Szymon Wojciechowski: Uprawiam jeden z najwspanialszych zawodów świata i czerpię z tego ogrom przyjemności

2026-01-05 12:32

Mimo tej całej zawodowej akrobatyki związanej z prowadzeniem 120-osobowej pracowni – wciąż uważam, że „robienie w architekturze” jest jednym z największych szczęść, jakie mogły mi się przytrafić - stwierdza Szymon Wojciechowski. W styczniowej Architekturze-murator zapytaliśmy architektów: Czym jest dla nich przyjemność w architekturze? Poniższy tekst to jeden z głosów. Całość artykułu znajdą Państwo w papierowym wydaniu naszego magazynu.

Gala konkursu „Życie w Architekturze”, 11 grudnia 2025 r.

Czarne łabędzie i szare nosorożce

Jestem szefem sporej, komercyjnej firmy architektonicznej. Na moją pracę składają się nerwowe i wymagające spotkania. Negocjacje z klientami. Przypominanie o płatnościach. Nieprzespane noce z nerwów, czy pieniądze zdążą dotrzeć na czas, zanim nadejdzie moment na wypłacenie pensji i podatki. Do tego oczywiście przedzieranie się przez meandry biurokracji, wizyty i długie narady na budowie. Trzeba też stawiać czoła lecącym na nas czarnym łabędziom i szarym nosorożcom: a to COVID, a to zmiany w podatkach, a to wojna w Ukrainie i związana z tym utrata klientów. Każdego dnia trzeba zaś stawiać czoła próbie liderowania 120-osobowej grupie architektów indywidualistów, rozwiązywaniu ich mniejszych i większych problemów, adresowaniu konfliktów i koordynacji. Dlatego mam w ogóle poważne wątpliwości, czy powinienem się uważać za architekta. Raczej nie, więc zostańmy przy formule, że „robię w architekturze”.

Czytaj także: W zaledwie 24 sekundy jesteśmy 195 m nad ziemią. Beton architektoniczny, szklana elewacja i hiszpańskie schody - oto Skyliner

Czy to jest działalność architektoniczna? Chyba tak, skoro rezultatem powinna być, i czasami jest – przyzwoita architektura. Ale gdzie tu przyjemność? Sądząc po powyższym opisie - nie może jej być zbyt dużo. Tyle że może jest coś we mnie z Churchilla, który niegdyś powiedział: Wszystko zmierza ku katastrofie i upadkowi. A ja jestem zaciekawiony, skoncentrowany i szczęśliwy. Czyż nie jest to okropne, że jestem tak skonstruowany? Uważam się bowiem za szczęściarza. Myślę, że uprawiam jeden z najwspanialszych zawodów świata i czerpię z tego ogrom przyjemności.

Zaletą „robienia w architekturze” jest różnorodność

Po pierwsze: zespół. Tak, sprawiają kłopoty, ale są wspaniali. To ich indywidualizm, energia, kreatywność i rozkwitanie w zawodzie mnie motywują. Dobieranie ludzi do zespołów, a zespołów do specyfiki klientów i projektów, tak by każdy wykorzystywał swój potencjał to sztuka, którą trenowałem długo. Z licznymi sukcesami, ale też porażkami. I nieustannym poczuciem ogromnej przyjemności. Trzeba dodać, że w naszej pracowni nie brakuje architektów, którzy przepracowali tu ponad 30 lat. Ogromną satysfakcją jest śledzenie ich ewolucji, rozwoju, odnajdywania własnych specjalizacji, poszerzania horyzontów, uczenia się i wdrażania zdobytej wiedzy w praktyce. Czasami wyzwaniem jest utrzymanie ich motywacji, znalezienie wąskiej ścieżki między doskonaleniem tego, co już robili a zmianą zapobiegającą wpadnięciu w rutynę i nudę. Jedną bowiem z największych zalet „robienia w architekturze” jest różnorodność.

