Lubię wracać tam, gdzie byłam. Marta Urbańska o przyjemności w architekturze

2026-02-03 11:28

Od lat uczę się miast tak, jak niektórzy czytają ważne dla siebie książki: wracając do nich cierpliwie, bez pośpiechu i z ciekawością, jak tym razem nas poruszą. Największa satysfakcja przychodzi właśnie wtedy, gdy pozwalam sobie nie gonić za nowym miejscem, lecz smakować te, które już znam - pisze Marta Urbańska. W styczniowej Architekturze-murator zapytaliśmy architektów: Czym jest dla nich przyjemność w architekturze? Poniższy tekst to jeden z głosów. Całość artykułu znajdą Państwo w papierowym wydaniu naszego magazynu.

Rozmowa z Oskarem Grąbczewskim. Kongres Nowej Mobilności 2025

Największą przyjemność dają mi miejsca, które znam

W podcaście Polityka o książkach, filozofka, publicystka i wykładowczyni dr Katarzyna Kasia wyznaje, że od 24 lat, a może nawet i dłużej(!), czyta regularnie te same książki. Pozycje tak doskonałe i fundamentalne, że może do nich wracać w nieskończoność, by za każdym razem pozostawiły w niej coś innego.

Czytaj także: Szymon Wojciechowski: Uprawiam jeden z najwspanialszych zawodów świata i czerpię z tego ogrom przyjemności

Mam podobnie z miastami. Przyglądając się okiem badaczki miejskim placom i ulicom już od ponad dekady, dochodzę do podobnego jak dr Kasia wniosku, że największą przyjemność, ale i badawczą satysfakcję, dają mi te miejsca, które znam i do których regularnie mogę wracać. W zrozumieniu urbanistyki i współczesnych miast bowiem nie zawsze chodzi o to, by zobaczyć jak najwięcej; zagarniać garściami, odhaczać zadyszaną od nadmiaru listę must see & must do. Czasem warto zobaczyć mniej, ale za to na spokojniej. Dać sobie czas. Poszwędać się, posmakować, a potem posiedzieć i pogapić się na ludzi; starać się zrozumieć to, na co się patrzy. Jeśli tylko sobie na to pozwolimy, doświadczanie miasta, nawet tego dobrze nam znanego, może zamienić się w niekończącą się przygodę i przyjemność z odkrywania i budowania wokół siebie nowych makro- i mikrosensów.

Israels Plads, Kopenhaga
Autor: Marta Urbańska/ Archiwum prywatne To pierwsze miejsce, w którym rzeczywiście doświadczyłam tego, czym jest dobrze zaprojektowana przestrzeń publiczna w mieście i o co chodzi w tym życiu między budynkami – że nie wymuskana scenografia, do której użytkownicy próbują się dopasować

Taka relacja z przestrzenią uczy też wrażliwości; cierpliwej i empatycznej obserwacji; konfrontowania się z samym i samą sobą, swoimi przekonaniami i założeniami na jej temat. Uganiając się co rusz jedynie za nowym, nigdy przecież nie damy sobie szansy na pytanie: dlaczego ostatnim razem czułam się tutaj tak, a dziś czuję się inaczej? W końcu przecież zdarza się, że miejsce, które zachwyciło nas za pierwszym razem, przy kolejnej wizycie boleśnie rozczarowuje, i odwrotnie. Wracamy wówczas do zdjęć czy notatek i zaczynamy dialogować pomiędzy sobą w tej konkretnej przestrzeni z kiedyś a sobą z dzisiaj. Uruchamiają się nos, opuszki palców i ucho, a te niosą za sobą kolejne zakodowane w ciele i głowie myśli i wspomnienia. Są też takie miejsca, które zachwycają nas niezmiennie latami, w których czujemy się dobrze i które są jak azyl, do którego chce się jak najczęściej wracać. A są i takie, do których nie wracamy, bo boimy się, że już nie będą takie fajne i wspomnień czar pryśnie jak bańka mydlana.

Płynące w żyłach zamiłowanie do szwędania

I właśnie dla takich doświadczeń i momentów, w ślad za nieodżałowanym Wodeckim, lubię wracać tam, gdzie byłam. Odwiedzać miejsca i miasta dobrze mi znane. Móc poprzyglądać się temu, co w nich stałe i nienaruszalne, a co od ostatniego razu się zmieniło; jaka po czasie jest ich dynamika. I jak po czasie mam się w nich ja. To trochę jak odwiedziny u starego znajomego, o którym wiemy, że mieszka pod tym samym adresem i że na pewno w kredensie będzie miał te same pyszne ciastka, co ostatnio.

