Spis treści
Czarne łabędzie i szare nosorożce
Jestem szefem sporej, komercyjnej firmy architektonicznej. Na moją pracę składają się nerwowe i wymagające spotkania. Negocjacje z klientami. Przypominanie o płatnościach. Nieprzespane noce z nerwów, czy pieniądze zdążą dotrzeć na czas, zanim nadejdzie moment na wypłacenie pensji i podatki. Do tego oczywiście przedzieranie się przez meandry biurokracji, wizyty i długie narady na budowie. Trzeba też stawiać czoła lecącym na nas czarnym łabędziom i szarym nosorożcom: a to COVID, a to zmiany w podatkach, a to wojna w Ukrainie i związana z tym utrata klientów. Każdego dnia trzeba zaś stawiać czoła próbie liderowania 120-osobowej grupie architektów indywidualistów, rozwiązywaniu ich mniejszych i większych problemów, adresowaniu konfliktów i koordynacji. Dlatego mam w ogóle poważne wątpliwości, czy powinienem się uważać za architekta. Raczej nie, więc zostańmy przy formule, że „robię w architekturze”.
Czytaj także: W zaledwie 24 sekundy jesteśmy 195 m nad ziemią. Beton architektoniczny, szklana elewacja i hiszpańskie schody - oto Skyliner
Czy to jest działalność architektoniczna? Chyba tak, skoro rezultatem powinna być, i czasami jest – przyzwoita architektura. Ale gdzie tu przyjemność? Sądząc po powyższym opisie - nie może jej być zbyt dużo. Tyle że może jest coś we mnie z Churchilla, który niegdyś powiedział: Wszystko zmierza ku katastrofie i upadkowi. A ja jestem zaciekawiony, skoncentrowany i szczęśliwy. Czyż nie jest to okropne, że jestem tak skonstruowany? Uważam się bowiem za szczęściarza. Myślę, że uprawiam jeden z najwspanialszych zawodów świata i czerpię z tego ogrom przyjemności.
Zaletą „robienia w architekturze” jest różnorodność
Po pierwsze: zespół. Tak, sprawiają kłopoty, ale są wspaniali. To ich indywidualizm, energia, kreatywność i rozkwitanie w zawodzie mnie motywują. Dobieranie ludzi do zespołów, a zespołów do specyfiki klientów i projektów, tak by każdy wykorzystywał swój potencjał to sztuka, którą trenowałem długo. Z licznymi sukcesami, ale też porażkami. I nieustannym poczuciem ogromnej przyjemności. Trzeba dodać, że w naszej pracowni nie brakuje architektów, którzy przepracowali tu ponad 30 lat. Ogromną satysfakcją jest śledzenie ich ewolucji, rozwoju, odnajdywania własnych specjalizacji, poszerzania horyzontów, uczenia się i wdrażania zdobytej wiedzy w praktyce. Czasami wyzwaniem jest utrzymanie ich motywacji, znalezienie wąskiej ścieżki między doskonaleniem tego, co już robili a zmianą zapobiegającą wpadnięciu w rutynę i nudę. Jedną bowiem z największych zalet „robienia w architekturze” jest różnorodność.
Matriksowy świat międzynarodowych korporacji
Przez swoje 43 (na razie!) lata pracy zobaczyłem, jak się produkuje wafelki, pampersy i pralki. Byłem w zaprojektowanym przez nas sejfie bankowym, którego dwutonowe drzwi były tak doskonale wyważone, że można je było przesuwać jednym palcem. Projektowaliśmy boiska, muzeum, teatry, 260-metrowe wieżowce i 6-poziomowe podziemia. Poznawałem matriksowy świat międzynarodowych korporacji i barwnych oligarchów, do cna zbiurokratyzowanych urzędników, sztywnych i gładkich do nieprzyzwoitości dyplomatów czy wreszcie pokręconych aktywistów, pięknych wielką pasją i charyzmą. Rysowaliśmy obiekty od Houston w Teksasie po Aszchabad, a budowaliśmy od Wrocławia po Moskwę (o czym staramy się nieco zapomnieć) i nasz ukochany Kijów.
Czytaj także: Kość niezgody ma kolor zielony. Dla jednych to drabina dla owadów, dla drugich - klucz0 do codziennego komfortu
Jaki inny zawód to umożliwia? Jak go nie kochać? Ale to nie wszystko. Jest jeszcze gra. Każdy z nas lubi gry, nieprawdaż? Szczególnie takie, w których jest się ważnym uczestnikiem. Staram się więc myśleć o tej całej wspomnianej przeze mnie na początku szamotaninie z klientami, władzami, wykonawcami czy wreszcie z użytkownikami właśnie jak o grze. I to takiej, która jest – w rozumieniu teorii gier – grą o sumie niezerowej. Chodzi w niej o to, by uzyskać możliwie najlepszy rezultat – najlepszą architekturę – w taki sposób, by każdy z uczestników gry mógł coś wygrać, a środowisko na tym zbytnio nie ucierpiało. A więc my – architekci – sławę, prestiż i trochę pieniędzy; inwestorzy, deweloperzy i wykonawcy by się bogacili; władza się przy władzy utrzymywała, a użytkownicy w stworzonych podczas tej gry przestrzeniach znaleźli dobre, ciekawe i bezpieczne miejsca do mieszkania, pracy, robienia zakupów, odpoczynku czy rozrywki. Słowem – do życia.
i
Nieskromny, ale jakże przyjemny samozachwyt
I tu dochodzimy do trzeciego, chyba najważniejszego: do architektury jako miejsca do życia. Architektura powinna być piękna albo przynajmniej dobra. To jest ważne. Każdy z nas zna to uczucie, kiedy – z reguły bliżej końca budowy albo gdy obiekt już żyje własnym życiem – patrzymy i ogarnia nas nieskromny, ale jakże przyjemny samozachwyt: zrobiliśmy to, i to jest dobre. Ale piękno czy prosto pojęta jakość architektury to tylko jedne z czynników, które powodują, że w architekturze, w przestrzeniach przez nią wytworzonych – zewnętrznych czy wewnętrznych – trwa i kwitnie życie. Zaha Hadid pod koniec życia powiedziała, że gdy zaczynała, chciała tworzyć budynki jak pojedyncze diamenty, ale teraz chce, by one łączyły, tworzyły nowy krajobraz, współtworzyły nowoczesne miasta i życie ich mieszkańców. Czyli że najważniejsza jest ta magia, która się dzieje między nimi.
Architektura jest tyle warta, co życie w niej zawarte, a dla mnie największą przyjemnością i satysfakcją jest obserwowanie, jak się ono toczy w przestrzeniach, które w jakiejś części stworzyłem. Nie jestem szczególnie religijny, ale wtedy się czuję najbliżej Boga. Na szczęście dla rozmiarów mojego ego to są tylko krótkie chwile…