Spis treści
Rumor w muzeum
Warszawa żyła ostatnio historią zamknięcia bistro w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Nie rozstrzygnę tu ani zarzutów o mobbing, ani zasadności sporu dyrekcji z najemcą – widać jednak wyraźnie, że coś nie zagrało. W reakcjach na sam spór widać z kolei dobrze, że coś nie grało już wcześniej. Wybrzmiewa w nich żal, że zamiast przyjaznej, dostępnej kawiarni powstała tam droga, raczej ekskluzywna knajpa. Pojawia się nawet nawoływanie, by w miejscu bistro otworzyć bar mleczny.
Samo zamknięcie knajpy nie byłoby dla mnie faktem wartym odnotowywania, tym bardziej że nie mam ochoty przyłączać się do chóru wyrażającego Schadenfreude za każdym razem, gdy w MSN-ie coś idzie niezgodnie z planem. Nie da się jednak ukryć – i ja również mam takie wrażenie – że instytucja traci społeczny słuch, wyczulony dotąd na tematykę miejską. Drobnym tego przykładem był zgrzyt z promocyjnym eventem marki motoryzacyjnej, poważniejszym jest to, że gmach nie okazał się tak inkluzywny i otwarty na otoczenie, jak zapowiadano, a najpoważniejszym to, że jego architektura kompletnie zlekceważyła tak istotne dziś kwestie środowiskowe. Spór o bistro wydaje się symbolem przemiany, która zaszła w samej instytucji.
Przeczytaj również: Ten największy plac miejski pod dachem mieści się w najlepszym budynku w Warszawie. Testujemy parter Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Ferment w piekiełku
Joanna Mytkowska zaczęła kierować muzeum w chwili, gdy cały projekt był na skraju katastrofy. Pierwszy konkurs na budynek unieważniono w atmosferze międzynarodowego skandalu. Drugi udało się rozstrzygnąć tylko po to, by jury zaczęło się kłócić już w czasie oficjalnej prezentacji wyników, a zwycięski architekt trafił w sam środek polskiego piekiełka. W takim właśnie momencie Mytkowska zastąpiła Tadeusza Zielniewicza, dyrektora i członka sądu konkursowego, który najpierw nawoływał, by nie realizować zwycięskiej pracy, po czym podał się do dymisji. W zasadzie od pierwszego dnia musiała przejść do obrony. Broniła sztuki nowoczesnej przed redukowaniem do obierania kartofli i drwin z krzyża, broniła sensu istnienia muzeum i budowy jego siedziby. Broniła architekta przed wdeptywaniem w warszawskie błoto. Relacjonowałem to wszystko jako dziennikarz i miałem okazję widzieć, jak skutecznie się do tego zabrała.
Muzeum, pozbawione siedziby, ze skromną, rozproszoną kolekcją, zaczęło działać niezwykle prężnie i bardzo czujnie weszło właśnie w tematykę miejską. Był to czas fermentu, z którego miały dopiero wyrosnąć ruchy miejskie – na razie, w miejscach takich jak PKP Powiśle czy Chłodna 25 odbywały się rozmaite „archigadaniny” – spotkania ludzi, których łączyła refleksja nad miastem. Stworzony przez władze MSN-u festiwal WARSZAWA W BUDOWIE był próbą nadania tej debacie ram, nawet nie nie instytucjonalnych, ale przynajmniej organizacyjnych.
Spór o odbudowę
Po latach zrozumiałem geniusz tego zagrania: przygarniając pod swoje skrzydła rodzące się ruchy miejskie, MSN zyskało podwójnie. Po pierwsze, wdzięczni za dostrzeżenie i partnerskie traktowanie aktywiści okazali się z czasem adwokatami instytucji narażonej na ciągłe ataki. Po drugie, może nawet ważniejsze, stali się też jej publicznością. Jeśli ktoś podważał sens istnienia Muzeum, tłumy na wernisażach odbierały mu argumenty. Te tłumy współtworzyli ludzie, którzy jeszcze chwilę temu o miasto spierali się na leżakach.
