Spis treści
Japońskie science fiction we Wrocławiu
W sterylnych skafandrach, w ultranowoczesnym pomieszczeniu uwijają się naukowcy kompletujący prototyp androida, który wkrótce ma zastąpić człowieka w kosmosie. Gotowy i uruchomiony, wyjeżdża z podziemia laboratorium Cyberelectronix w wielkiej stalowej skrzyni, w obstawie jak z amerykańskiej produkcji. W tle, za pojazdami, oddala się chłodna kamienna elewacja garaży, a powyżej lekka konstrukcja placówki. Tak zaczyna się film "Test pilota Pirxa" na podstawie książki Stanisława Lema, jeden z najlepszych filmów sci-fi, jaki wyprodukowano w Polsce (we współpracy z ZSRR).
W roli laboratorium - wrocławski Dolmed. Czyli dopiero co oddane do użytku Dolnośląskie Centrum Diagnostyczne. Pierwszy taki budynek w kraju, ale i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Całkowicie skomputeryzowany, kosmicznie dofinansowany, zamknięty w odwróconej piramidzie, z high-techową elewacją i odsłoniętą konstrukcją. Dzieło małżeństwa architektów, którzy zaprojektowali już we Wrocławiu jeden budynek symbolizujący nowoczesność i postęp, ZETO. Ci architekci to Anna i Jerzy Tarnawscy.
Zobacz także: By wydobrzeć, ZETO potrzebuje Wrocławia
i
Realizacja Dolnośląskiego Centrum Diagnostyki Medycznej jest wynikiem podjęcia decyzji o utworzeniu w Polsce sieci ośrodków badań diagnostycznych, których organizacja i wyposażenie gwarantować winny sprawne prowadzenie wszechstronnych badań ludności danego rejonu lub pracowników określonych grup zawodowych. Przeprowadzanie badań wykonywać się będzie za pomocą najnowocześniejszej aparatury specjalistycznej sprzężonej z komputerem. W ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy można przebadać 100 osób
— pisał Jerzy Tarnawski w "Architekturze" w 1980, prezentując budynek funkcjonujący już trzy lata; tyle wystarczyło, by zyskał renomę w całym województwie. Ale z zapowiadanej sieci powstanie tylko Dolmed. Na przeszkodzie stanęła polityka i pieniądze.
W Polsce Ludowej brakowało wzorców, jak zorganizować nowoczesny ośrodek diagnostyczny. Przed budową Wrocławskie Zakłady Elektroniczne Mera-Elwro zabrały więc Tarnawskiego do Japonii, do siedziby Toshiby, by tam podpatrzył najlepsze rozwiązania.
i
Miało nie być, jak w szpitalu, i nie było
Forma podąża za funkcją. Zamknięcie laboratorium w odwróconej piramidzie i przekrycie okien łamaczami światła zapewniały pożądane zacienienie w pomieszczeniach, ograniczając dopływ naturalnego światła. Zapotrzebowanie na przestrzeń rosło natomiast z każdą kondygnacją. Część w podpiwniczeniu schowana była przed oczami odbiorców. Mieściła kryty parking, magazyny i pomieszczenia techniczne. Parter, najmniejszy, obsługiwał jedynie wejście główne i funkcje techniczne. Zamknięto go w filarach budynku, a resztę otwarto i utworzono niewielki dziedziniec z zadaszeniem, wsparty na silnych nogach. Ta przestrzeń miała służyć rekreacji i wystawom. W zasięgu wzroku znajdowało się też przepiękne oczko wodne z białymi ceramicznymi łabędziami zaprojektowanymi i wykonanymi przez tutejszego rzeźbiarza Jerzego Boronia.
W kształtowaniu charakteru architektury przyjęto zasadę, że badany jest w zasadzie człowiekiem zdrowym i nie powinien kojarzyć swego pobytu w tym obiekcie z pobytem w szpitalu. Znalazło to wyraz w odpowiednim potraktowaniu i funkcji, i wnętrz
— podawał Tarnawski. I rzeczywiście, przestrzenie wspólne Dolmedu uwiecznione na archiwalnych wnętrzach przypominają bardziej lobby hotelu (to za sprawą wzorzystych wykładzin) czy centrum kongresowego; powagi dodawała kubatura samotnego budynku i obszerne schody prowadzące do środka z placu. Ostatnie kroki do Dolmedu miały być wydarzeniem.
i
Efekt od progu był spektakularny. W centralnej części hallu umieszczono kręte schody wiodące przez wszystkie piętra. Wyłożono je miękką wykładziną dywanową. Wybór wzoru był prosty - tylko jeden dostępny był w takiej ilości. Przy obszernych przeszkleniach rosły palmy, wszystko oświetlały gęsto rozmieszczone lampy, a meble zaprojektował słynny dziś Chierowski, autor m.in. kultowych foteli 366 i Bunny oraz krzeseł Aga. Wszystkie miały przyjazne, obłe kształty.
