Spis treści
Hipnoza, horoskop, kombinat gastronomiczny
Przed wojną działało tu wesołe miasteczko. Wielki plac przy Wolskiej w Warszawie nazywano Wenecją. Był teatrzyk mieszczący się w drewnianej budzie, były karuzele, gabinet luster i osobliwości, labirynt, gry zręcznościowe. W centralnym punkcie działał cyrk. Przewodził mu Jan Gałązka, hipnotyzer, brzuchomówca, znawca magii białej i czarnej.
Największą atrakcją były jednak popisy motocyklistów jeżdżących po ścianach rotund i innych konstrukcji w akompaniamencie pisków i krzyków rozemocjonowanej widowni; miejsce wyczynów nazywano złowrogo ścianą śmierci. W lecie w Wenecji można było spędzić cały dzień, poznać swoją przyszłość i przetańczyć wieczór; w jednej chwili nieuwagi stracić wszystkie pieniądze. W zimie pojeździć na łyżwach na sezonowym lodowisku.
Zobacz także: Obsługiwało go 200 pracowników. Bar Praha był pierwszym nowoczesnym lokalem powojennej Warszawy
Po wojnie plac opustoszał. Jego funkcję poniekąd utrzymano. Na początku lat 50. wybudowano na nim kino WZ, a kiedy Polska żegnała socrealizm, plac przywitał pawilon handlowy PDT. Ostatecznie na Wolę wróciło też wesołe miasteczko, ale stanęło już po drugiej stronie ulicy. Lata 60. przyniosły na plac nowoczesność w pełnym rozkwicie. 1 maja 1961 roku otwarto tu rozświetlony neonami bar Wenecja, a zaprojektowali go świetni architekci.
i
Krótka dygresja o Brukseli i Le Corbusierze (i Czechosłowacji)
Pawilon kombinatu gastronomicznego Wenecja zaprojektowali architekci Zbigniew Ihnatowicz, Jerzy Sołtan i Adolf Szczepiński. To ważne. Ihnatowicz i Sołtan zaledwie parę lat wcześniej opracowali wybitny projekt, którego nigdy nie zrealizowano - polskiego pawilonu na Wystawę Światową w Brukseli w 1958 roku (w zespole projektowym byli też Wojciech Fangor, Jan Hempel, Małgorzata i Henryk Marconi i Lech Tomaszewski). To właśnie w tym miejscu i czasie miał miejsce przełom w podejściu do powojennego projektowania w naszej części Europy. W pełni rozbudziła się nowoczesność ospała po latach socrealistycznego snu o pilastrach i sztukateriach. Na dobre rozpoczął się socmodernizm.
Na EXPO Czechosłowacja skradła serca krytyków pawilonem z gigantyczną instalacją z prasowanego szkła. Wpływ wystawy światowej był w tym kraju tak duży, że miasta zaczęły wypełniać budynki projektowane w stylu brukselskim; czechosłowackie szkło podbiło Europę, a nowoczesność w architekturze zaczęła przelewać się na inne dziedziny życia i oczekiwania względem wolności szeroko rozumianej; coraz głośniej i swobodniej krytykowano rządy komunistyczne - echo słychać było również w Polsce. Nie podobało się to komunistycznym władzom ze wschodu. Dekadę po EXPO 58, w 1968 roku, Czechosłowację spacyfikowano ze strachu przed rewolucją, a polskie wojsko miało w tym swój udział. Uścisk ZSRR na czechosłowackiej szyi mocno się zacisnął, ograniczając swobody w wielu dziedzinach życia. W bardzo dużym skrócie.
i
Wróćmy jeszcze do Brukseli. Jeden z pawilonów na wystawę zaprojektował Le Corbusier, z którym Sołtan przez 4 lata blisko współpracował w Paryżu i który mocno wpłynął na jego późniejsze projekty, choćby kompleksu Warszawianki (projektowanej zresztą wspólnie z m.in. Ihnatowiczem), który okazał się zbyt odważny - zrealizowano go w okrojonej wersji (dziś, po drastycznej przebudowie i tak niewiele z niego zostało).
