Skrawanie, toczenie, wyoblanie, prasowanie, nitowanie, lutowanie... Tak powstają prace Jana Garncarka

2026-02-26 14:12

Projektuję z poczucia niezgody na rzeczywistość, w której funkcjonujemy – na to, jakimi przedmiotami się otaczamy i w jakiej kondycji znajduje się nasza kultura. Jeśli wartość danej epoki oceniamy przez jej dorobek – architekturę, muzykę, modę, wzornictwo – to jak ocenią nas przyszłe pokolenia? - zastanawia się projektant Jan Garncarek w rozmowie z Anną Żmijewską. To kolejna odsłona cyklu Dizajn na zawsze

Dizajn na zawsze. Jan Garncarek

i

Autor: Ewelina Mąkosa / archiwum projektanta/ Materiały prasowe

Pomysł, który powstał z poczucia niezgody na rzeczywistość, w której funkcjonujemy

Anna Żmijewska: Jan Garncarek to projektant, rzeźbiarz czy rzemieślnik?

Jan Garncarek: Przypisywanie się do określonych terminów bywa ograniczające. Kiedy jednoznacznie definiujemy, kim jesteśmy, podświadomie zaczynamy spełniać oczekiwania, które te terminy niosą za sobą. Staram się tworzyć rzeczy po swojemu. To daje mi poczucie wolności i chyba najbardziej zbliża do bycia artystą. Czuję się nim szczególnie wtedy, gdy zaczynam wyobrażać sobie nowy obiekt – jak wygląda interakcja z nim, jakie budzi emocje, jaki jest w dotyku, jak wpływa na otoczenie. Kiedy przekładam tę wizję na rysunek, staję się bardziej projektantem – przenoszę pomysły na papier czy modele 3D, dopracowuję proporcje, dobieram lub wymyślam metody produkcji.

Czytaj także: Dekonstrukcja, która buduje alternatywne narracje. Współczesna fotografia okiem Bownika. Rozmowa z cyklu Dizajn na zawsze

Większość moich realizacji powstaje we współpracy z rzemieślnikami. Często sam uczestniczę w tym procesie – jednak nie czuję się rzemieślnikiem. Osoby wykonujące tę profesję poświęcają całe życie, by wyspecjalizować się w konkretnej technice ręcznego wytwarzania. Mam do takich twórców ogromny szacunek i używałbym tego określenia bardzo ostrożnie – nie każdy na nie zasługuje.Lubię natomiast eksperymentować i nie potrafiłbym poprzestać na wąskiej specjalizacji. Coraz częściej też brakuje mi czasu, by w pełni uczestniczyć w procesie produkcyjnym.

AŻ: Twoje prace nie są klasycznymi przedmiotami, balansują na granicy produktu i rzeźby. Jak zrodził się taki pomysł?

JG: Pomysł powstał z poczucia niezgody na rzeczywistość, w której funkcjonujemy – a dokładniej na to, jakimi przedmiotami się otaczamy i w jakiej kondycji znajduje się nasza kultura. Jeśli wartość danej epoki oceniamy przez jej dorobek – architekturę, muzykę, modę, wzornictwo – to jak ocenią nas przyszłe pokolenia? Mam wrażenie, że obraliśmy zły kierunek. Zalewa nas nadprodukcja przedmiotów słabej jakości. Dlatego swoją rolę widzę w wyznaczaniu nowych idei, w zmianie myślenia o wzornictwie i próbie wpływania na innych. Moje obiekty można nazwać rzeźbami, bo wyłamują się z mainstreamu – zwłaszcza w sposobie produkcji i jakości wykonania. Wierzę, że zadaniem artysty jest dostrzeganie niuansów poza utartymi schematami i próba sięgnięcia dalej. Większość ludzi żyje w sposób dość przewidywalny, korzystając z gotowych rozwiązań dotyczących pracy, ubioru, spędzania wolnego czasu, wystroju wnętrz, a także poglądów politycznych czy religijnych.