Czytaj także: Dlaczego architektura daje przyjemność? Osobista opowieść Oskara Grąbczewskiego o emocjach, projektowaniu i zachwytach

Jednym z takich miast jest dla mnie Kopenhaga, do której wracam regularnie od blisko 10 lat. Najlepszy jest na to początek września, kiedy stolica wybarwia się już jesiennie na wszelkie odcienie rudości, żółci i czerwieni, a jednocześnie w powietrzu czuć jeszcze ciepłe lato. Od razu muszę się przyznać, że turystka ze mnie marna i flagowe kopenhaskie atrakcje wciąż na mnie czekają (sic!), za to flanerką jestem już niczego sobie i płynące w żyłach zamiłowanie do szwędania bez bliżej określonego planu i celu pomogło mi stworzyć własną mentalną mapę miasta, która prowadzi mnie podczas każdej kolejnej wizyty.

Israels Plads, Kopenhaga
Autor: Marta Urbańska/ Archiwum prywatne To pierwsze miejsce, w którym rzeczywiście doświadczyłam tego, czym jest dobrze zaprojektowana przestrzeń publiczna w mieście i o co chodzi w tym życiu między budynkami – że nie wymuskana scenografia, do której użytkownicy próbują się dopasować

Są na niej ulubione place, ulice i rozsiane po odległych zakątkach podwórka i dziedzińce: Tåsinge Plads – jeden z pierwszych placów-gąbek w mieście, Halmtorvet ze swoim uroczym rondkiem, tętniącymi życiem przyziemiami i cudnie ściętymi narożnikami, bujny Charlottehaven w drodze do Nordhavn, zbawienna dla zmęczonych Nyhavn’em Olufsvej, a nawet Hauser Plads, którego akurat nie lubię, ale zawsze warto zajrzeć i sprawdzić, czy nie lubi się go nadal. Jednak miejscem, które muszę odwiedzić za każdym razem jest położony w sercu miasta Israels Plads.

To właśnie tutaj lubię rozsiadać się najbardziej

Pierwszy raz trafiłam na niego zupełnym przypadkiem, przy okazji badań na sąsiadującej stacji Nørreport, i zakochałam się z marszu. Później wielokrotnie do niego wracałam i na przestrzeni lat zastanawiałam się, i zastanawiam nadal, dlaczego akurat w tym miejscu czuję się tak dobrze. I choć czasem trudno jest odpowiedzieć inaczej niż z poziomu emocji, z perspektywy czasu myślę, że było to pierwsze miejsce, w którym rzeczywiście doświadczyłam tego, czym jest dobrze zaprojektowana przestrzeń publiczna w mieście i o co chodzi w tym życiu między budynkami – że nie wymuskana scenografia, do której użytkownicy próbują się dopasować, przez co robią się usztywnieni i aż żal na nich patrzeć, nie wymyślne dizajny mamiące kakofonią barw i form, na których trudno wysiedzieć dłużej niż minutę, nie wielkie nazwiska i efekt Bilbao.

Na pierwszy rzut oka Israels Plads nie ma w sobie nic specjalnego: skomponowany na planie prostokąta, po dłuższych bokach domknięty pierzejami, po krótszych – halami targowymi oraz parkiem. Posadzka raczej szara, można nawet zarzucić, że zbyt betonowa. Kilka drzew, proste ławki. W centralnej części placu znajduje się jednak duże, okrągłe boisko domknięte niebanalną ażurową formą, a jego dwa przeciwległe narożniki zostały uniesione w taki sposób, by powstały pełniące funkcję amfiteatralnych siedzisk schody, które domykają jego kompozycję i są świetnymi punktami do obserwacji toczącego się na placu życia.

I to właśnie tutaj lubię rozsiadać się najbardziej. W towarzystwie pysznej kawy speciality, w której Duńczycy są po prostu najlepsi, oraz obłędnej kardamonki (tu również oddaję palmę pierwszeństwa) mogę tak spędzić nie godzinę, nie dwie, a kilka dni(!) obserwując plac i ludzi. Israels Plads zmienia się niemal z każdą godziną: do południa dzieci z pobliskiej szkoły spędzają tu lekcje WF-u i przerwy; w porze lunchu pracownicy z pobliskich biur, w garniturach i garsonkach, siadają na schodach i trochę rozmawiając, a trochę gapiąc się na plac cieszą się przerwą; po południu plac przejmują mieszkańcy – niektórzy spacerują, inni siedzą pod drzewami z książką, dzieciaki szaleją na BMX-ach; w weekendy organizowane są koncerty i pchli targ. Przestrzeń miejska wyciśnięta do granic możliwości. I jak to świetnie działa!

Przyjemność z obserwowania przestrzeni, z doświadczania jej na wielozmysłowym poziomie to coś, bez czego nie wyobrażam sobie życia w mieście. I wcale nie musi to służyć jedynie temu, by coś zbadać albo zaprojektować. Obserwacja może jest po to, by lepiej zrozumieć otaczającą nas przestrzeń – ulicę, przy której mieszkamy, sąsiadujący plac czy nawet całe osiedle – a przy tym lepiej zrozumieć siebie, poczuć łączącą nas z miastem więź.

Architektura Murator Google News
Podcast Architektoniczny
Kamila Szatanowska. Architektura nierynkowych ideałów