Spis treści
- Romantycy od kultury
- Są sukcesy, nie ma pewności
- Zamiast transparentów pojawiły się wykresy, rysunki, analizy i konkretne propozycje
- Analiza chłonności zamiast „ładnego obrazka”, który miałby wzmocnić przekaz emocjonalny
- To nie jest romantyczna koncepcja
- Tysiąclatka może być zasobem, a nie tylko gruntem
- Mieć. Sprzedać. Zarobić. Zapomnieć
- Kto jest rozważny, kto jest romantyczny?
- Niech przyszłość miasta kształtuje wolna ręka rynku?
- To nie jest problem tej konkretnej działki
Romantycy od kultury
Komuna Warszawa zrobiła wiele rzeczy „tak, jak trzeba”. Przyjęła pustostan – budynek po dawnej tysiąclatce. Nie udawała, że ma wszystko pod kontrolą. Nie miała zapewnionego stabilnego budżetu. Miała tylko wiarę w sens swoich działań i know-how. Można by ich nazwać grupą romantyków, którzy porwali się z motyką na słońce.
A jednak – krok po kroku – zamienili dawną szkołę w jedno z najbardziej żywych miejsc kultury w Warszawie. W ciągu kilku lat powstała tu przestrzeń łącząca spektakle, rezydencje artystyczne, warsztaty, działania społeczne i sportowe. Miejsce codziennego bycia obok siebie: rozmowy, budowania, uczenia się, tworzenia innowacji. A nie tylko odświętnej konsumpcji kultury.
Wielokrotnie rozmawiałem z twórcami tego miejsca. Dyskutowaliśmy o ich pomysłach na przyszłość. O potrzebie przerwania poczucia tymczasowości i docenienia wartości, które w tym miejscu się tworzą. Było we mnie zarówno uznanie dla dotychczasowych efektów, jak i wątpliwości związane z brakiem zasobów – finansowych i kadrowych – by zrobić kilka kroków dalej i na trwałe dać dawnej tysiąclatce drugie życie.
Co jednak istotne – widziałem, że zespół Komuny Warszawy chce się uczyć. Szuka odpowiedzi na bardzo różne pytania. W tym na jedno z kluczowych: jak przejść od romantycznych wizji rozwoju do pragmatycznej współpracy partnerów, w gronie których są nie tylko artyści i architekci, lecz także inwestorzy, doradcy, finansiści, księgowi, prawnicy, urzędnicy i politycy. A to przejście nikomu nie przychodzi łatwo – nie tylko w Polsce.
Są sukcesy, nie ma pewności
Tymczasem – mimo licznych sukcesów artystycznych i frekwencyjnych, wyrazów uznania ze strony środowiska, zdobycia nagrody mieszkańców w 11. edycji Nagrody Architektonicznej Prezydenta Warszawy, faktu, że samorząd chętnie finansuje działalność tego miejsca i chwali się jego aktywnością – wciąż ze strony władz miasta nie ma jasnej deklaracji: tak, tego typu miejsc chcemy; tak, potrzebujemy ich; tak, będziemy je chronić i rozwijać.
Zamiast tego wraca dobrze znana logika: atrakcyjny teren w centrum to potencjalna działka inwestycyjna. Jakby to było jedyne rozsądne wyjście. Jakby sukces miasta najłatwiej było wyrazić kolejnym wieżowcem.
Zamiast transparentów pojawiły się wykresy, rysunki, analizy i konkretne propozycje
W niedzielę, 2 lutego, zespół Komuny Warszawa zorganizował kolejne wydarzenie, podczas którego próbował opowiedzieć swoją perspektywę na przyszłość tego miejsca i miasta. „Z mojej perspektywy to jest przede wszystkim rozmowa o mieście. O tym, jak ono działa i jakie decyzje naprawdę o nim decydują. Potraktujmy Komunę Warszawa jako dział badań i rozwoju miasta” - przekonywała Bogna Światkowska z Fundacji Bęc Zmiana.