Czytaj także: Tomek Rygalik: Najlepszą rzeczą, jaką projektanci mogliby dziś zrobić dla świata, to całkowite zaprzestanie wszelkiej działalności

Uczymy się naśladując i dzięki temu tworzymy społeczności. To nasz stadny instynkt. W takiej wspólnocie potrzebny jest tzw. szaman, czyli współcześnie artysta. Jego rolą jest wyrwać się z tej pętli, zakwestionować jej funkcjonowanie, zobaczyć świat z innej perspektywy i złożyć go na nowo. To właśnie napędza innowacje, pobudza wyobraźnię i wskazuje społeczeństwu nowe kierunki. Staram się pokazać przedmiot takim, jakim według mnie powinien być. Patrzę na niego wielowymiarowo. Zależy mi, by intrygował, skrywał w sobie tajemnicę, był solidnie wykonany i autentyczny, by odsłaniał właściwości materiałów, z których powstał. Chcę, żeby był dopracowany w każdym szczególe, trwały, naprawialny i ponadczasowy. Mam poczucie, że niewielu artystów traktuje proces produkcji jako istotną część swojego dzieła. Dla mnie to element kluczowy, środek wyrazu artystycznego i jednocześnie przestrzeń do dalszych poszukiwań.

AŻ: Wszystkie obiekty wykonujesz ręcznie w swojej pracowni. Skąd takie zamiłowanie do pracy rzemieślniczej?

JG: To nie do końca prawda. Rzeczywiście wiele obiektów powstaje w mojej pracowni, ale coraz częściej korzystam z pomocy rzemieślników rozsianych po całym kraju. Jak już wspomniałem, zależy mi na solidności, dlatego do współpracy przy tworzeniu kolekcji szukam najlepszych specjalistów w danej dziedzinie. Zawsze uczestniczę w procesie powstawania nowego obiektu i na początku staram się sam podejmować pracę w zakładzie rzemieślniczym. Ważne jest dla mnie, by zrozumieć, jak dany materiał „lubi” być kształtowany, jakie ma ograniczenia i właściwości konstrukcyjne. Tylko w ten sposób mogę w pełni świadomie projektować i rozwijać swoje pomysły.

AŻ: Jednym z podstawowych metali, jakie wykorzystujesz w pracowni, jest mosiądz. To Twój ulubiony materiał?

JG: Zdecydowanie. Mosiądz jest plastyczny, daje ogromne możliwości i wciąż mnie fascynuje. Już w młodości, w garażu dziadka, uczyłem się podstaw lutowania i obróbki cieplnej właśnie na tym materiale. Dziadek dużo majsterkował i bardzo wcześnie uświadomił mi, że przedmioty można po prostu wytwarzać własnoręcznie. Coraz częściej projektuję także obiekty z kamienia i szkła. Choć mosiądz pozostaje dla mnie wyjątkowy, nie chcę się ograniczać ani być zaszufladkowany.

AŻ: Metalurgia, metaloplastyka to nieczęste kierunki wybierane przez współczesnych projektantów. Ty nadajesz im kolejny wymiar. Jakie metody oraz technologie stosujesz?

JG: Myślę, że wszystkie, do których miałem dostęp, czyli skrawanie, toczenie, wyoblanie, prasowanie, nitowanie, lutowanie, spawanie, młotkowanie, odlewanie czy oksydowanie. Staram się dogłębnie poznawać możliwości metalu i różnych jego gatunków. Zawsze fascynowało mnie to, że niewielkie różnice w składzie stopu potrafią diametralnie zmienić jego właściwości, zwłaszcza plastyczność. Fenomenem jest, jak ludzie przez wieki dochodzili do odpowiednich proporcji w stopach oraz jak te odkrycia wpłynęły na rozwój rzemiosła i kultury.

Dizajn na zawsze. Jan Garncarek

i

Autor: WUNDERKAMERA / archiwum projektanta/ Materiały prasowe

Dizajn kolekcjonerski – powinno być go jeszcze więcej

AŻ: Twoja obecna pracownia, a dokładnie warsztat, wygląda oszałamiająco. Stare drewniane przykurzone meble z tysiącem szuflad, ogromne przeszklenia, postindustrialne stalowe słupy, przepiękne wielkoformatowe okna, przez które wpadają promienie słońca, dodające jeszcze więcej magii. I do tego Żyrardów, miasto fabrykantów, rzemieślników. Wszystko to idealnie współgra z Twoją twórczością. Opowiedz o tym miejscu. Skąd pomysł na tę przestrzeń, rodzinnie związany jesteś raczej z warszawskimi Starymi Bielanami.