Nie twierdzę bynajmniej, że było to zagranie cyniczne. Gdyby chodziło tylko o frekwencję, to efekt nie byłby trwały, a MSN nie organizowałoby tak krytycznych, ważnych dla miasta wydarzeń jak choćby wystawa „Spór o odbudowę". W drugą stronę, przynajmniej w moim przypadku, również nie było to powierzchowne. Regularne obcowanie ze sztuką nowoczesną sprawiło, że zacząłem ją rozumieć, śledzić i świadomie odbierać. Był taki moment, że mogłem wejść do galerii w Berlinie, Bazylei czy Amsterdamie, rozpoznać prace, podać z głowy ich twórców, zrozumieć ideę wystawy i kuratorską koncepcję. Czułem się częścią tego świata i sprawiało mi to intelektualną przyjemność. Chodziłem na wystawy i zabierałem córkę na warsztaty.
Trudno się więc dziwić, że pozostałem wyczulony na losy projektu MSN-u i cierpliwie opisywałem liczne perturbacje. Oczywiście możliwe są dwie interpretacje: taka, że płacące poczuciem elitaryzmu Muzeum omotało stołecznego dziennikarza i taka, że spełniło swoją misję, z ignoranta robiąc świadomego odbiorcę sztuki.
Z czasem moja relacja z MSN-em zaczęła się jednak rozluźniać. Zawodowo – ponieważ nie było o czym pisać, odkąd budowa ruszyła, szczególnie jeśli ktoś nie chciał się włączać w jałowe spory o "pudełko po butach". Prywatnie – bo, w przeciwieństwie do pierwszego, drugie dziecko nie dało się wciągnąć w chodzenie na wystawy i warsztaty. A potem na to wszystko nałożyła się jeszcze pandemia.
Przeczytaj: Nazywają go pudłem lub bunkrem. Tymczasem nieskazitelna biel MSN jest jak wycięcie w śródmiejskim chaosie
Głodni architektury, ale jakiej?
Po samym otwarciu gmachu przy Marszałkowskiej obiecywałem sobie więc całkiem sporo. Liczyłem, że to będzie takie miejsce, które wyciągnie mnie raz na jakiś czas z domu i zmusi do nagięcia wiecznie napiętego harmonogramu tak, żeby udało się spędzić w nim choć trochę czasu. Nic takiego się jednak na razie nie stało. W MSN-ie czuję się raczej obco. Może dlatego, że w tymczasowych siedzibach zawsze spotykałem kogoś znajomego, jak nie pośród widzów, to wśród pracowników, teraz odciętych od sal wystawowych, pracujących gdzieś głęboko w częściach biurowych, których nie było mi dane nawet zobaczyć? A może dlatego, że nie nadążam już za tym, co dzieje się w sztuce?
Koniec taktycznego sojuszu
O architekturze budynku rozmawiałem kiedyś – prywatnie, więc bez nazwisk – z osobą o podobnej perspektywie. Zgodziliśmy się, że nie odnaleźliśmy w nim zbyt wiele z „naszego" MSN. Że ani księgarnia, ani kawiarnia nie są tym, co było przy Pańskiej czy nad Wisłą. I nie chodziło nam tylko o to, że "kiedyś było lepiej". Mój rozmówca zauważył, że Joanna Mytkowska zawsze chciała stworzyć w Warszawie muzeum wielkie, ważne, rozpoznawalne na świecie; że takie miała cele i że te ambicje wykraczają daleko poza lokalny czy – trochę szerzej – miejski horyzont. A budynek – ignorujący własnych sojuszników z czasów burzy i naporu – nie mógł być inny, bo służy innym celom. To my nie zrozumieliśmy, że sojusz MSN z miastem był taktyczny i że ani budynek, ani działająca w nim knajpa, nie będą tym, czego się spodziewaliśmy.
Nie dąsam się. Nadal uważam, że Muzeum jest Warszawie potrzebne. Nie oczekiwałem też przecież, że powstanie w nim Izba Pamięci Ruchów Miejskich, które też są dziś przecież zupełnie gdzie indziej, niż 15 lat temu. Z lekkim smutkiem, ale jednak przyjmuję do wiadomości, że wraz z oficjalnym otwarciem swojego budynku MSN wykonało skok do wyższej ligi, a ja zostałem na parterze, na którym nie miałem jeszcze nawet okazji wypić kawy.
---
Dziękujemy, że tu jesteś.
Posłuchaj Podcastu Architektonicznego