Polski niezrealizowany pawilon Ihnatowicza i Sołtana, płynny, lekki i odważny, pokazywał, że pomimo żelaznej kurtyny w Polsce świetnie zdawaliśmy sobie sprawę z trendów panujących na zachodzie. Jego potencjału jednak nie wykorzystano. Jerzy Sołtan, trudno się dziwić, emigrował ostatecznie do Stanów Zjednoczonych. Został profesorem na Harvardzie, dziekanem WA. Jego architektura w Polsce wciąż nie jest traktowana z należytym szacunkiem.
i
Echa Brukseli w Polsce
Po EXPO 58 w Brukseli silne oddziaływanie stylu brukselskiego nie ominęło Polski. Żywe kolory, obłości i dynamiczne formy świetnie odnalazły się w naszym wzornictwie, a ten nowy kierunek nazwano New Lookiem. Porcelana z tego czasu bije dziś zresztą rekordy cenowe.
A w architekturze? W stylu brukselskim powstał m.in. właśnie warszawski pawilon Wenecja na Woli, nazywany wtedy uroczo kombinatem gastronomicznym. Soczyście ceglana elewacja budynku trafiła na październikową okładkę Architektury w 1961 roku.
Zespół projektowy był mocny nie tylko dzięki obecności Sołtana i Ihnatowicza. Adolf Szczepiński, artysta plastyk i architekt, współpracował z Bohdanem Pniewskim przy ważnych realizacjach w Warszawie, m.in. Domu Chłopa czy gmachu sądów na Lesznie. Co jednak bardziej istotne dla pawilonu Wenecji, działał w Zakładach Artystyczno-Badawczych ASP jako kierownik zespołu. To właśnie tutaj, na ASP, zawiązał się silny kolektyw, postulujący złączenie architektury z plastyką oraz integrację dziedzin i artystów. W kolektywie kluczowymi postaciami byli Sołtan, Ihnatowicz i Fangor - wszyscy trzej zaangażowani w projekt pawilonu na wystawę światową. Należał do niego również Wiktor Gessler, który współpracował przy projekcie Wenecji.
i
3000 posiłków dziennie, reżyserowanie widoku nieba
Architekci przyjęli w projekcie prym funkcji. Budynek kombinatu musiał sprostać płynnemu wydaniu ok. 3 tysięcy posiłków dziennie w samym tylko barze. Oprócz baru samoobsługowego w typie szwedzkim (150 miejsc) na parterze miały tu sprawnie funkcjonować sklep z garmażerką, cukiernia i produkcja. Na piętrze zaś kawiarnia (150 miejsc wewnątrz i 150 na tarasach), zaplecze i biura. W podziemiach ulokowano magazyny, szatnie i pomieszczenia techniczne.
Ze względu na dużą różnorodność budowlaną otoczenia zaprojektowano budynek o formach prostych geometrycznie, w zdecydowanych kolorach, odpowiadających poszczególnym rodzajom elementów strukturalnych (ściany dźwigające w cegle ceramicznej, elementy przekrycia w betonie płukanym, ściany świetlne — szkło o ramach koloru grafitowego)
— pisał Ihnatowicz o budynku w Architekturze. Tę samą okładzinę ceramiczną wprowadzili też do wnętrz, by uzyskać spójność wnętrza i zewnętrza. Wysiłek ten Ihnatowicz nazwał usiłowaniem, można się zatem domyślić, że po drodze czynniki ekonomiczno-polityczne przeszkodziły w zrealizowaniu wizji w każdym szczególe. Jak to zwykle bywało. A wizja musiała być ambitna: odpowiednie kształtowanie wnętrza (otwieranie wnętrza na określoną część krajobrazu otoczenia, stosowanie pionowych otworów wyglądowych w poślizgu ścian, reżyserowanie widoku nieba przez sekwencje przestrzeni krytych z otwartymi) — wymieniali, opisując swoją koncepcję.
Z otworami i ceramiką się udało.
i
"Usiłowaliśmy"
Architekci projektowali tak, by co wrażliwsi odbiorcy, klienci pawilonu, mogli doświadczać go jako osobną pożywkę dla zmysłów. Dynamika wnętrza miała być niemal namacalna; pomóc miała w tym perspektywa i różnice w zorganizowaniu przestrzeni kolejnych pomieszczeń doświadczane wraz z przemieszczaniem się po budynku (np. „patio" na piętrze zamknięte pełnymi ścianami „wybucha" w górę). Wenecja miała być niczym żywy organizm, a jego krwioobiegiem tłum klientów przepływający przez kolejne pomieszczenia. Ale znów: usiłowaliśmy.