Spotkanie zatytułowane „Plan Szczególny do Planu Ogólnego” nie było manifestem ani wiecem protestacyjnym. Było próbą uporządkowania argumentów, pokazania konsekwentnie budowanej wizji i zaproszenia do rozmowy – na poziomie architektury, planowania, edukacji i polityki miejskiej.
Zamiast transparentów pojawiły się wykresy, rysunki, analizy i konkretne propozycje. Zamiast emocjonalnych haseł – rozmowy o dokumentach strategicznych, o sprzecznościach między deklaracjami a zapisami planistycznymi, o tym, jak w praktyce można rozwijać miejsce, które już dziś pełni ważną funkcję społeczną.
To był moment, w którym „romantyczna” opowieść o oddolnej inicjatywie została świadomie zamieniona na język odpowiedzialności: finansowej, organizacyjnej i przestrzennej. Język, którym zwykle posługują się inwestorzy, urbaniści i urzędnicy – rzadko zaś środowiska kultury.
Analiza chłonności zamiast „ładnego obrazka”, który miałby wzmocnić przekaz emocjonalny
Jednym z kluczowych punktów spotkania była prezentacja przygotowana przez Macieja Siudę – architekta i kuratora, którego projekty i wystawy od lat funkcjonują w międzynarodowym obiegu, a jego prace były prezentowane m.in. na najważniejszych wydarzeniach poświęconych architekturze i designowi. Jego obecność nie była więc gestem symbolicznym, lecz sygnałem, że Komuna traktuje myślenie o przyszłości tego miejsca poważnie – jako proces wymagający profesjonalnej wiedzy, doświadczenia i metodologii.
„Nie przyszliśmy z hasłem. Zrobiliśmy pracę na chłonności budynku. Sprawdziliśmy, ile czego realnie może się tu zmieścić i jak ten organizm może funkcjonować” – mówił na początku swojej prezentacji. Prowadzony przez niego zespół projektowy nie przygotował kolejnej wizualizacji pod petycję. Nie powstał „ładny obrazek”, który miałby wzmocnić przekaz emocjonalny. Zrobili architekturę na serio.
Jak sam to ujął, wykonali to, co w żargonie projektowym nazywa się „pracą na chłonności budynku”: sprawdzili, ile czego realnie da się w tym organizmie zmieścić i jak może funkcjonować cały kompleks. To nie jest detal techniczny. To jest dowód odpowiedzialności. Bo „chłonność” w praktyce oznacza test: czy program ma sens, czy budynek go udźwignie, czy koncepcja jest wykonalna, a nie tylko efektowna. Czy da się ją realizować latami, a nie przez jeden sezon.
Przeczytaj więcej: Miasto chce tu budowy 125-metrowej wieży. Komuna Warszawa ma pomysł na adaptację istniejących budynków dawnej tysiąclatki.
To nie jest romantyczna koncepcja
W tej treściwej warstwie architektonicznej sedno propozycji jest proste: zachować modernistyczny zespół szkolny, przywrócić mu czytelność i spójność oraz dopisać do niego nowy rozdział. W tysiąclatce – kontynuować i wzmocnić funkcję społeczno-kulturalną, rozwijając ekosystem pracy twórczej: rezydencje, zaplecza, przestrzenie wspólne, miejsca spotkań.
W pustostanie dawnego liceum Hoffmanowej – uruchomić spółdzielczą Szkołę Zawodów Przyszłości: edukację zawodową nowego typu, która reaguje na współczesne potrzeby miasta, łączy nowe technologie z warszawskim rzemiosłem i traktuje ekologię nie jako dekorację, lecz jako ramę działania.
To ważne, bo ta propozycja nie jest „instytucją kultury w wersji ładniejszej”. To jest pomysł na centrum Warszawy jako przestrzeń pracy, uczenia się i praktykowania wspólnotowości. Czyli dokładnie to, o czym miasto lubi mówić w dokumentach strategicznych. Ten sposób myślenia dobrze podsumowała Joanna Erbel, zwracając uwagę, że Komuna od lat funkcjonuje jako laboratorium miejskich praktyk. W jej ujęciu to właśnie takie miejsca pozwalają testować nowe modele organizacyjne i społeczne, zanim staną się elementem oficjalnej polityki miasta. Spotkanie przy Emilii Plater było więc nie tylko prezentacją projektu, ale próbą pokazania, że za „romantyczną” opowieścią o oddolnej instytucji stoi dziś realna praca koncepcyjna i odpowiedzialność za przyszłość miejsca.
