to kolejny niezwykle ważny temat, będący źródłem bardzo mocnych uczuć. Zostawmy na boku te nieprzyjemne, nieuchronnie towarzyszące konkursowym klęskom, i skupmy się na pozytywnych – ekscytacji konkurencją z najlepszymi, chęci przekroczenia własnych ograniczeń, odwadze proponowania eksperymentalnych, nowatorskich rozwiązań. Oczywiście ukoronowaniem tych emocji jest radość zwycięstwa, ale nawet przegrane konkursy są bardzo ważnym elementem rozwoju i mogą dać dużo satysfakcji – podobnie jak wyczerpujący trening albo zakończony porażką mecz, w którym jednak daliśmy z siebie wszystko. Gloria victis – każdy architekt biorący udział w konkursach mógłby podpisać się pod tą maksymą.
Przyjemnością jest również nadzorowanie realizacji. Bardzo lubię moment, w którym to, co wymyśliliśmy i narysowaliśmy, staje się rzeczywistością. Rysunki, makiety i modele 3D są po prostu małe, i zawsze to przejście do skali sto lub pięćdziesiąt razy większej ma w sobie element zaskoczenia, niespodzianki, ale na szczęście nigdy nie jest to dla nas niespodzianka niemiła. Fascynująca jest materialność tego, co do tej pory było tylko kreską na papierze – dotyk, kolor, ciężar betonu, cegły, drewna, miedzi… Jako nastolatek pracowałem na budowach i mam wielki szacunek do budowlańców – to dzięki nim nasze marzenia i pomysły przybierają realny kształt. Pewnie, że często spieramy się z nimi, czasami dochodzi do prawdziwych kłótni, ale zawsze na końcu udaje się osiągnąć porozumienie i nie utracić najważniejszych wartości i jakości, które chcieliśmy osiągnąć w projekcie.
i
Zachwyt, poczucie uczestnictwa w jakimś misterium miejsca, czasu i przestrzeni
Architektura nie jest tak porywająca jak muzyka czy głęboka jak literatura, nie wciąga nas tak bez reszty jak film czy teatr – ale ma w sobie coś niezwykłego – wielką, spokojną siłę, która sprawia, że budynek również może być dla nas źródłem wzruszeń, euforii, smutku czy nostalgii.
O tym, że chciałbym zostać architektem, po raz pierwszy pomyślałem podczas licealnej wizyty w katedrze Notre-Dame w Paryżu.
Do dzisiaj pamiętam niezwykłe przeżycie, którym było wejście do nawy głównej wśród delikatnie brzmiących, niebiańskich pieśni, które okazały się być po prostu próbą katedralnego chóru. Biegnące w nieskończoność rzędy potężnych kamiennych kolumn zwieńczonych krzyżowymi sklepieniami z tego samego szarego piaskowca wydawały mi się ideałem – połączeniem tego, co ziemskie, z tym, co transcendentne, boskie, nie z tego świata.
Czy to była przyjemność? Raczej zachwyt, poczucie uczestnictwa w jakimś misterium miejsca, czasu i przestrzeni. Po raz pierwszy architektura przemówiła do mnie tak mocno jak muzyka, film czy literatura.
W poszukiwaniu architektonicznych emocji
Potem, kiedy najpierw studiowałem, a następnie sam zacząłem uprawiać architekturę, tego typu emocje przytrafiały mi się jeszcze wiele razy… Wenecja, kościół Gottfrieda Böhma w Neviges i jego ojca Dominikusa w Zabrzu, Siena, Kościół Świętego Ducha w Tychach oraz budowany od ćwierć wieku kościół i klasztor na Paprocanach Staszka Niemczyka, jego baśniowe osiedle nad Jamną w Mikołowie, Kraków, Sandomierz, Lanckorona, księgarnia Cărturești Carusel w Bukareszcie, Krzyżtopór, ogród nad BUW-em Marka Budzyńskiego, wnętrze sali NOSPR Tomka Koniora… Te piękne budynki i związane z nimi chwile zachwytu dodają mi siły i wiary w momentach, kiedy niczym Hanka Mostowiak czuję, że ginę pod wszechotaczającym i wszechogarniającym stosem architektonicznych pudeł ze szkoły Miesa van der Rohe (fakt, że akurat ten genialny, aspołeczny, zimny i narcystyczny, niczym Królowa Lodu, architekt stał się patronem najważniejszej europejskiej nagrody architektonicznej, jest bardzo znamienny i smutny).
I takich zachwytów szukam również w projektowanej przez nas architekturze. Z całą pokorą i świadomością niedoskonałości tego, co robię, myląc się i błądząc, ryzykując i narażając się na niezrozumienie albo śmieszność, chcę tworzyć architekturę jako sztukę emocji, przywołującą radość lub smutek, uśmiech lub zadumę. I choć często wiąże się to z goryczą porażki, to właśnie z tego czerpię przyjemność.
----
Dziękujemy, że tu jesteś. Posłuchaj także naszego podcastu:
Małgorzata Mader. Intymny wymiar architektury
Z Małgorzatą Mader – architektką i badaczką architektury mieszkaniowej – rozmawiamy o projektowaniu jako procesie empatycznym i mediacyjnym. O scenach codzienności, które mieszkańcy chcą odtworzyć w swoich domach, o konfliktach i kompromisach, o granicach kontroli architekta oraz o odpowiedzialności za ergonomię, akustykę i dobrostan użytkowników. W tle pojawiają się doświadczenia pracy w Holandii, różnice kulturowe w postrzeganiu prywatności i wspólnoty oraz praktyka kooperatyw mieszkaniowych, w których intymność jednostki musi współistnieć z dynamiką grupy. To rozmowa o idealizmie i jego kosztach, o edukacji przyszłych architektów oraz o tym, dlaczego czasem działanie wbrew rynkowym potrzebom jest naprawdę cenne. Zaprasza Artur Celiński.