JG: Początki faktycznie miały miejsce w rodzinnym domu na Starych Bielanach w Warszawie – nie-zwykle klimatycznym, przedwojennym budynku zbudowanym przez mojego pradziadka. Do dziś mieszkamy tam z moją partnerką, Eweliną Mąkosą. Na początku pracowaliśmy w ogrodowej szopie, ale działalność szybko zaczęła się rozrastać. Prace przeniosły się do salonu i pomieszczeń gospodarczych, a gdy w sypialni zaczął powstawać magazyn, wspólnie uznaliśmy, że trzeba znaleźć nowe miejsce. W tamtym czasie mieliśmy już dodatkową pracownię w starej fabryce w Berlinie, gdzie dziś mieści się głównie atelier artystyczne Eweliny. Jednak na potrzeby produkcji było to za daleko, a budowanie sieci podwykonawców od zera w obcym kraju okazało się bardzo trudne.

Postanowiliśmy więc szukać lokalizacji w Polsce – czegoś niestandardowego, co pobudzałoby wyobraźnię. Zawsze ciągnęło nas do przestrzeni industrialnych. Znaleźliśmy w internecie ogłoszenie o opuszczonej fabryce w Żyrardowie, ale miejsce nie spełniało naszych oczekiwań. Zaczęliśmy więc chodzić po mieście, pukać do różnych zakładów i pytać o wolne przestrzenie. W ten sposób trafiliśmy na stary magazyn w dawnej barwiarni tkanin. Kosztowało nas to sporo pracy, ale udało się urządzić warsztat dość sprawnie. Dziś jest to przestrzeń, która daje ogromną swobodę. Uważam, że w pracowni ważne jest, by mieć dużo miejsca – nawet tego niezagospodarowanego. To otwiera umysł, pobudza wyobraźnię i sprzyja kreatywności.

AŻ: Wśród obiektów, które tworzysz, przewagę stanowią lampy. Jak wygląda cały proces projektowy, a następnie produkcyjny?

JG: Rzeczywiście projektuję wiele różnych obiektów, ale lampy zdecydowanie dominują. Prawdopodobnie dlatego, że to od nich zacząłem swoją przygodę z dizajnem i cieszą się one największym zainteresowaniem klientów. Poza tym lubię pracę ze światłem – lampa potrafi całkowicie zawładnąć przestrzenią, a drobne zabiegi mogą zupełnie zmienić klimat wnętrza. Myślę, że ta fascynacja rozpoczęła się jeszcze na studiach. Podczas wymiany studenckiej na Politechnice Mediolańskiej trafiłem do pracowni Michela De Lucchiego. To on uświadomił mi, że projektowanie światła ma w sobie coś z poezji. Na pierwszych zajęciach, zamiast tradycyjnego wykładu, zastaliśmy na stołach świeczki. Profesor poprosił, by je zapalić i zgasić górne światło. A potem zadał pytanie: Jaka jest różnica między sytuacją, gdy siedzimy przy świetle górnym, a tą, gdy siedzimy przy świecach? Po chwili sam odpowiedział: Przy górnym świetle siedzieliście każdy osobno. Teraz, przy świecach, siedzicie wszyscy razem. Ta lekcja na zawsze ukształtowała moje myślenie o świetle i jego projektowaniu.

AŻ: Ile trwa produkcja jednej lampy?

JG: To zależy od obiektu. Najkrótszy czas realizacji to około dwunastu tygodni, ale są projekty, które powstają nawet pół roku. Każda lampa wykonywana jest od zera. Z pełnych bloków mosiądzu frezujemy rozety, z arkuszy blachy formujemy talerze i kule, dmuchamy szkło, frezujemy kamień. To bardzo czasochłonna i wymagająca praca, ale dzięki temu każdy obiekt jest absolutnie wyjątkowy. Wierzę, że przedmiot wytworzony ludzkimi rękami ma w sobie coś, co nazwałbym duszą. Tego pierwiastka nie znajdziemy w rzeczach produkowanych przez automaty – są odczłowieczone, chłodne, pozbawione emocji.

AŻ: Twoje obiekty powstają w niewielkich seriach. To produkty kolekcjonerskie, każdy ma sygnaturę i certyfikat. Czy w dzisiejszych czasach możemy sobie pozwolić na taki dizajn?