Tysiąclatka może być zasobem, a nie tylko gruntem
W tle jest jeszcze jeden wątek, który w „Architekturze-muratorze” już wybrzmiał – i dobrze, żeby wrócił
Dorota Sibińska pisała niedawno o tysiąclatkach jako budynkach przygotowanych do „życia po życiu”: o ich prostej konstrukcji, czytelnym układzie i ogromnym potencjale adaptacyjnym, ale też o ryzyku wyburzeń wynikającym z „potencjału gruntu”, bo wiele z tych szkół stoi na świetnie położonych działkach.
W tym samym tekście przywołana została wprost szkoła przy Emilii Plater – projekt Jerzego Baumillera i Jana Zdanowicza – jako przykład budynku, który stał się centrum kultury, choć plany jego likwidacji regularnie wracają. Komuna Warszawa jest dziś praktycznym dowodem, że tysiąclatka może żyć drugi raz – i to w centrum, w warunkach ekstremalnej presji rynkowej. Jeśli miasto nie umie ochronić takiego przykładu, to znaczy, że nie chodzi o brak narzędzi ani brak precedensów. Chodzi o priorytety.
Przeczytaj: Tysiąclatki czekają na drugie życie. "Wielu z tych placówek już nie ma, a niektóre ciężko rozpoznać"
Mieć. Sprzedać. Zarobić. Zapomnieć
Z perspektywy dokumentów „pomysł miasta” jest dziś w gruncie rzeczy minimalistyczny: dopuścić wysokościową zabudowę do 125 metrów.
To rozwiązanie wygodne. Nie wymaga decyzji o tym, czym ma być ta część centrum. Nie wymaga wizji. Nie wymaga odpowiedzi na pytanie, jakie funkcje publiczne Warszawa chce realnie chronić w swoim sercu. Wystarczy stworzyć ramy planistyczne i poczekać, aż pojawi się inwestor. Bogna Świątkowska trafnie zauważa: jeśli miasto wszystko sprzeda, to na czym będzie prowadziło swoje polityki publiczne? Na jakiej przestrzeni będzie realizować cele, o których tak chętnie pisze w strategiach?
Na tę sprzeczność zwracał uwagę Grzegorz Laszuk. Podkreślał, że „Strategia Rozwoju Warszawy 2040+” stawia na wzmacnianie funkcji społecznych, kultury, zieleni i środowisk kreatywnych, a tymczasem „Plan Ogólny” dla tego samego miejsca dopuszcza rozwiązania prowadzące do ich likwidacji. Strategia – jako dokument nadrzędny – wyznacza kierunki polityki miasta. Plan powinien je realizować. W tym przypadku dzieje się odwrotnie: zapisy planistyczne podważają cele zapisane w strategii. To nie jest spór o estetykę ani o preferencje. To pytanie o spójność miejskiej polityki: czy deklaracje zapisane w dokumentach mają realne przełożenie na decyzje przestrzenne, czy pozostają jedynie językiem intencji.
Kto jest rozważny, kto jest romantyczny?
Oczywiście można powiedzieć, że życie bywa bardziej skomplikowane niż zapisy w dokumentach. Że strategia to jedno, a realne procesy inwestycyjne, budżetowe i polityczne — drugie. Że miasto musi godzić sprzeczne interesy, reagować na zmiany koniunktury i presję różnych grup. I właśnie dlatego tym bardziej potrzebna byłaby w tej sprawie spokojna, uczciwa rozmowa.
Spotkanie. Wyjaśnienie intencji. Postawienie na stole argumentów po obu stronach. Próba znalezienia rozwiązania, które nie sprowadza się do prostego „albo-albo”. Tymczasem, jak relacjonuje Grzegorz Laszuk, przez lata dominował inny komunikat ze strony władz - często nieoficjalny. I powtarzalny w swojej treści. Laszuk przekonuje, że w odpowiedzi na prośbę o rozmowę o przyszłości tego miejsca słyszy, że „to nie jest dobry moment”, że „trzeba poczekać”, że „teraz się nie da”. Powód? Polityczny. Chodziło przede wszystkim o to, aby w trakcie kampanii wyborczej nie wyciągać pozornie trudnych tematów.
