Notatki przed Kongresem
Ostatnie takie wydarzenie miało miejsce też w maju, dokładnie 18 lat temu. Nie miałam wtedy świadomości, jak ważny jest Kongres Architektury Polskiej dla naszego środowiska i pewnie nawet nie wiedziałam, że się odbył. Byłam wtedy mamą 2-miesięcznego bobasa, a hasło przewodnie: Przekaz architektury – architektura przekazu, przekraczało w tamtym momencie przyswajalny przez mój mózg poziom abstrakcji. Jednak chwilę później, z młodym przy piersi, współprowadziłam panel Surfowanie po architekturze a realia zawodu podczas imprezy Młodzi do Łodzi 2008 o znacznie bliższej mi tematyce. Wynika z tego, że Kongres na tamtym etapie życia był, niestety, poza obszarem moich zainteresowań. No cóż.
Czytaj także: Kongres Architektury Polskiej 2026 w Warszawie otwarty. Architekci o swoim wpływie na obraz Polski
Czy w tym roku zainteresuje się nim tylko pokolenie 40+, czy może młodzi też się pojawią? Zobaczymy. Hasło dwudniowego Kongresu: Przestrzeń – wartość i odpowiedzialność, brzmi zrozumiale i obiecująco. Całość wraz z wydarzeniami towarzyszącymi sprawia wrażenie dobrze zaplanowanej kampanii społecznej, przynajmniej z mojego punktu widzenia, choć mam świadomość, że to moje indywidualne algorytmy wpływają na to, jakie informacje do mnie trafiają. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero, kiedy zapytałam się kilku znajomych, niezwiązanych z architekturą, czy słyszeli o Kongresie? Odpowiedzieli: Tak, oczywiście. Ale od ciebie. Czyżby wydarzenie, które zawładnęło moją przestrzenią i moim czasem, zainteresowało wąską grupę ludzi związanych z zawodem na A? Tymczasem, czasu coraz mniej, trzeba zrobić prezentację, przygotować się, opuścić stanowisko pracy na dwa dni! Taki city break niemalże. Czy to wszystko ma sens? Czy debaty będą ciekawsze od spotkań kuluarowych z koleżankami i kolegami z całego kraju? Które panele wybrać, skoro w każdej z trzech sal dzieje się coś innego? Tego jeszcze nie wiem.
Z dziennika architektki po Kongresie
Wolna sobota, można zebrać myśli. Wydarzenie zdecydowanie osiągnęło sukces frekwencyjny. Około 1200 darmowych wejściówek rozeszło się jak świeże bułeczki w trzy dni, a kto się spóźnił, ten gapa. Na otwarcie przyszli, odziani w eleganckie garnitury, wysoko postawieni urzędnicy państwowi, którzy szybciutko po przemówieniach opuścili aulę i jak zwykle zostaliśmy sami we własnym „archisosie”.
Kuluary tętniły życiem jak nigdy dotąd – w końcu na Kongres zjechała reprezentacja z całego kraju. Przegadaliśmy wszystkie możliwe tematy, choć jak zawsze wybijały się trzy zasadnicze: pieniądze – stawki minimalne, urbanistyka – jej brak, oraz kobiety – pomijane. Dyskutowaliśmy też już mniej emocjonalnie o konkursach, przetargach, naprawianiu betonu, konstrukcjach drewnianych, grzybach i sensie tego typu spotkań.
Oprócz paneli dyskusyjnych, prowadzonych równolegle w trzech salach, odbywały się spotkania autorskie, które mi osobiście najbardziej przypadły do gustu, bo były kameralne i zachęcały publiczność do dyskusji oraz zadawania pytań – opcja z założenia wyłączona na pozostałych panelach (z jednym wyjątkiem), o co wiele osób miało żal. Średnia wieku, tak jak przypuszczałam – wysoka, młodych dorosłych było może dziesięciu, studentów też garstka, choć trudno zakładać, że zwolnią się z zajęć na dwa dni, żeby słuchać o polityce. Ja to w sumie rozumiem, bo kiedy byłam w ich wieku, też mnie to mało interesowało.