JG: Wszystko zależy od naszej świadomości i potrzeb, które wokół niej budujemy. Dziś żyjemy w ogromnym pędzie, zalewani reklamami, które programują nasze postrzeganie tego, czym powinniśmy się otaczać i jak spędzać czas. Rzemiosło artystyczne – podobnie jak każda inna dziedzina sztuki – wymaga zatrzymania i refleksji. Rzadko mamy przestrzeń, by kontemplować codzienność, ale kiedy to się udaje, zaczynamy zastanawiać się nad tym, co nas naprawdę określa i jakimi przedmiotami chcemy się otaczać. I właśnie takich ludzi spotykam na swojej drodze – osoby, które pragną czegoś wyjątkowego, które w przedmiotach dostrzegają więcej niż tylko funkcję użytkową. Doceniają trud włożony w każdy obiekt, jego unikalność na tle masowego wzornictwa, myśl projektową i wizję artystyczną. Rozumieją siłę i znaczenie takich przedmiotów. Każdy mój obiekt jest sygnowany i posiada certyfikat. Podobnie jak w przypadku dzieł sztuki, nie tracą one na wartości, a często pojawiają się w drugim obiegu, także na aukcjach. Coraz częściej spotykam klientów, którzy traktują sztukę użytkową jako lokatę kapitału. Myślę więc, że w dzisiejszym świecie jak najbardziej jest na to miejsce – i powinno być go jeszcze więcej.

AŻ: Czy myślisz, że w dobie tanich produkcji, bylejakości jesteśmy jeszcze w stanie wrócić do prawdziwego rzemiosła?

JG: Mam wrażenie, że rzemiosło jest dziś niezwykle potrzebne i cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Odkąd powstał gatunek ludzki mamy naturalną potrzebę wytwarzania przedmiotów. Tymczasem współcześnie, często żyjemy w stanie pewnej abstrakcji – wykonujemy czynności zastępcze, pracujemy w świecie wirtualnym, przerzucamy dokumenty, a w zamian otrzymujemy wynagrodzenie, za które kupujemy przedmioty. To w pewnym sensie rodzaj wynaturzenia. Każdy z nas, przynajmniej raz w życiu, próbował coś stworzyć własnymi rękami. I jeśli wsłuchamy się w siebie, w tę potrzebę, to rzemiosło na pewno z nami zostanie. Co więcej, będzie odradzać się na wiele nowych sposobów.

Dizajn na zawsze. Jan Garncarek

i

Autor: WUNDERKAMERA / archiwum projektanta/ Materiały prasowe

Nietuzinkowe lampy czyli dbałość o detale, konstrukcję i jakość

AŻ: Przy tworzeniu dizajnu kolekcjonerskiego konieczne są pewne działania. PR, współpraca z galeriami, niuanse związane z prowizjami od sprzedaży, czy inne „magiczne” biznesowe kwestie. Jak sobie z tym radzisz?

JG: W tych kwestiach bardzo dużo zawdzięczam mojej partnerce Ewelinie. To dzięki niej, pierwsze prace, które stworzyłem, udało się sprzedać, a moją twórczość przekształcić w sposób na życie. Bardzo szybko udało jej się znaleźć rynek dla tego typu obiektów – kosztownych w produkcji, o niespotykanej jakości i wyszukanym dizajnie.Dziesięć lat temu w Polsce taki rynek praktycznie nie istniał. Dużym wsparciem było doświadczenie Eweliny zdobyte w berlińskim biurze projektowym – dzięki czemu mogła skutecznie zbadać temat i znaleźć pierwszą galerię, z którą nawiązaliśmy współpracę. To otworzyło nam drogę do kolejnych miejsc. Prawie wszystkie galerie, z którymi dziś współpracujemy, zostały wybrane przez moją partnerkę dzięki jej wyjątkowej intuicji. Niektóre z nich, gdy zaczynaliśmy, były małymi showroomami, dziś przynajmniej dwie należą do największych galerii tego typu na świecie. Nie prowadzimy skomplikowanego marketingu. Nawiązujemy kontakt i pokazujemy, czym się zajmujemy. Na pewno pomogły też media społecznościowe, które przyciągnęły uwagę klientów i dodatkowo ułatwiły budowanie relacji.

AŻ: Często podkreślasz, że markę współtworzysz ze swoją partnerką Eweliną, która ma także artystyczną duszę, jest malarką i projektantką. Czy Wasz duet to twórcza synergia, czy walka indywidualności i czy macie w nim podział ról?

