Spis treści
Potężny kaloryfer w Stąporkowie. Skąd się tu wziął?
Stąporków odlewnictwo ma zapisane w DNA. Nawet jego nazwa ma pochodzić od kuźnicy o nazwie Stąpor. Między 1738 a 39 rokiem kanclerz Jan Małachowski kazał postawić tu pierwszy piec hutniczy. Grzejniki zaczęto produkować już w XIX wieku. W czasach PRL-u istniejący zakład rozwinięto, a wkrótce zatrudniał 2500 pracowników, produkując setki tysięcy grzejników rocznie. W Stąporkowie mieszkało wtedy niewiele ponad dwa razy tyle mieszkańców.
Zobacz także: Polskie witacze to dziś gatunek na wymarciu. Mieroszów zamienił swój na żeliwne dziki, ale wcale się go nie pozbywa
Odlewnia Żeliwa stała się głównym pracodawcą w mieście i okolicznych wsiach, a produkcja wypełniała 85% zapotrzebowania krajowego na kaloryfery, choć niektórzy twierdzą, że jeszcze więcej. Zapotrzebowanie było potężne, bo w całym kraju na potęgę stawiano bloki z wielkiej płyty. Komu bardziej zależało na czasie, przyjeżdżał po kaloryfer prosto do Stąporkowa - włącznie ze sławami. Dyrektorzy przyjmowali więc Annę Jantar, Mieczysława Fogga, Piotra Fronczewskiego. Piosenkarki i piosenkarze znani w całej Polsce występowali więc również w zakładowym domu kultury - coś za coś.
Pomnik grzejnika, pełniący również funkcję przyzakładowego witacza, stanął przy odlewni w 1978 roku, niedługo przed kryzysem przypieczętowanym ostatecznie przez przemianę ustrojową. Potęga Stąporkowa malała z każdym rokiem, aż zakład zamknięto na głucho niemal dwie dekady temu.
i
Pomniki zakładowe, witacze, rzeźby plenerowe
Stąporkowski największy kaloryfer jest dziś memem i mało kto skupia się na historii wielkiego zakładu odlewniczego. Ale po powojennych zakładach zostało nam więcej pomników i rzeźb. W polskich miastach, przy dawnych fabrykach, drukarniach, halach stoją do dziś rzeźby odlewników, reniferów, słoni i innych zwierząt, bogiń, abstrakcyjne formy rzeźbiarskie, ale i miniatury ciężkiego sprzętu specjalistycznego, wagoniki z kopalni. W Kowarach, przy fabryce dywanów, temat rozwiązano inaczej i zamiast rzeźby umieszczono na budynku wielką mozaikę przedstawiającą dywan.
Podobnie przy wjazdach do miast - w niektórych wciąż witają i żegnają nas witacze pamiętające PRL, nawiązujące do lokalnych tradycji, albo po prostu ciekawsze niż klasyczny witacz AD 2010 z tworzywa sztucznego i w jaskrawych kolorach.
Łączy je czas powstania i twórcy, którymi zawsze byli artyści malarze, rzeźbiarze, ceramicy. Po wojnie, choć realia były, jakie były, sztuka w przestrzeni publicznej była nie tyle oczywistością, co wymogiem. Były na nią środki, widziano w niej wartość, był też cały system, który włączał artystów w realizacje użytkowe: od witaczy przyzakładowych, przez murale i mozaiki w ośrodkach wczasowych, po rzeźby plenerowe między blokami.
Zobacz także: Dostali złom z pobliskich zakładów i tak powstała galeria sztuki. Samochodowa - bo najlepiej widać ją z auta w korku
Projektowali też wnętrza, meble, identyfikacje wizualne, kolorystykę dla całych budynków.
Dziś powoli wracamy do sztuki w przestrzeni publicznej, jednak jest to głównie zasługa deweloperów, którzy ustawiając rzeźbę znanego artysty mogą podnieść cenę za metr kwadratowy. Witacze miejskie znikają (ostatnio zapowiedziano likwidację kilku w Nowym Sączu), pomniki przyzakładowe tracą kontekst, a czasem obracają się w gruz razem z fabryką. Kaloryfer w Stąporkowie żyje dzięki mieszkańcom, którzy wciąż pamiętają potęgę Miasta Kaloryferów i dzięki memicznej naturze pomnika, który wciąż przyciąga tu turystów.