Spis treści
Plac nie miał być miejscem dla atrakcji sezonowych
Pojawienie się gigantycznej paczki Amazona na placu Defilad przy Pałacu Kultury wywołało dyskusję o granicach reklamy w przestrzeni publicznej. Trudno się temu dziwić – gdy w centrum miasta pojawia się obiekt tej skali, trudno go nie zauważyć. Warto jednak pamiętać, że nie jest to wydarzenie, które mówi coś szczególnego o samym projekcie Placu Centralnego. Raczej mówi sporo o współczesnym centrum Warszawy.
Czytaj także: Postawili paczkę gigant obok Pałacu Kultury. Ładna, nieładna, pozostaje przewrotnym komplementem dla architektury
Plac od początku projektowany był jako przestrzeń miejska – nie scenografia dla jednego wydarzenia ani infrastruktura dla masowych eventów, lecz fragment miasta z własną strukturą i hierarchią. Dlatego w projekcie pojawiły się drzewa, rabaty, fontanna i odtworzona trybuna honorowa – elementy, które porządkują przestrzeń i tworzą miejsca do przebywania, a nie tylko do ustawiania kolejnych atrakcji sezonowych.
Centra polskich miast to pola nieustannej negocjacji
Można oczywiście powiedzieć, że obecność takiego pawilonu jest dowodem sukcesu miejsca: skoro ktoś chce zapłacić kilkaset tysięcy złotych za kilka dni obecności, znaczy, że przestrzeń ma wartość. (Ach, ten nasz Pałac – musi też jakoś na siebie zarabiać). W tym sensie to dość osobliwy komplement dla architektury. Jednocześnie jest to też przypomnienie, że współczesne centra polskich miast są polem nieustannej negocjacji między przestrzenią publiczną a logiką marketingu.
Czytaj także: Połowa placu Defilad pozostanie pusta? Muzeum jest, teatr powstaje, o reszcie budynków cisza
Pozostaje więc pewna przewrotna satysfakcja. Obowiązujący plan miejscowy przewidywał w miejscu Placu Centralnego ogromną, otwartą płytę do organizacji masowych wydarzeń. Gdybyśmy ją po prostu zrealizowali, taka konstrukcja mogłaby dziś stanąć dokładnie w samym środku placu, być może nawet w jego osi – co zapewne ucieszyłoby miłośników perfekcyjnej symetrii urbanistycznej (wiem, że gdzieś tam jesteście). A przy okazji zajęłaby miejsce odrestaurowanej trybuny honorowej.
Za każdym „unboxingiem” stoi bardzo realny łańcuch pracy
Na szczęście tak się nie stało. Trybuna stoi na swoim miejscu i pozwala dziś spojrzeć na tę gigantyczną paczkę lekko z góry. Sam plac – przynajmniej na razie – pozostaje przestrzenią dla ludzi, a nie dla opakowań.
Być może jednak najciekawsze pytanie w całej tej historii jest zupełnie inne. Nie tyle czy taka instalacja jest ładna albo brzydka, ani nawet czy spełnia zapisy planu miejscowego, lecz czy naprawdę chcemy, aby w samym sercu miasta reklamowała się firma, której model biznesowy opiera się na ekstremalnej presji wydajności i algorytmicznym nadzorze pracy. Wystarczy przypomnieć relacje pracowników magazynów Amazona w Polsce, którzy w ostatnich miesiącach mówili wprost: „nie prosimy o przywileje – prosimy o normalne, ludzkie traktowanie”.
Plac publiczny jest przecież także przestrzenią symbolicznego reprezentowania tego, co miasto uważa za wartościowe. Jeśli więc w jego centrum pojawia się gigantyczna paczka – idealny symbol współczesnego kapitalizmu logistycznego – warto pamiętać, że za każdym „unboxingiem” stoi bardzo realny łańcuch pracy: magazyny, kurierzy, taśmy, algorytmy i nieustannie podnoszone wskaźniki produktywności. W tym sensie ta instalacja jest może najbardziej szczerym pomnikiem współczesnej ekonomii, jaki mógł dziś stanąć w centrum Warszawy. I jest w tym coś naprawdę smutnego.