Zobacz także: To potężne muzeum powstało dla jednego obrazu - długiego na 120 metrów. Budowano je ponad dwie dekady
Cała magia Dolmedu działa się na dwóch ostatnich kondygnacjach - na pierwszym piętrze umieszczono rejestrację, poczekalnie z miękkimi siedziskami, pomieszczenia szkoleniowe i dla administracji. Na drugim, ostatnim, przeprowadzano badania, tutaj też mieściło się całe nowoczesne zaplecze komputerowe. W tamtych czasach robiło ono prawdopodobnie znacznie większe wrażenie niż wystrój wnętrz.
W wielkim słupie od strony ul. Strzegomskiej umieszczono drugą krętą klatkę schodową, a wewnątrz schodów poprowadzono szyb windy zjeżdżającej do najniższej kondygnacji. Wygląda, jakby miała prowadzić i na dach, i niewykluczone, że miało tak być. Na dachu Dolmedu planowano podobno zieleń. Nie wyszło.
i
Konstrukcja z Bielska, elewacja z Włoch
"Góra" nie szczędziła pieniędzy na realizację ambitnego projektu, miało być nowocześnie, i koniec. Choć wsparta na żelbetowym podpiwniczeniu, konstrukcja wykonana została ze stali - dostarczył jej Metalplast z Bielska-Białej. Stropy zamówiono z Obornik Wielkopolskich. Prefabrykowane lekkie ściany działowe przyjechały do budynku gotowe, wystarczyło podpiąć je do sufitu. Ściany kurtynowe zamykające budynek od zewnątrz zlecono włoskiej firmie Feal. Charakterystyczny kamień na elewacji i murkach to marmur ze Słaniowic. Ściany w podcieniu obłożono modrzewiem łupanym, na podłodze ułożono granit. Wszystkie instalacje, włącznie z wentylacją w całym budynku, schowano w sufitach.
Oparcie budowy na elementach w dużej mierze prefabrykowanych mocno przyspieszyło realizację Dolmedu. Budowę rozpoczęto w kwietniu 1976 roku, a zakończono już w maju 1977. Otwarcie najnowocześniejszej placówki w tej części świata uświetnił sam Edward Gierek, który 15 czerwca osobiście przecinał wstęgę.
Nie mogło być inaczej, Dolmed zgarnął tytuł Mistera Wrocławia 1977, a jego projektanci odebrali nagrody.
i
Zdrowy pacjent
Idea Dolmedu zupełnie nie przystawała do realiów Polski Ludowej. Po pierwsze "leczenie" zdrowych było w tamtym czasie pomysłem wywrotowym, żywcem wyciągniętym z katalogu państwa dobrobytu. Po drugie opieka, jaką Dolmed roztaczał nad pacjentem nie miała nic wspólnego z utylitarnym, doraźnym leczeniem, jakie gwarantowało państwo. Ścieżka pacjenta została zaprojektowana tak, by mógł przyjść, przebrać się w szlafrok z bawełnianej kory i pantofle, i komfortowo przechodzić od gabinetu do gabinetu ze specjalną wydaną mu plastikową kartą (identyczną jak do dzwonienia z automatów), spędzając tu cały dzień, a w przerwach na oczekiwanie na wyniki, obejrzeć film w kinie czy wypić kawę w kawiarni, zjeść obiad. Wszystko to miał na miejscu.
Tę niespieszną drogę wśród dywanów i seledynowego skaju przeszło dwóch redaktorów programu telewizyjnego "Sonda" (poniżej).
Dewastoremonty socmodernizmu
Kiedy przyszła transformacja ustrojowa, Dolmed działał dopiero niewiele ponad dekadę. Z przemianą poradził sobie jednak bardzo dobrze, choć wymagał reorganizacji pracy. Od 1990 roku przeprowadzał ją nowy dyrektor. Placówkę projektowano tak, by w 8 godzin była w stanie obsłużyć 100 pacjentów. Tymczasem w ciągu całego dnia, jak przyznał później w prasie, przyjmowała ich jedynie 80, podczas gdy sam personel medyczny liczył 140 osób. Dobre zarządzanie pozwoliło utrzymać się Dolmedowi na powierzchni i unowocześniać aparaturę. Dziś dziennie bada ok. 1000 osób.
i
Być może właśnie dlatego, że pieniądze na remonty były, do dziś nie przetrwało niemal nic z najciekawszych elementów projektu wewnątrz. Lata 90. poza zachłyśnięciem turbokapitalizmem przyniosły też absolutną zagładę wnętrz zarówno prywatnych, jak i publicznych.