Przyjemność tworzenia architektury według architektów 6
Autor: Marcin Czechowicz 6 | Prace nad nową widownią, ujęcia z dźwigów, luty 2014 rok

Matriksowy świat międzynarodowych korporacji

Przez swoje 43 (na razie!) lata pracy zobaczyłem, jak się produkuje wafelki, pampersy i pralki. Byłem w zaprojektowanym przez nas sejfie bankowym, którego dwutonowe drzwi były tak doskonale wyważone, że można je było przesuwać jednym palcem. Projektowaliśmy boiska, muzeum, teatry, 260-metrowe wieżowce i 6-poziomowe podziemia. Poznawałem matriksowy świat międzynarodowych korporacji i barwnych oligarchów, do cna zbiurokratyzowanych urzędników, sztywnych i gładkich do nieprzyzwoitości dyplomatów czy wreszcie pokręconych aktywistów, pięknych wielką pasją i charyzmą. Rysowaliśmy obiekty od Houston w Teksasie po Aszchabad, a budowaliśmy od Wrocławia po Moskwę (o czym staramy się nieco zapomnieć) i nasz ukochany Kijów.

Czytaj także: Kość niezgody ma kolor zielony. Dla jednych to drabina dla owadów, dla drugich - klucz0 do codziennego komfortu

Jaki inny zawód to umożliwia? Jak go nie kochać? Ale to nie wszystko. Jest jeszcze gra. Każdy z nas lubi gry, nieprawdaż? Szczególnie takie, w których jest się ważnym uczestnikiem. Staram się więc myśleć o tej całej wspomnianej przeze mnie na początku szamotaninie z klientami, władzami, wykonawcami czy wreszcie z użytkownikami właśnie jak o grze. I to takiej, która jest – w rozumieniu teorii gier – grą o sumie niezerowej. Chodzi w niej o to, by uzyskać możliwie najlepszy rezultat – najlepszą architekturę – w taki sposób, by każdy z uczestników gry mógł coś wygrać, a środowisko na tym zbytnio nie ucierpiało. A więc my – architekci – sławę, prestiż i trochę pieniędzy; inwestorzy, deweloperzy i wykonawcy by się bogacili; władza się przy władzy utrzymywała, a użytkownicy w stworzonych podczas tej gry przestrzeniach znaleźli dobre, ciekawe i bezpieczne miejsca do mieszkania, pracy, robienia zakupów, odpoczynku czy rozrywki. Słowem – do życia.

Fotorelacja z finałowej gali konkursu Życie w Architekturze 2025

i

Autor: Szymon Starnawski Szymon Wojciechowski z APA Wojciechowski Architekci odbiera nagrodę - Laur Architektek i Architektów

Nieskromny, ale jakże przyjemny samozachwyt

I tu dochodzimy do trzeciego, chyba najważniejszego: do architektury jako miejsca do życia. Architektura powinna być piękna albo przynajmniej dobra. To jest ważne. Każdy z nas zna to uczucie, kiedy – z reguły bliżej końca budowy albo gdy obiekt już żyje własnym życiem – patrzymy i ogarnia nas nieskromny, ale jakże przyjemny samozachwyt: zrobiliśmy to, i to jest dobre. Ale piękno czy prosto pojęta jakość architektury to tylko jedne z czynników, które powodują, że w architekturze, w przestrzeniach przez nią wytworzonych – zewnętrznych czy wewnętrznych – trwa i kwitnie życie. Zaha Hadid pod koniec życia powiedziała, że gdy zaczynała, chciała tworzyć budynki jak pojedyncze diamenty, ale teraz chce, by one łączyły, tworzyły nowy krajobraz, współtworzyły nowoczesne miasta i życie ich mieszkańców. Czyli że najważniejsza jest ta magia, która się dzieje między nimi.

Architektura jest tyle warta, co życie w niej zawarte, a dla mnie największą przyjemnością i satysfakcją jest obserwowanie, jak się ono toczy w przestrzeniach, które w jakiejś części stworzyłem. Nie jestem szczególnie religijny, ale wtedy się czuję najbliżej Boga. Na szczęście dla rozmiarów mojego ego to są tylko krótkie chwile…

Architektura Murator Google News
Podcast Architektoniczny
Szymon Wojciechowski - Architektura jako biznes