JG: To piękna i w pewnym sensie romantyczna historia. Ewelinę poznałem jeszcze na studiach w Mediolanie, – przyjaźniła się wówczas z moją współlokatorką. Szybko się polubiliśmy, a po kilku latach staliśmy się parą. Od zawsze towarzyszyły nam rozmowy o sztuce, architekturze i dizajnie – warto pamiętać, że te dziedziny bardzo się przenikają. Ewelina również zajmuje się spostrzeganiem przedmiotów w ich wielowymiarowości. Jedną ze swoich wystaw poświęciła obiektom, które pozostawiamy po zmarłych. To niezwykle refleksyjna praca, pokazująca, jak przedmioty mówią o nas, jakie ślady po sobie zostawiamy i jak pamięć o nich pozwala przybliżyć nam osobę, której już nie ma.

Czytaj także: Jego lampy to nieskrępowana zabawa formą i kolorem. Wywiad z projektantem Krzysztofem Wyżyńskim

Projektując często prowadzimy tego typu rozmowy – one są fundamentem naszej twórczości. Życie zawodowe przenika się mocno z prywatnym, bo wszystko opiera się na wrażliwości, spostrzeganiu i osobistych doświadczeniach. Jednocześnie każde z nas czasem potrzebuje własnej przestrzeni. W takich momentach Ewelina wyjeżdża do swojej pracowni w Berlinie, a ja zostaję w Warszawie lub Żyrardowie. Te okresy samodzielnej pracy pozwalają nam tworzyć intensywnie, by po kilkunastu dniach skonfrontować ze sobą efekty i wspólnie je rozwijać.

AŻ: Swoją karierę zaczynałeś w Towarzystwie Projektowym Grzegorza Niwińskiego i Jerzego Porębskiego. Pracownia ta specjalizuje się głównie w projektowaniu wyposażenia przestrzeni publicznych, identyfikacji wizualnej i grafice użytkowej. Teraz zajmujesz się całkiem innym rodzajem projektowania. Czy to wcześniejsze doświadczenie zawodowe miało wpływ na Twój aktualny kierunek?

JG: Czuję ogromną wdzięczność, że mogłem pracować z Grzegorzem i Jurkiem. Byłem wtedy świeżo po studiach i wciąż szukałem własnej drogi. Zderzenie z prawdziwymi projektami nauczyło mnie bardzo wiele – obserwowanie, jak pracują doświadczeni architekci, jakie podejmują decyzje, z jaką wrażliwością traktują każdy detal, było nieocenioną lekcją. Nauczyłem się spostrzegać proporcje, dobierać materiały i korzystać z narzędzi zdobytych na uczelni w praktyczny sposób. Studia dały solidne fundamenty, ale dopiero w Towarzystwie Projektowym nauczyłem się je stosować realnie. Pamiętam też wyjątkowe doświadczenie przy projektowaniu gabinetu w jednej z polskich ambasad – mało kto o tym wie, ale właśnie tam próbowałem stworzyć swoją pierwszą lampę.

AŻ: Podobno myślałeś też o projektowaniu broni?! Brzmi dość nietypowo, zwłaszcza patrząc na Twoje aktualne prace. Opowiedz o tym.

JG: Mój dziadek, pułkownik Władysław Cieśla, miał obok majsterkowania jeszcze jedną pasję: strzelectwo sportowe. Był strzelcem wyborowym, mistrzem Wojska Polskiego i trenerem kadry olimpijskiej. Tą pasją zaraził mnie i mojego brata. Przez dziewięć lat trenowałem strzelectwo z pistoletu w kilku kategoriach, zdarzało mi się zdobywać medale na krajowych zawodach juniorskich. Karierę sportową przerwały jednak wymagające studia. Dla mnie najważniejsze było jednak obcowanie z bronią jako przedmiotem – to urządzenia wykonane z niezwykłą precyzją. Oksydowana stal połączona idealnie z ergonomiczną, drewnianą rękojeścią; wszystkie metalowe elementy spasowane co do setnych milimetra – i to po to, by wytrzymać eksplozję oraz ogromne ciśnienie wewnątrz komory nabojowej i lufy, zachowując przy tym stabilność i precyzję. Ta jakość i myślenie inżynierskie zawsze były dla mnie wzorem. Staram się przenosić tę dbałość o detale i konstrukcję na swoje przedmioty – chociaż, jak to się mówi, „nikt z nich strzelać nie będzie”.