Najciekawszy okazał się jednak cel tego Kongresu, który wielu z nas poznało kilka dni wcześniej. Był nim szkic Karty Warszawskiej i to, co jest w tej historii kluczowe, przedstawiony został dopiero w piątek, na zakończenie całej konferencji. Ponieważ w czwartek pojawił się streaming z wydarzenia, wiele osób uznało, że zapozna się z nim w zaciszu własnego M i kontynuowało emocjonujące dyskusje w foyer.
Wróciłam do domu, odpaliłam komputer i… nic. Nie ma. Nie wiem, czym zakończył się Kongres, na którym spędziłam ostatnie dwa dni! Szok i niedowierzanie. A zachęcano nas do zgłaszania uwag do końca miesiąca... Całe szczęście, niezłomna redakcja „Architektury-murator” dysponowała nagraniem i udostępniła jako jedna z pierwszych, jeśli nie jedyna, transkrypcję, więc mamy się teraz do czego odnosić. Ta sytuacja była dla mnie największym zaskoczeniem. Cały czas się zastanawiam, czemu Karty nie odczytano na początku Kongresu, kiedy na sali byli jeszcze przedstawiciele władz? Siedząc na panelu otwierającym, byliby zmuszeni, choćby przez grzeczność, nas wysłuchać, a my, zamiast kolejny raz omawiać tematy kuluarowe, moglibyśmy podyskutować o postulatach Karty Warszawskiej, odnieść się do nich w trakcie paneli, zgłaszać na gorąco nasze uwagi. Najcenniejsze jest jednak to, że się spotkaliśmy i wciąż mamy o czym rozmawiać.
Epilog
To, co mnie osobiście na Kongresie najbardziej uderzyło, to nie niezrozumiała polityka, zła architektura czy brak dyskusji, tylko to, w jaki sposób komentowano kobiecą rolę w tym zawodzie. W debacie dotyczącej partycypacji udział wzięły prawie wyłącznie panie, w panelu mistrzów – panowie, z jednym wyjątkiem. Od jednego z prelegentów usłyszałam o żonie-architektce, która wzrusza go, gdy z niezwykłą starannością komponuje żywność na talerzu podczas hotelowego śniadania! Po komentarzu kolejnego mistrza, że są sami mężczyźni i może warto by było zaprosić jedną z pań siedzących na widowni, bo jest, uwaga, wolne krzesło (!), wyszłam z sali. Przysłuchiwałam się też dyskusji o tym, że nie prowadzimy wielkich firm i nie osiągamy sukcesu finansowego, do którego – jak wynikało z kontekstu – powinnyśmy dążyć. Hit dnia sprzedany przez kolegę to opowieść o dobrze ubranej kobiecie, która zapytana o profesję dumnie odpowiedziała: Jestem matką. Wow.
Wiele lat temu pokłóciłam się o to samo ze starkolegą, gdy publicznie zauważył, chyba myśląc, że jest to miłe, że kobiety pojawiają się w architekturze. Poczułam się trochę jak kwiatek do kożucha. Po latach wyjaśniłam mu, jak przedmiotowe i płytkie jest jego traktowanie architektek. Twierdził, że nie zdawał sobie z tego sprawy.
Dlatego, drodzy panowie, będzie nam niezmiernie miło, jeśli przestaniecie nas postrzegać w ten sposób, komentować fakt, że istniejemy w tym zawodzie i opowiadać, jak wiele z nas pracuje w waszych biurach. Jak byście się poczuli, gdybym powiedziała do jednego z was publicznie: Kurczę, zobaczcie, facet. Taki zadbany i do tego można z nim porozmawiać. Hm... zatrudniam kilku takich i chodzą jak w zegarku. Zdecydowanie wolę z nimi pracować – są posłuszni, nie mają fochów i siedzą grzecznie po godzinach. Fajnie?