Prostota materiałów podyktowana została w dużej mierze ich dostępnością i niskim kosztem produkcji (udało się jednak pozyskać marmur na blaty stołów barowych). Nie znaczy to wcale, że efekt końcowy nie był bardzo dobry. Polscy architekci zaprawieni byli w godzeniu ambitnych wizji z ograniczeniami PRL-owskiej gospodarki i norm. Estetyczny nacisk położono na wyrazisty kolor równoważący surowość betonu, stali i szkła, na bardzo dobre oświetlenie, na spójność wizualną.
Pomimo sprawnej i udanej współpracy z Przedsiębiorstwem Budownictwa Mieszkaniowego W-Z (pod kierunkiem inż. E. Chmielewskiego) partia zarządziła otwarcie kombinatu przed czasem - na pierwszomajowe obchody Święta Pracy. Propaganda wygrała z przemyślaną koncepcją. Budowlani nie mieli wyboru - musieli przyspieszyć prace wykończeniowe kosztem jakości i realizacji szczegółowych założeń projektu. Mimo to, lata później pojawiały się opinie historyków i krytyków, że jest to jedna z najlepszych powojennych realizacji w kraju.
Wszystkie wyliczone powyżej decyzje i zasady autorzy usiłowali przeprowadzić w projekcie i realizacji konsekwentnie — jako świadomy protest przeciw naskórkowemu traktowaniu form, przeciw „salcesonom kubistycznym", „nerkom taszystowskim", „kratkom à la Mondrian".
— pisał Ihnatowicz. Wenecja miała być manifestem.
i
Wszystko na marne
To jednak nie PRL był najbardziej destrukcyjny dla pawilonu Wenecja. Prawdziwy brak zrozumienia dla odważnego projektu i uznania dla jego autorów przyniósł kapitalizm, który wpuścił tu nowych lokatorów, a następnie pustkę.
W latach 90. do Wenecji wprowadziło się Centrum Rozrywki Gepard, a oryginalną ceramikę na elewacji pomalowano różową olejną farbą. Kiedy dyskoteka zamknęła działalność, pawilon spotkało, co najgorsze - wyłączenie z użytku.
Architektura socmodernistyczna eksploatowana przez cały PRL i następnie dekady bez większych remontów, łatana doraźnie, bardzo brzydko się starzeje, co pokazała wyraźnie np. Cepelia w Warszawie. Kiedy pustoszeje, do wysłużonych wnętrz wdziera się grzyb i wandale, przyspieszając degradację. Słychać coraz donośniejsze postulaty rozbiórki - tak było i w przypadku Wenecji.
Takie budynki, bez popularyzacji wiedzy na ich temat trudno przeciętnemu odbiorcy ocenić inaczej niż za wygląd. To właśnie z tego powodu powojenne pawilony wrzucane są często do jednego worka pod nazwą PRL-owskie baraki, jak gdyby wszystkie powstały według tego samego projektu wykonanego prowizorycznie, byle jak, z byle czego i przez byle kogo.
i
Brak zachwytów nad dzisiejszą Wenecją, wyremontowaną, też nie dziwi. Choć należy się cieszyć, że budynek ma funkcję i żyje, to jednak jest to funkcja głęboko ingerująca w wygląd. Pierwszą drastyczną ingerencję przeprowadzono jeszcze w 2000 roku, kiedy firma Amer-Lease przerobiła Wenecję na biurowiec. Usunięto wtedy schody, zamurowano przestrzenie otwarte, wymieniono stolarkę i całkowicie przeorganizowano wnętrze. Jeszcze w 1999 roku pojawiały się głosy, że adaptację zaprojektuje być może sam Jerzy Sołtan. Czy do jakiejkolwiek współpracy z inwestorem doszło, nie wiadomo. Dziś działa tu prywatny szpital.
Surowy budynek awangardowych artystów wykończono na gładko i wypudrowano. Wnętrza projektowane jako spójna całość dynamicznego organizmu kombinatu, znikając, pozostawiły przy Al. Solidarności 126 jedynie skorupę. Choć przywracając klinkier w ceglanym kolorze i remontując obiekt inwestorzy chcieli pewnie dobrze, w takiej formie Wenecja nie broni się już jako budynek wybitny. Wizja architektów nie jest już czytelna.
Źródła: Architektura (10/1961), Głos Wolski