Pal sześć naturalny rodzimy kamień i drewno wymieniane w całej Polsce na dyktę, laminat i gres. W skipach lądowały unikalne, indywidualnie projektowane meble, sztuka użytkowa, kilimy, rzeźby, mozaiki. Projektowane całościowo wnętrza, z myślą o współgraniu z całym budynkiem, stawały się nijakie, martwe i identyczne. Nie dawano im szansy na dalsze życie tylko dlatego, że powstały wtedy, kiedy powstały, pomimo świetnych i uznanych powszechnie autorów. Skala tego procederu była i jest zatrważająca tym bardziej, że trwa do dziś - pomimo rosnącej świadomości o dziedzictwie drugiej połowy XX wieku.
Zobacz także: Ładne, bo czyste. Czyli dlaczego tak łatwo polubiliśmy nową Cepelię, a starą byliśmy gotowi burzyć
Dziś wnętrza Dolmedu są takie, jak można się spodziewać. Oczywiście, wykładzina w placówce medycznej nie ma racji bytu. Zniknęły jednak meble, dekoracje, lampy, nawet granit z podłóg i kamienne okładziny ścian. Zostały kręte schody. Na zewnątrz wciąż zobaczymy włoską elewację, marmur i drewno. Estetyczne liternictwo z nazwą placówki i logiem, projektowane razem z budynkiem, wymieniono na tworzywo w jaskrawym kolorze dolnośląskim.
Całe szczęście zamurowano już białe plastikowe okno wybite w pionie klatki schodowej.
i
Dolmed nie zdążył zostać ikoną
Dziś Dolmed wciąż pełni swoją funkcję. Ustawiony na obszernej działce, razem z sąsiednią przedwojenną willą i Muzeum Sztuki Współczesnej, stanowią trzy duże historyczne obiekty wśród nowych wielkich inwestycji. Wzdłuż Strzegomskiej i Legnickiej rosną kolejne kolosy nowych bloków, hoteli, biurowców. Każdy inny, budowany w oderwaniu od otoczenia, potęgujący chaos otoczenia.
Choć absolutnie przełomowy dla wrocławskiej i polskiej architektury, Dolmed nie może się pochwalić dużym gronem fanów powojennej architektury. Nie jest pełną piramidą jak siedziba radia Slovenský rozhlas w Bratysławie. Kiedy sam budynek słabo oddziałuje, tę rolę przejmują często zachowane wnętrza. Te słowackie zachowano nie przez wpis do rejestru czy społeczne poruszenie, a dlatego, że powojenny dizajn ceni się tu nieprzerwanie do dziś. Obecnie futurystyczne wyposażenie radia przyciąga turystów architektonicznych z całego świata. Dolmed jest skorupą. Jego szansa na stanie się ponadczasową ikoną została zaprzepaszczona wraz z wypruciem sztuki i unicestwieniem dziedzictwa.
Źródła: Architektura (2/1980), Mister Wrocławia (2026), wyd. Fundacja Fandom, Co Tydzień, Sonda
- Autorzy projektu (1974-75): architekci Anna Tarnawska, Jerzy Tarnawski (główny projektant), Adam Kornafel
- Przedsiębiorstwa zaangażowane: Miastoprojekt Wrocław (projekt), Zetoprojekt Wrocław (technologia), Metalplast-Poznań (elementy aluminiowe), MERA ZAP-MONT Poznań (automatyka), KAMBUD Kraków (projekt kamieniarki), Pracownia Sztuk Plastycznych Wrocław (elementy plastyczne),Wrocławskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego nr 2 (realizacja, 1976-77).
- Współpraca przy projektowaniu wnętrz: arch. Jerzy Mierzejewski
- Konstrukcja: inż. Wojciech Święcicki
- Projekty mebli: artyści plastycy Józef Chierowski, Zdzisław Holuka, Edward Zielonka
Zobacz także: Piękny i patologiczny. Dwie opowieści o jednym Wrocławiu: Wyniki konkursu zbiegły się z „listą wstydu”