Ten rodzaj komunikatu ma jedną właściwość: zawsze jest prawdziwy w krótkiej perspektywie, a w długiej staje się polityką. Polityką odwlekania, rozmywania odpowiedzialności, czekania na zmianę okoliczności – albo na zmęczenie strony społecznej. W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewa fakt, że miasto przez lata promowało tę działkę jako ofertę inwestycyjną, także na najważniejszych dla branży inwestycyjnej targach w Cannes. Mimo prestiżowej lokalizacji nie znalazło jednak zainteresowanego na poważnie kupca. To kompletnie zmienia rozkład „romantyzmu” w tej debacie.
Bo zazwyczaj słyszymy, że romantyczne są wizje kultury, wspólnoty i spółdzielczości, a rozważna jest wieża. Tymczasem może być dokładnie odwrotnie.
i
Niech przyszłość miasta kształtuje wolna ręka rynku?
Romantyczne może być właśnie myślenie, że kolejny wieżowiec będzie lepszy. Że znajdzie się świadomy potencjału inwestor. Że uda się zachować tak potrzebną w centrum różnorodność. I że 125 metrów wysokości nie zaszkodzi tożsamości miejsca. Z perspektywy dokumentów „pomysł miasta” pozostaje przy tym minimalistyczny: dopuścić wysokościową zabudowę i zostawić resztę mechanizmom rynku.
Ten sposób myślenia dobrze opisywał podczas spotkania Grzegorz Laszuk, mówiąc wprost o mieście zachowującym się jak deweloper i samorządzie, który coraz częściej patrzy na własne nieruchomości przede wszystkim jak na aktywa do spieniężenia. Jak na potencjalne działki inwestycyjne, które „powinny na siebie zarobić”, zamiast być traktowane jako infrastruktura publiczna — równie ważna jak szkoły, transport czy parki. W takim modelu przestrzeń wspólna przestaje być wartością samą w sobie. Staje się kosztem. Czymś, co trzeba uzasadniać, bronić, wyliczać.
To nie jest problem tej konkretnej działki
W tym kontekście rozważne jest to, co robi Komuna: budowanie przyszłości jako procesu, angażowanie architektów, osób od spółdzielczości, edukacji, miejskiej polityki i codziennego praktykowania wspólnoty. Nie deklaracje, nie wizualizacje, nie obietnice. Praca w skali 1:1.
I dlatego osoby zaangażowane w to miejsce zasługują co najmniej na to, by miasto potraktowało ich propozycję poważnie – jako projekt miejski, a nie romantyczny dodatek do „prawdziwego rozwoju”. By usiąść do uczciwej debaty, w której to Prezydent Trzaskowski będzie mógł opowiedzieć, dlaczego akurat 125-metrowy wieżowiec jest lepszą perspektywą? Być może ma argumenty przemawiające za tym rozwiązaniem. Z chęcią bym je usłyszał.
Bo jeśli nawet model doceniony przez mieszkańców, sprawdzony w praktyce, rozpisany architektonicznie i społecznie, nie dostaje jasnej odpowiedzi, czy jest częścią przyszłości Warszawy, to znaczy, że nie mamy problemu z jedną konkretną działką. Mamy problem z tym, czy umiemy uczyć się od własnych sukcesów. I czy wiemy, na czym nam w tym mieście zależy.
---
Dziękujemy, że tu jesteś. Posłuchaj naszego Podcastu Architektonicznego
Tym razem gośćmi Artura Celińskiego są Andrzej Truszczyński i Paweł Kobierzewski. Rozmawiamy o 1) projekcie rzeszowskiego Aquaparku SOL@RES, 2) współpracy z Winy'em Massem przy koncepcji Future Park i 3) kontrowersjach związanych z wynikami konkursu na Bibliotekę Nową w Rzeszowie.