Dizajn na zawsze. Jan Grancarek

i

Autor: archiwum projektanta/ Materiały prasowe

Czy młodzi projektanci są gotowi na współczesne wyzwania, jakie stawia się przed wzornictwem użytkowym.

AŻ: Twoje projekty są nieszablonowe. Nie we wszystkich wnętrzach można je wykorzystać. Są skierowane do określonego odbiorcy. Dla kogo je projektujesz?

JG: Zawsze projektuję przede wszystkim dla siebie. To bardzo ważne, a jednocześnie trudne. Często otrzymuję propozycje stworzenia obiektu do konkretnego wnętrza, ale nigdy nie wysyłam projektu, z którym sam bym nie chciał obcować. Wymaga to wyobrażenia sobie interakcji z przedmiotem, wejścia w „skórę” klienta – spaceru po inwestycji i przewidzenia różnych sytuacji oraz emocji, które obiekt ma wywoływać. Oczywiście, mam swój styl i pewne tendencje. Klienci, którzy decydują się na moje projekty, zazwyczaj akceptują takie podejście do dizajnu i dają mi pełną swobodę. Tylko w ten sposób można stworzyć coś naprawdę unikatowego – kiedy twórczość nie jest niczym skrępowana i wychodzi wprost z wnętrza projektanta. Dzięki temu udało się zrealizować wiele wyjątkowych projektów.

AŻ: Zacząłeś eksperymentować ze szkłem, współpracowałeś z hutą w Krośnie, próbowałeś nawiązać też współpracę z Murano. Czy szkło fascynuje Cię tak samo, jak mosiądz?

JG: Szkło to ogromne wyzwanie, zwłaszcza w dobie łatwiejszych w obróbce tworzyw sztucznych. Największą satysfakcję daje stworzenie szklanego klosza, który znajduje się na granicy wykonalności. Współpraca z doświadczonymi hutami jest tu kluczowa – przypomina o stuleciach doskonalenia technologii ujarzmiania tego materiału. Niezwykłe jest, jaką precyzję można uzyskać z tak organicznej materii, a jednocześnie jej organiczność otwiera wiele nowych możliwości. Sam przechodziłem przez kursy wydmuchu szkła i na pewno jeszcze wielokrotnie zmierzę się z jego formowaniem. Obecnie pracuję nad projektem wykorzystującym wielkie dmuchane bańki szkła – to pozwala przełamać moje geometryczne podejście do kształtowania brył i zdawać się trochę na przypadek oraz swobodę formy. Jestem tym bardzo podekscytowany i czerpię z tego ogromną frajdę.

AŻ: Byłeś w jury tegorocznego konkursu Young Design (IWP). Zwycięskie projekty stanowiły odpowiedź na jedno z ważniejszych wyzwań współczesnego świata – rosnące znaczenie zdrowia psychicznego. Prace, które wyłoniliście, realnie mierzą się z aktualnymi problemami, są to m.in. zestaw wspomagający odpowiednią pozycję dzieci podczas zdjęć rentgenowskich, karty edukacyjne towarzyszące w procesie transplantacji serca oraz terapeutyczne pacynki pomagające regulować złość. Co te projekty mówią o młodych twórcach? Wydawać by się mogło, że są oni gotowi na współczesne wyzwania, jakie stawia się przed wzornictwem użytkowym. Czy aby na pewno?

JG: Udział w jury był dla mnie bardzo cennym doświadczeniem. Cieszą mnie zarówno tematyka konkursu, jak i liczne, wysokiej jakości projekty. Pokazują one ukryte wartości przedmiotów i jak można je świadomie wykorzystać do rozwiązywania nieoczywistych problemów. Kluczowe dla młodych projektantów jest dostrzeganie takich zjawisk i umiejętność reagowania. Nie każdy zdaje sobie sprawę, jak silny wpływ mają na nas przedmioty – wymaga to dużej wrażliwości, którą można w sobie wykształcić, np. poprzez obcowanie ze sztuką. Twórcy wyróżnionych prac zdecydowanie wykazują gotowość do podejmowania takich wyzwań. Mam nadzieję, że w przyszłości pojawi się jeszcze więcej takich talentów, bo współczesna rzeczywistość wymaga nie tylko świadomości, ale też osób, które potrafią zarażać nią innych.

Architektura Murator Google News
Podcast Architektoniczny
Kamila Szatanowska. Architektura nierynkowych ideałów